RSS
środa, 28 września 2016
Po przerwie...

                                                 

Jest wieczór. Zwykle siadałam do komputera myśli ubierałam w słowa i pisałam. Dziś jest inaczej. Już rano, jeszcze przed wyjazdem do Warszawy do lekarza protetyka, miałam uczucie, że coś jest ze mną nie tak, jak być powinno. Czułam się jakaś oszołomiona, z niepokojem myślałam o podróży i o tym, że będę szukać nowego adresu w bardzo słabo znanej mi części miasta. Ale wszystko poszło gładko, nie licząc spaceru długości dwóch przystanków autobusowych.

W drodze powrotnej, na stacji kolejowej zobaczyłam mężczyznę w średnim wieku na wózku inwalidzkim. Był sam. Też, tak jak ja, czekał na pociąg. Byłam zmęczona spacerem z kijkami, ale gdy pomyślałam, z jakimi trudnościami mierzył się przed chwilą ten człowiek, od razu poczułam się prawie zdrowa. To prawda, że nogi mam niezupełnie sprawne, ale na nich idę. A on miał sprawne tylko ręce i uruchamiał nimi wózek. Ja się zastanawiam, jak pojechać do stolicy z chodzikiem, przy  którym najłatwiej mi się idzie, gdyż pcham go przed sobą i opieram się na nim równocześnie. Boję się, że nie będę umiała zejść z nim po schodach, lub wsiąść do autobusu. A ten człowiek musiał pokonywać te trudności, które mnie wydawały się nie do pokonania.

Patrzyłam na niego z mieszaniną uczuć - ze współczuciem, ze zdziwieniem, z podziwem i z ogromną sympatią. Nagle przyszła mi do głowy myśl, że to, co mnie dotyka, nie jest żadną katastrofą, że w porównaniu z innymi niepełnosprawnymi ja jestem szczęściarą. A tyle razy koleżanki mówiły mi w formie pociechy, że inni mają gorzej. Jaka ja byłam wtedy wściekła na nie. Same były zdrowe i sprawne, a mnie kazały się pocieszać tym, że inni mają jeszcze gorzej niż ja. Dopiero ten człowiek na wózku uzmysłowił mi różnicę między nami.

Jestem zamyślona. Bardzo chciałabym być zdrowa i tak jak inni ludzie cieszyć się w pełni życiem. Ale jest to, co jest. I pewno warto zastanowić się nad tym, co w tej chwili jest dla mnie dostępne, z czego mogę korzystać i jakie perspektywy i odkryte możliwości przede mną się otwierają.

 

Trzeba marzyć

Jonasz Kofta

Żeby coś się zdarzyło
Żeby mogło się zdarzyć
I zjawiła się miłość
Trzeba marzyć

 

Zamiast dmuchać na zimne
Na gorącym się sparzyć
Z deszczu pobiec pod rynnę
Trzeba marzyć

Gdy spadają jak liście
Kartki dat z kalendarzy
Kiedy szaro i mgliście
Trzeba marzyć

 

W chłodnej, pustej godzinie
Na swój los się odważyć
Nim twe szczęście cię minie
Trzeba marzyć

W rytmie wietrznej tęsknoty
Wraca fala do plaży
Ty pamiętaj wciąż o tym
Trzeba marzyć
 

Żeby coś się zdarzyło
Żeby mogło się zdarzyć
I zjawiła się miłość
Trzeba marzyć.

22:50, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 26 września 2016
Poniedziałek?

                                                  

Dzisiaj jestem zła, mało nie pęknę. Ta moja złość udzieliła się mojemu mężowi i wnukowi. Tylko chłopcy byli jak skowronki i najchętniej nie jechaliby do Warszawy. Wkurzało mnie dzisiaj wszystko - zbyt głośno nastawiony program w telewizji, przepychanki dzieci, to że mąż nie usłyszał tego co do niego mówiłam z drugiego pokoju itd. Teraz siedzę w wysprzątanej już kuchni. W garnku gotuje się na jutro kapusta z podsmażoną cebulką, pomidorami, resztą słodziutkich, pysznych śliwek, które zostały mi po zawekowaniu sporej ich ilości w słoikach, no i przesmażonych resztek wędliny. Czyli na jutro jest już część obiadu. Razem z oddechem wydalam z siebie jeszcze resztki złości, ale już spokój zaczyna zastępować silne emocje. Jak to łatwo i szybko można złość rozhuśtać w sobie, dużo trudniej się uspokoić. Nawet głębokie oddechy nie zawsze pomagają.

Mam nadzieję, że następny wpis będzie już pełen spokoju i optymizmu. A wstawioną niżej piosenkę powinnam sobie śpiewać każdego dnia rano, a jeśli nie śpiewać, to chociaż jej posłuchać.

21:07, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »
sobota, 24 września 2016
Przyjechały dzieci.

                                          

Przed chwilą zeżarło mi cały długi tekst i jestem zła jak pieprz.

Przyjechali chłopcy. Właśnie poszli spać po zjedzeniu obowiązkowego rosołku, a ja siedzę i usiłuję po raz drugi coś napisać.

Nastawiłam nalewkę malinową. 2 kg. malin wsypałam do słoja, dodałam cukru i całość zalałam wódką. Stoi w pokoju kolo grzejnika, żeby dobrze w cieple naciągnęła. Nigdy nie robiłam nalewki i nie wiem, czy ta mi się uda. Myślę, że w chłodne jesienne wieczory lub w zimową zawieję nalewka ta będzie lekiem na wszystkie choroby. Dodana do gorącej herbatki powinna rozgrzać każdego zmarzlucha. A czym się ostatnio zajmuję? Wciąż napycham słoiki. Zastanawiam się, czy to nie jest już nałóg. Mój mąż łapie się za głowę, jak widzi, że wnoszę następne owoce. Piwnica pełna, a ja nie mogę się powstrzymać, żeby czegoś jeszcze nie przerobić. Czy to już należy leczyć? - To pytanie zadaję sobie ostatnio dosyć często.

A to nasza spiżarnia w piwnicy.

                        

                         

                               

                                 

A tu duszą się powidła śliwkowe. Śliwki są tak pyszne i słodkie, że będę je robiła bez cukru.

Chłopcy już śpią. Jest godzina 23. Czas już kłaść się spać. Jutro będzie pracowity dzień.

 

22:57, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (26) »
piątek, 23 września 2016
Dzisiejszy wpis będzie bardzo krótki..

                                  

Dziś jestem rozbita jak gliniany garnek. Częste jazdy do Warszawy i dodatkowo masaż, po którym czuję wszystkie mięśnie, zmęczyły mnie już mocno. Do tego chyba spada mocno ciśnienie atmosferyczne. Po mieście chodziłam niezupełnie przytomna. Czułam się jakbym sobie golnęła kielicha i to sporego, a ja jestem prawie zupełnie niepijąca. Łażą po mnie jakieś dreszczyki, toteż dłuższy wpis zostawiam na następne dni, a teraz pakuję się do nagrzanego łóżka. Do jutra.

20:16, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
wtorek, 20 września 2016
Dzisiejszy dzień był dla mnie trudny.

                               

Ćwiczę przekształcanie różnych kształtów. Oczywiście, nigdy nie wiem, jaki będzie efekt końcowy. Wiem natomiast, że to jest amatorszczyzna. Ale trudno, nie wszyscy muszą być profesjonalistami. A zabawa jest bardzo sympatyczna.

Dziś byłam w Warszawie. Pan doktór znowu starał się dopasować mi zrobioną protezę. Już wydawało się, że będzie dobrze, gdy nagle okazało się, że znowu proteza bardzo mnie uwiera i to w kilku miejscach. W piątek jadę ponownie do pana doktora. Wiem, że pan doktór zadanie ma bardzo niewdzięczne, bo moje dziąsła są już nie pierwszej młodości, zmęczone i poprzygniatane wcześniejszymi protezami. Ale to jest bardzo dobry specjalista i wierzę, że w końcu poradzi sobie z opornym materiałem. 

Po wyjściu od pana doktora, podjechałam metrem do przystanku Centrum i tam w sklepie z wyrobami wełnianymi kupiłam skarpety z owczej wełny i wełnianą poduszeczkę, na której właśnie siedzę i jest mi nie tylko wygodnie, ale i cieplutko. Na noc zabiorę ją do łóżka pod operowane miejsce w kręgosłupie. Przygotowuję się do zimy na całego, jakby ta zima miała być sroga. Na wieszaku czeka szlafrok wełniany, a kolo łózka stoją puchate wełniane kapcie. Tymczasem meteorolodzy zapowiadają, że zima będzie podobna do ubiegłorocznej, czyli raczej ciepła. Ale w chłodne dżdżyste wieczory dobrze jest się otulić w coś cieplutkiego. Od razu człowiek lepiej się czuje. Moje dosyć zaawansowane lata dają znać o sobie. Jeszcze kilka lat temu w chłodne zimowe dni zakładałam cienkie spodnie i nogi mi nie marzły, a teraz nawet ciepłe rajstopy pod spodniami nie zawsze pomagają. Nawet nie chcę myśleć, co będzie dalej.

Do domu wróciłam zmęczona, jak pies, albo i ze dwa psy jednocześnie i w dodatku bardzo wychłodzona. W domu trudno było mi ruszyć się z miejsca. Bolały mnie nogi i nie tylko i do tego było mi zimno. Dobrze, że wczoraj zrobiłam obiad na trzy dni. Zupa i drugie danie zostały tylko odgrzane. Jeszcze jutro nie będę musiała gotować. Pewno wezmę się za przerobienie dyni na dżemy. Sama jestem ciekawa, co z tego przepisu znalezionego w internecie wyjdzie.

A teraz ochlapię się tylko trochę, bo nawet solidne mycie dziś nie wchodzi w rachubę, zaparzę sobie gripowitę forte, żeby się rozgrzać, łóżko zostanie nagrzane termoforem z gorącą wodą i pa lulu. 

21:53, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (33) »
poniedziałek, 19 września 2016
Trochę o wszystkim.

                             

Właśnie dzisiaj znalazłam nowe możliwości ?przekształcania linii, gwiazdek, kół i innych kształtów. To, co już wiem na temat grafiki, to ułamek tego, co profesjonalista ma w małym palcu. Ale mnie i ten ułamek wiedzy cieszy. Lubię się bawić kolorami, różnymi formami i ich przekształcaniem.

Ranki zrobiły się już chłodne. W telewizji straszą, że mogą wystąpić pierwsze przygruntowe przymrozki, a moje kwiaty jeszcze stoją na tarasie. Mam nadzieję, że ich przymrozek jeszcze nie chwyci. Podobno mają być jeszcze bardzo wysokie temperatury w dzień pod koniec października. Lepiej niech kwiaty stoją na powietrzu. Tam mają najlepsze warunki. W domu jest powietrze zbyt suche dla nich, no i światła jest tyle, ile go wpada przez dwa okna.

W ogródku kończy się owocowanie. Jeszcze jest trochę malin, rosną dwie cukinie i dosyć mocno obrodziły winogrona. A ja kończę przerabianie owoców na dżemy i przeciery. Dziś jeszcze zrobiłam 10 małych słoiczków dżemu brzoskwiniowo-jabłkowego, a na oknie leży duża dynia, z której mają powstać silnie rozgrzewające dżemy na zimę. Oprócz miąższu dyni, dodaje się do tego dżemu jabłka, starty korzeń imbiru i cynamon. Mam nadzieję, że gdy będą jesienne dżdżyste dni taki dżem uchroni nas przed grypą.

Jutro i być może też w środę będę w Warszawie u lekarza protetyka. Myślę, że wrócę już do domu z dopasowaną i wygodną protezą. A może, przy okazji, uda mi się zobaczyć jakiś dobry film w kinie. Zobaczymy.

W czwartek i w sobotę idę na profesjonalny masaż. Okazuje się, że mam napięte mięśnie w całym ciele. Mam nadzieję, że ten masaż pomoże mi także w prawidłowym ustawieniu chorej stopy. A wieczorem spróbuję pomedytować przy kasecie pani Ewy Foley.

18:12, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »
niedziela, 18 września 2016
Niedziela 18 dzień września.

                                                        

Znalazłam w internecie chłopczyka który pewno słyszy przez słuchawki głos Whitney Houston, ale pięknie ją naśladuje i ma ruchy tancerza. Miło patrzeć na to śpiewające dziecko. Tytuł w You tube brzmi Amazing 4 Years Old Sings I will Always Lowe You by Whitney Houston. W moim bardzo niedoskonałym tłumaczeniu brzmi to tak: Zdumiewający czterolatek śpiewa bardzo dobrze znaną piosenkę Whitney Houston - Zawsze cię kocham. Popatrzmy na malucha i posłuchajmy go.

18:06, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (11) »
sobota, 17 września 2016
Od czego tu zacząć?

                                                  

Po ostatniej medytacji, kiedy to spotkałam siebie, jako małe dziecko jeszcze nie doszłam całkowicie do równowagi. Różne moje myśli, skojarzenia, refleksje muszą mi się lekko uleżeć w głowie, a w czasie przerwy staram się nabrać wobec nich trochę dystansu.

Przerwę w medytacji wykorzystuję inaczej. Zaczęłam chodzić na masaż. Pan rehabilitant stwierdził, że mięśnie nóg mam bardzo mocno napięte i przeciążone. Pewno po masażu nóg przejdzie do masażu całego ciała, bo dziś po profesjonalnej rehabilitacji łydek i stóp rozbolał mnie wyjątkowo mocno kręgosłup powyżej wcześniej operowanego miejsca, a pan rehabilitant do kręgosłupa w ogóle się nie dotykał. Masowane były tylko nogi do kolan.

Zaczynam się zastanawiać, jak to jest z tą moją intuicją. Bardzo mocno bałam się operacji stopy i teraz dopiero dociera do mnie, że przecież pan doktór nie byłby chyba w stanie przy okazji operacji stopy rozluźnić mi mięśni w całych nogach, a kto wie, czy i nie w całym kręgosłupie. A wygląda na to, że to jest w tej chwili główny mój problem.

Wiem, że dobrze by było, gdybym zgubiła kilka kilogramów. Od razu nogi by nosiły mniej ciężaru. Toteż każdego dnia, tuż po wstaniu, na golasa, wchodziłam na wagę w łazience. Waga systematycznie spadała w dół, a ja się cieszyłam i czułam się coraz lżejsza. Z ponad 73 kilogramów zjechałam na 65 z kawałkiem. Kto by się nie cieszył. Zastanowiłam się, co zmieniłam ostatnio w swojej diecie i doszłam do wniosku, że to nowy lek z firmy Himalaya tak zadziałał. Już zdążyłam opowiedzieć o moim chudnięciu kilku osobom, które też chciałyby zrzucić z wagi co nieco i dziś tknęło mnie, że coś zbyt szybko te kilogramy gubię.  Weszłam na wagę męża i okazało się, że ważę 72 kilogramy. Szlag by to trafił i małe szlaczki. Moja waga się popsuła. Ale mojej radości i lekkości jednocześnie, które wcześniej czułam nikt mi nie odbierze.

A wczoraj w ramach odchamiania się poszłam na wystawę prac malarskich. Wystawiono tam obrazy malowane u nas w naszej miejscowości w Domu Kultury pod okiem specjalisty. Prace były bardzo ciekawe, podobnie jak i całe spotkanie. Nabrałam ochoty, aby do nich dołączyć w przyszłym roku. Dom Kultury ode mnie jest dosyć daleko, ale, gdyby mnie mąż podwiózł... Muszę przemyśleć sprawę.

Gdy wracałam do domu na stoisku zobaczyłam dorodną dynię. Oczywiście kupiłam ją, czyli będzie ciąg dalszy wekowania.

Teraz pomedytujmy trochę przy nastrojowej muzyce.

16:55, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
piątek, 16 września 2016
To nie tak miało być.

 Staram się nie zajmować polityką, ale to nie znaczy, że nie wiem, co się dzieje w kraju i na świecie. Właśnie usiadłam do komputera, czytam artykuł i oczom własnym nie wierzę. Pani dyrektor szkoły w Gietrzwałdzie wprowadza właśnie nowe wychowanie patriotyczne. Na rozpoczęcie roku szkolnego zamiast flagi UE wywieszone zostały flagi maryjna i papieska. Jak podaje autorka artykułu w kalendarzu imprez znalazły się apel katyński, rocznica smoleńska i akademia poświęcona żołnierzom wyklętym.

Ponieważ wciąż jeszcze mam problem ze wstawianiem odnośników do artykułów, którymi chciałabym zainteresować moich Czytelników, dlatego wstawiam cytat z Onetu.

Patrz autor i tytuł artykułu:                                                                                                     Renata Kim Szkoły już wychowują nowego Polaka. "Łamią charaktery, kręgosłupy i osobowości uczniów" - mówi Sławomir Broniarz.                                                               Cytat: "W niektórych polskich szkołach już teraz próbuje się tworzyć "nowego Polaka". W małej placówce w Gietrzwałdzie podczas rozpoczęcia roku szkolnego zabrakło flagi UE, gdyż - jak podkreśliła pani dyrektor - "to polska szkoła, a flaga UE nie jest potrzebna". Zamiast flagi UE pojawiły się za to maryjna i papieska." 

A ja zadaję sobie pytania: W jakim świecie my żyjemy? Do jakich absurdów jeszcze dojdziemy? Kiedy wrócimy do normalności?

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                      

09:53, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (23) »
czwartek, 15 września 2016
Środa 14 dzień września.

                                                

I co tu robić? Pomidory zrobione. Stoją już w piwnicy, a ja zastanawiam się nad tym, czym się zająć. Co prawda roboty jest dużo, ale nie każda mnie pociąga. Na szczęście skończyły się na razie upały. Można już spokojnie wyjść do ogrodu i na ulicę.

Po wytężonej pracy przy napełnianiu słoików warto zająć się czymś innym. Sięgnęłam po książki. Wzięłam pierwszą, która stała na półce. Tytuł książki Gringo wśród dzikich plemion Wojciecha Cejrowskiego. Książka jest bardzo lekko i ciekawie napisana. Jest w niej dużo kolorowych zdjęć. Właśnie dowiedziałam się, jak krwiożercze są czerwone mrówki w dżungli.  Bardzo poruszająca jest scena sparaliżowania wojowników zatrutymi strzałami i  późniejsze ich wybudzanie.

Wieczór. Czas na medytację. Dzisiejsza kaseta pani Ewy Foley nosi tytuł: Odkrycie wewnętrznego dziecka.

Głos pani Ewy Foley przeniósł mnie w jakiś dziwny, ale pełen zieleni zakątek, w którym poczułam się pewnie i bezpiecznie. Ten głos zaprowadził mnie na spotkanie mojego wewnętrznego dziecka. Dziecko miało 2 latka. Zdumiałam się ogromnie, bo to dziecko było pełne lęku. Na pytanie czego mu potrzeba, padła odpowiedź - miłości i akceptacji.

Zasnęłam spokojnie. Nie pamiętam, żeby mi się coś śniło, ale musiałam coś przetrawiać w sobie, bo obudziłam się zupełnie przytomna już po godzinie 4-tej rano, z głową nabitą myślami.

Jeszcze w łóżku przeniosłam się w świat swojego dzieciństwa i uświadomiłam sobie, że wtedy, gdy ja miałam 2 latka minął rok od śmierci mojego starszego braciszka. Matka pogrążona była w ciężkiej żałobie. Każdego dnia chodziła na cmentarz, na grób synka.

Zawsze zastanawiało mnie dlaczego nic z tej wielkiej rodzinnej traumy nie pamiętam. Zapamiętałam przecież scenę jazdy sankami, w której brałam udział jako roczne dziecko. Do dziś noszę w sobie obraz. Widzę zaśnieżoną drogę wiejską, dwie pary sanek, ciągniętych przez moich starszych braci, rodziców idących za nami, sąsiadkę i jasne słońce na niebie. Na jednych sankach siedzę ja, na drugich moja koleżanka. I dalej obrazy urywają się. Następny obraz -  idę z ojcem na spotkanie matki, która zbolała wraca z cmentarza.

Leżałam w łóżku zupełnie już wybudzona ze snu i myślałam. Nagle wszystko zaczęło mi się układać w całość. Brat nagle zniknął z naszego życia. Nie wolno było nawet o niego zapytać, bo matka przeżywała rozpacz. Ojciec pewno też, ale to mama pogrążyła się w rozpaczy. Odnowiła jej się gruźlica. Ja wtedy qzaczęłam ciężko chorować na nerki. Teraz ja stałam się zagrożonym dzieckiem i teraz cała uwaga mamy skupiła się na mnie.

Dociera do mnie, że odkąd moja pamięć sięga bałam się zamknięcia. Całe życie bałam się, że mogę zostać zamknięta w trumnie żywa bez możliwości wydostania się z niej. Do dziś boję się jechać windą, gdyż w mojej wyobraźni może ona się nie otworzyć, a ja nie będę wiedziała, jak się z niej wydostać. Do tego później doszły jeszcze przeżycia wojenne pełne lęków i zagrożenia. Ten lęk towarzyszył mi przez całe moje życie. Nawet gdy miałam około 18 lat budziłam się przerażona w nocy. Wszystko było jakieś groźne, niesamowite. - Mamusiu! - mówiłam - boję się. Cholera jasna! śpij! - mówiła zmęczona matka. Kładła się koło mnie i nagle wszystko zaczynało wyglądać inaczej. Ciemność przestawała być straszna i spokojnie usypiałam.

Zastanawiam się, jaki wpływ na całe moje późniejsze życie, miały te wydarzenia z głębokiego dzieciństwa.

W roku 2012 skończyła się moja psychoterapia. Zaczęłam szukać czegoś interesującego. Postanowiłam zająć się rozwojem swojej duchowości i szukałam przewodnika. Poszłam na spotkanie z ojcem dominikaninem. Spotkanie było bardzo miłe i budujące, choć ojciec Jacek zaraz na wstępie powiedział, że będzie to jedyne nasze spotkanie. Na zakończenie, po godzinnej rozmowie,ojciec Jacek zwrócił się do mnie ze słowami: - Mam do pani prośbę! Niech pani więcej nie mówi, że jest pani osobą pokręconą. Jest pani osobą poszukującą i to pięknie poszukującą. - Ze spotkania nie szłam, a bardzo szczęśliwa frunęłam. I nagle na przystanku - łup. I od tamtej pory źle chodzę.

Co takiego było w moim spotkaniu z ojcem Jackiem, że po nim nagle straciłam część władzy w nogach?

Kiedy szkiełka w moim kalejdoskopie ułożą się dla mnie w zrozumiałą dla mnie do końca całość? Może od tego zależy moje dobre chodzenie. Nie wiem.

Jestem zamyślona.

07:57, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75