RSS
niedziela, 20 maja 2018
I tak dalej....

Ostatnio zawiesiło mi się pisanie. Polityka ma duży wpływ na moje życie, ale nie będę poruszała tematów z nią związanych, bo nie chcę sobie psuć humoru. To czym się zajmuję? Więc wstaję znacznie wcześniej niż wstawałam jeszcze miesiąc temu, czyli około godziny szóstej lub siódmej i po ochlapaniu się chłodną wodą idę do ogródka. Meszki i komary mnie rąbią, a ja dzielnie wyrywam zielsko. Właśnie zlikwidowałam już jedno poletko dorodnych pokrzyw, z których zrobiłam gnojówkę do podlewania roślin. Jutro wycinać będę następne pokrzywy. Nie będę ich wyrywać, tylko zetnę, żeby odrastały na następną gnojówkę. I w taki oto sposób, prawie uporałam się z zielskiem na działce.

Teraz siedzę w domu. Wszystkie rośliny podlane. I te w ogródku i te na tarasie. A ja zaczynam  sobie uświadamiać, że wpadłam właśnie w następny kanał. W ubiegłym roku był to kanał przerobowy. Przez całe lato produkowałam zapasy na zimę. Jeszcze lwia ich część stoi w piwnicy, choć rozdałam już sporo słoików i sama trochę ich zużyłam. W tym roku zmieniłam tylko kanał na działkowy. Już sobie obiecałam, że w słoikach zamknę tylko to, co urośnie na działce i czego nie damy rady zjeść na bieżąco. Jedynie pomidorów zrobię dużo, bo w zimie potrzebne są prawie do wszystkiego, a swoje przeciery są niezastąpione. Ale już widzę, że dziki bez (trzy krzaki) pięknie kwitnie, więc pewno będą całe grona czarnych jagódek do przerobienia. Kwitną i zawiązują owoce  truskawki. Dużo zielonego owocu mają borówki kamczackie, które dojrzewają już na początku czerwca i wtedy szybko trzeba je zbierać, bo łatwo opadają na ziemię. W smaku są lekko cierpkie, ale wartości zdrowotnych mają mnóstwo. W tym roku dosadziliśmy jeszcze dwa następne krzaki. Dosadzone zostały także dwa krzaki porzeczki (białej i czarnej) oraz krzak agrestu. czyli na nudzenie się nie mam czasu.

23:05, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (7) »
piątek, 11 maja 2018
Ogródek.

Muszę się pochwalić. Zerwałam się z łóżka o godzinie 6 i pomknęłam na działkę do roboty. Było rześkie powietrze i rój cholernych meszek, który rzuciły się na mnie, jak stado tygrysów. Ale nic nie było w stanie mnie wygonić z zagonków. Teraz pieką mnie całe nogi i ręce, a ja rozdrapuję do krwi swędzące miejsca. Trudno. Coś za coś. Ale za to jaka to przyjemność była brodzić w gęstej, zielonej trawie, która rośnie przed domem. Gracowanie było mniejszą przyjemnością, ale to przecież gimnastyka. Myślę, że pan Jurek by mnie pochwalił. A swoją drogą to, że mogę się spokojnie zabrać do takiej pracy w ogródku, to zasługa pana Jurka i pana Mateusza, który rozciąga moje stare gnaty. Nie lubię co prawda ani mówić, ani pisać o starości, bo nie czuję zbyt mocno swojego wieku, ale, niestety, licznik bije.

Jest godzina 8,40, a ja już wróciłam z ogródka. Wygracowałam zielsko z grządek, na których dziś po południu posadzę pomidory z mojej rozsady. Wyhodowałam ją sama. W ubiegłym roku dostałam od córki kilka sadzonek pomidorów dosyć odpornych na choroby i wysuszyłam z nich pestki. Dziś sadzonki pójdą już do gruntu.

Kotka uważnie obserwowała, co ja wyprawiam i po mojej skończonej pracy poszła obejrzeć efekty.  Chyba zaakceptowała moje działania.

I tu miały być zdjęcia. Wcześniej zdjęcia wstawiałam ale dziś znowu nie umiem ich wstawić. 

09:20, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (24) »
środa, 09 maja 2018
Nowe spojrzenie.

Właśnie leży przede mną książka Emerana Mayera Twój drugi mózg. Komunikacja umysł - jelita. Jak zależność mózg - jelita wpływa na nasz nastrój, decyzje i stan zdrowia. A z tyłu książki notki:

"Wybitna książka lekarza, uczonego i światowego eksperta, który od ponad 40 lat wnikliwie bada zależności łączące mózg i jelita."

"Kilka lat temu byłoby to science fiction, ale obecnie nauka potwierdza, że mózg, jelita i drobnoustroje jelitowe porozumiewają się we wspólnym języku biologicznym. Czy mikroby jelitowe mogą modulować pracę i strukturę naszego mózgu?"

Dopiero zabieram się do czytania książki, która ma 355 stron. Od dawna wiadomo, że dobre trawienie ma ogromny wpływ na zdrowie człowieka. Nie mam zwyczaju przeliczać wszystkich zjadanych kalorii. Jem po prostu to, co mi smakuje i co aktualnie znajduje się w lodówce lub co ugotuję. Ale może warto zmodyfikować jadłospis tak, żeby zdrowiej się odżywiać. Wiem, że należy jeść surówki, ale ja po zjedzeniu ich czuję niestrawność, więc muszę się im uważniej przyjrzeć. 

Dziś na obiad będzie biały barszcz z jajkiem i kawałkiem kiełbasy + sporo majeranku i do tego ziemniaki. Barszcz, oczywiście, zakwaszany sokiem z cytryny i bez żadnych sztuczności w postaci gotowców. I ten obiad nie będzie wynikiem świeżo czytanej książki, tylko po prostu mam ochotę na taki obiad.

I myślę, że warto poznawać różne nowości, ale trzeba też zachować zdrowy rozsądek przy wprowadzaniu różnych zmian wszędzie, w jadłospisie też.

10:16, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
wtorek, 01 maja 2018
To prawie szok!

                   

Wyszłam dziś przed dom. Słonko świeci, ale upału jeszcze nie ma. Rozejrzałam się po moich zagonkach. Tylko niektóre ją już obsadzone roślinkami, reszta czeka, aż miną przewidywane przymrozki. No i widzę, że na moich zagonkach już rośnie zielsko, chociaż go nie siałam. Pomyślałam, że trzeba je trochę podciąć, póki nie ma jeszcze upału. Poszłam więc na drugą stronę przegrodzonego ogródka po narzędzia ogrodnicze. Po drodze podbiegła do mnie Fionka - nasza dwuletnia suka. Jest to duży wyrośnięty pies. Trafiła do nas jakieś półtora roku temu. Jest zadbana, wykarmiona, wypieszczona, z futrem rudym jak na miśku. Nadstawiła łeb do głaskania, wymiziałam ją za uszkami, sprawdziłam, czy ona i drugi nasz piesek ( bardzo już stary) mają wodę i poszłam do komórki po grackę. Fionka uradowana szła za mną krok w krok. Gdy jednak zobaczyła, że biorę do ręki kij na którym osadzona była gracka, to nagle odwróciła się i w dzikim popłochu dała nura do piwniczki. Widocznie uznała, że tam będzie bezpieczna. A ja najpierw się zdumiałam, a później zrobiło mi się bardzo przykro. Nigdy nikt u nas nie zakrzywił na nią nawet palca, żadnych krzyków i karcenia, a ona się boi. Wiem, że została znaleziona razem z matką i rodzeństwem w lesie. Była wtedy w opłakanym stanie, ale wtedy była psim niemowlakiem, a wciąż towarzyszy jej jakiś lęk trudny do opanowania. Co ona musiała przejść, jeśli sam widok kija po dwuch spokojnych latach budzi w niej takie przerażenie. I kto to zrobił? Co to za człowiek? Wywieźć skatowaną sukę ze szczeniakami do lasu, jak zbędne śmieci? A podobno człowiek - to brzmi dumnie. I pewno to Polak  - katolik, pełen miłości i miłosierdzia, co niedziela uczęszczający do kościoła. Co się dzieje z takimi ludźmi, że wyżywają się na istotach bezbronnych? Jakie było ich dzieciństwo i dorastanie? Przecież człowiek nie rodzi się zły, to skąd zdarza się taka znieczulica na cierpienie żywych istot? Ten lęk Fionki był dla mnie jak podcięcie batem. Zamyśliłam się i jest we mnie żal, że tego, co zadziało się kiedyś, nie da się już wymazać z psiej świadomości, ale także i ze świadomości tego człowieka, który być może w ten sposób odreagowuje swoje krzywdy i upokorzenia.

Zamyśliłam się...... 

10:20, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (23) »
niedziela, 29 kwietnia 2018
Wiosna. A mnie się nic nie chce.

Wiosna w pełni. Drzewa owocowe i krzewy kwitną na potęgę. Trawa i zielsko rosną, a ja ostatnio miałam jakieś zaburzone myślenie. Podobno u mnie to przesilenie wiosenne, tak powiedziała moja znajoma pani farmaceutka, ale byłam pół dnia pełna niepokoju.

Co tu robić, gdy nic się robić nie chce. Ostatnio odkryłam, że najchętniej siadam na stołeczku w ogródku i wyrywam zielsko. Wyłączam myślenie i robię porządek na zagonkach. Właśnie zielsko wyrwane już zostało z jednego zagonka truskawek i z zagonka z lubczykiem i rabarbarem. Czekam, aż słońce przestaje mocno operować i rozsiadam się na stołeczku. Tego pielenia mam jeszcze całkiem sporo. Całe dwa rzędy malin i rządek takich truskawek, które mają owocować od wczesnej wiosny do późnej jesieni. W ubiegłym roku były posadzone i plony były mniej niż mizerne. Ale jak mówi pan Stasiek, nasz dalszy sąsiad, truskawki owocują w następnym roku po posadzeniu, więc może w tym roku się postarają.

Sprzątnięty taras oczekuje na gości, bo mnie samej nie chce się tam siedzieć. Mój mąż woli telewizję, ja komputer, czyli taras pełen pięknych kwiatów nie jest wykorzystywany zbyt często, chociaż stanowi ozdobę domu. Zdjęcia z tarasu będą w następnym wpisie, bo dziś jest już ciemno i trudno byłoby je zrobić. A mnie nawet pisanie dziś nie bardzo się klei. Może jutrzejszy dzień przyniesie więcej energii.

22:20, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
czwartek, 26 kwietnia 2018
Co by tu ugotować?

     

Jest godzina 21,30. Po pracowicie spędzonym dniu wreszcie usiadłam do komputera. Dziś było zdejmowanie firanek do prania i mycie okien po zimie. Pokój straszy ciemnymi szybami, bo nic jeszcze w nich nie wisi. Co prawda to nie ja te okna myłam, ale mimo to jestem zmęczona. Do mnie należało tylko zmywanie brudnych garów (czubaty zlew + kupa garów na szafkach) i gotowanie obiadu. I chociaż bardzo się starałam obiad wyszedł kiepściutki. Zupełnie nie rozumiem jak można sknocić zupę szczawiową, a ja właśnie koncertowo to zrobiłam. O mięsie na drugie nie wspomnę. Za gotowanie piersi do orderu nadstawiać nie będę. Są kobiety, które z niczego potrafią wyczarować pyszne dania. Ja się do nich nie zaliczam. Jak kurczak, to albo mięso duszone z dużą ilością ostrych przypraw, albo kotlety z piersi kurczaka. Trochę lepiej wychodzą mi zupy, chociaż i tu żadną mistrzynią nie jestem. Mój mąż nie jest jakoś szczególnie wymagający i niezależnie od tego, czy coś mi się rzeczywiście uda, czy tylko da się zjeść, to nie grymasi.  W dzieciństwie był z rodziną wywieziony na roboty do Prus Wschodnich i tam po zabraniu ojca do obozu, on z małym bratem, którym się opiekował i z matką, która chodziła do pracy, żyli z tego, co udało im się zdobyć do jedzenia. Tak, że poznał, co to jest trud i niedostatek. 

Ale to dawne czasy, które, dzięki Bogu, minęły. I oby nasze dzieci, wnuki i prawnuki nie zaznały takich niebezpieczeństw i ciągłego lęku, jaki był udziałem naszych rodziców i dziadków.

22:22, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
wtorek, 24 kwietnia 2018
Co było dziś.

                                         

Dziś po powrocie z Warszawy siedzę i bawię się kolorami i kształtami. Deszcz pada za oknem, a ja co jakiś czas podrywam się z krzesła i latam po chałupie. Gdy jechałam na rehabilitację, czułam ból w lewym kolanie i w biodrze. Po rehabilitacji szłam już bez bólu. Mam chodzić. No i chodzę, ale przerwy w siedzeniu muszą być większe. A może przenieść się z siedzeniem na podłogę?

Oto co na temat siedzenia po turecku na podłodze mówi pan Marek Purczyński.



21:29, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (8) »
czwartek, 19 kwietnia 2018
??????

We wtorek, jak zwykle, pojechałam na rehabilitację do Warszawy. Początkowo moja podróż niczym szczególnym nie różniła się od wszystkich poprzednich. Dojechałam już prawie na miejsce, gdy nagle usłyszałam jakiś głos, który wyraźnie o czymś informował ludzi. Rozejrzałam się, ale nie zobaczyłam nic niezwykłego. Pomyślałam, że z głośników takich, jakie czasami można spotkać na przejściach dla pieszych, ktoś coś ogłasza. Doszłam do skrzyżowania ulic i już prawie wchodziłam na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy, gdy nagle spostrzegłam megafon, jakiś plakat i trójkę młodych ludzi kręcących się obok. Teraz zaczęły do mnie docierać poszczególne wyrazy i całe nagrane wypowiedzi. Chodziło o aborcję. Z megafonu leciały oskarżenia pod adresem lekarzy, którzy to, podobno, nawet duże dzieci usuwają, kawałkując je i pozbawiając życia. Ci młodzi ludzie ustawieni byli ze swoim sprzętem na rogu ulicy, w pobliżu szpitala. Na dużym plakacie pełno było czerwonego koloru. Nie widziałam żadnych szczegółów, ale podejrzewam, że były na nim pokazane porozrywane dziecięce ciała. Już miałam podejść do nich, aby zapytać, czy mają pozwolenie na ten głośny występ. Czy nie przeszkadza im to, że mogą tędy przechodzić małe dzieci, dla których ten plakat i słowa, które słyszą mogą być bardzo stresujące. A także, czy  kiedykolwiek próbowali zająć się urodzonym niepełnosprawnym dzieckiem? 

Ale nie podeszłam i nic nie powiedziałam. Zachowałam się tak, jak wszyscy Ci, co szli ulicą nie zwracając uwagi na młodych ludzi, na wystawiony przez nich plakat i na głos dobywający się z głośnika.

Zerknęłam na zegarek i stwierdziłam, że jest późno, a ja miałam jeszcze przejść ileś metrów do przychodni. Trzeba było się pospieszyć.

Dziś myślę, że zachowałam się jak tchórz, który z braku odwagi, albo z lenistwa nie zabiera głosu wprost tylko żołądkuje się gdzieś na boku. Ale jeśli nie napiszę, co czułam, tam w Warszawie i co czuję dziś jeszcze to cała moja frustracja i złość będą we mnie siedziały.

 To, czy kobieta decyduje się na aborcję, czy nie, to jej osobista decyzja, lub decyzja uzgodniona z partnerem i lekarzem. Niczyja więcej. Takie jest moje zdanie.

  

 

 

22:22, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2018
O czym tu pisać?

                           

Ostatnio mam zastój myślowy. Wynika on z wielu rzeczy.

Po pierwsze robi mi się zaćma na lewym oku i nie wiem, co zdecydują okuliści do których jadę w środę. Jeśli zakwalifikują mnie do operacji, to będę się zastanawiała gdzie ją przeprowadzić i z jakimi soczewkami. Ale u mnie marszczy się jakaś błona na oczach, trudna do operowania o czym zostałam poinformowana w ubiegłym roku przez okulistów.

Po drugie tracę siły. Te prace, które były dla mnie drobiazgiem jeszcze rok temu, dziś są już dużym obciążeniem. Podłoga na tarasie jest brudna i czeka, niestety, na panią, która przychodzi sprzątać. Ja umyłam kawałeczek i miałam dość. Mam przygotowane zagonki do siania i liczę na to, że nie będzie to zbyt duży dla mnie wysiłek. Ale prawdę poznam, gdy do tych prac się wezmę.

No i zastanawiam się, gdzie podziała się moja niedawna jeszcze energia i siła. Na szczęście samodzielna jazda do Warszawy nie tylko, że nie jest jeszcze dla mnie dodatkowym obciążeniem, ale nawet zupełnie nieźle tę podróż znoszę, pewno z uwagi na poprawę chodu. Tu sprawa idzie do przodu. Wolno, ale systematycznie jest coraz lepiej.

No i mam poczucie, że kręcę się jak kot za własnym ogonem. Nic nie zwiedzam, nie rozwijam się intelektualnie. Nie jeżdżę do kina ani do teatru, tylko siedzę w domu i walczę sama z sobą.

21:02, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (24) »
piątek, 13 kwietnia 2018
Ale się dziś wygrzałam:

Co za piękny dzień. Słoneczko, cieplutko. Prawie cały dzień przesiedziałam dziś w ogródku. Oczywiście w kapeluszu na głowie. Z trudem upaciepiłam coś na obiad. Żadne tam wyszukane smaki. Młode ziemniaki z masełkiem i zsiadłe mleko ze śmietaną. Takiego chudego mleka nie lubię. Tak, że obiad wyszukany nie był. A ile w ogródku zostało zrobione roboty. Oczywiście, nie przeze mnie, tylko przez pana, który przyszedł nam przygotować ziemię do upraw. Ja tylko siedziałam i obracałam ozorem. Ponieważ pan też był bardzo rozmowny, to gadanie szło nam świetnie, a i robota szybko posuwała się do przodu.

Teraz siedzę w domu. Za oknem leje deszcz. A ja myślę jak tu jutro zabrać się do sprzątnięcia tarasu. Taras jest pod gołym niebem, czyli jutro wszystkie zimowe brudy będą namoczone i mniej siły będę musiała zużyć, aby je usunąć. Taką mam nadzieję. W tym roku na tarasie zaplanowałam tylko trochę kwiatów, w reszcie dużych doniczek wsadzę poziomki, które owocują nie tylko na krzakach, ale także na pędach. Gdy przyjdą dzieci, będą miały co posmakować.

A ja właśnie przymierzam się do łóżeczka, bo już jest 21,30. Jeszcze tylko piękna muzyka i lulu pa.

Ernesto Cortazar - Morelia's Waltz

22:00, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100