RSS
poniedziałek, 29 lutego 2016

Ostatni okres czasu był dołujący. Poważnie zachorował na grypę mój syn. Ta grypa dała powikłania w postaci obustronnego zapalenia płuc. Nie pisałam, bo nie chciałam, aby jakieś niepokojące myśli i emocje krążyły wokół niego. Już jest lepiej, ale jeszcze poleguje w łóżku, chrypi jak trzeszcząca deska. Albo choroba wychodzi ze środka, albo podrażnił sobie gardło kaszlem. Całe szczęście, że powikłania nie rzuciły mu się na serce. Wczoraj, oboje z mężem, już go odwiedziliśmy, bo wcześniej nie było takiej możliwości. Lekarze zgodzili się wypuścić go ze szpitala  na Szaserów do domu (zawieziony tam został na badania) pod warunkiem, że nie będą go odwiedzać dzieci i ludzie starzy. Wtedy jeszcze zarażał. Cała jego rodzina przechorowała tę grypę, na szczęście nie aż tak dramatycznie.

Kolor zielony, to kolor nadziei, dlatego daję dużą grafikę w różnych odcieniach zieleni, aby dawała nadzieję na to, że to co złe już odeszło lub przynajmniej odchodzi, a to co przed nami to sama jasność i ciepło w myślach w rodzinach - wszędzie.

Wstawiam wielkie słoneczne koło bez żadnych rogów, jako symbol tego, co dobre i jasne.

I poezja tak bliska mojemu sercu. Teksty naszego Noblisty - Czesława Miłosza, w wykonaniu wspaniałej aktorki Anny Dymnej. Czegóż można chcieć więcej? Siadam, patrzę i słucham. Przenoszę się w świat tego, co piękne, wzruszające i dobre.

11:23, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
niedziela, 28 lutego 2016
Jest mi smutno...

Właśnie dowiedziałam się przed chwilą, że odeszła do lepszego świata moja następna Koleżanka. To już czwarta w ostatnich miesiącach. Była młodsza ode mnie. Bardzo miła, sympatyczna osoba. Tyle razy piłyśmy wspólnie herbatkę i rozmawiałyśmy. Już nie porozmawiamy. Zosiu! Śpij w spokoju wiecznym.

Prośba

Anna Kamieńska

Boże przywróć rzeczom blask utracony
oblecz morze w jego zwykłą wspaniałość
a lasy ubierz znowu w barwy rozmaite
zdejm z oczu popiół
oczyść język z piołunu
spuść czysty deszcz by zmieszał się ze łzami
nasi umarli niechaj śpią w zieleni
niech żal uparty nie wstrzymuje czasu
a żywym niechaj rosną serca od miłości

              

21:48, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (34) »
piątek, 26 lutego 2016
Nastrój.....

                                  

                                

      Dziś pół dnia zajęta byłam przy przepisywaniu tekstu. Jest wieczór. Jestem nastrojona i energetycznie i lirycznie i jedyne, co mogę jeszcze zrobić, to wstawić jakąś melodię i wiersz, które za mnie powiedzą, co czuję.

              

Oj Babciu! Babciu! co ci przychodzi do głowy? W dodatku w Twoim wieku? Porywy serca zostaw już wnuczkom, a sama lepiej sprawdź, czy w kuchni nie ma garów do zmywania.

23:58, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (15) »
środa, 24 lutego 2016
Dwa spojrzenia na tę samą sprawę.

                                  

Już zaczęłam się czuć złą opiekunką moich piesków. Sąsiadki z przeciwka trzymają swoje pieski w domu, znajome z bloga - też, a nasze są na dworze i w wybranej przez siebie budzie z ogrzewaniem lub bez. I tak się czułam do dzisiaj. A dziś przetarłam oczy i inaczej spojrzałam na sprawę. Pomogła mi w tej mojej zmianie spojrzenia nasza Fionka.

Po operacji nie mogła zamoczyć na brzuchu fartuszka przykrywającego szew, więc zabraliśmy ją do domu i najpierw zaczęła się walka z kocicą. Trzeba było pilnować, żeby kocica nie zrobiła krzywdy suce, bo wyraźnie na nią polowała. Fionka przyzwyczajona do towarzystwa drugiego pieska, bardzo za nim tęskniła i wyła szczególnie w nocy, a Mały do domu przyjść nie chciał. No a dziś biega już cały dzień po dworze i na noc poszła po raz pierwszy od 10 dni do swojej piwniczki z kwoką i ze słomą. Olała ciepełko, fotel do spania i wreszcie jest szczęśliwa. Biega znowu z kolegą, obszczekuje wszystkich idących drogą i ani myśli przyjść do domu. Owszem jakieś mięsko na ząbek - jak najbardziej, ale poza tym liczy się wolność i towarzystwo kolegi.

Kiedyś pani psycholog, do której jeździłam, mówiła, że na każdą spraw można spojrzeć z kilku różnych stron. Pokazywała nawet jak to działa. A ja dziś widzę, że nawet na psią wygodę i wolność można spojrzeć inaczej, niż patrzyłam do tej pory.

            

22:09, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
wtorek, 23 lutego 2016
Na rozgrzewkę - kieliszeczek.

Wczorajszy dzień był dla mnie bardzo trudny. Wiedziałam, że mam wyznaczoną wizytę u okulistów. Przy okazji odwiezienia dzieci do Warszawy chcieliśmy oboje z mężem załatwić od razu i sprawę wizyty. Okazało się jednak, że czas oczekiwania na wejście do lekarza byłby zbyt długi, bo musiałabym czekać do godz. 16. Zdecydowaliśmy się więc wrócić do domu i do Warszawy pojechałam jeszcze raz już sama, gdyż mąż po nocy boi się jeździć samochodem. Pogoda była kiepska. Po niedawnym śniegu nie pozostało ani śladu, a jego miejsce zajęła obrzydliwa plucha. Do domu wróciłam późno, bardzo zmęczona.

Dziś od rana wciąż czułam trudy wczorajszej podróży. Do tego doszło jakieś wychłodzenie organizmu. (U nas panuje wredna grypa dająca powikłania, a ani ja, ani mój mąż nie jesteśmy zaszczepieni.) Ponieważ wychłodzenie nie mijało mimo gorących herbatek, ani ciepłych ubrań, poszłam do sklepu i kupiłam nalewkę wiśniową na czerwonym winie i jakiś ajerkoniak o smaku toffi. Wypiłam go kilka małych kieliszeczków i zrobiło mi się cieplutko. Nawet się lekko spociłam. Tak, że nie wiem, czy moja abstynencja alkoholowa nie weźmie w łeb. Może trzeba od czasu do czasu poprawić sobie krążenie. Moje własne krążenie, osobiste być może trzeba już trochę wspomóc naleweczką lub mleczną jego odmianą.

                                   

Ta zieleń z resztkami śniegu ma przypominać, że zbliża się wiosna. Już zaczyna pukać do naszych okien i drzwi, chociaż resztki zimy jeszcze się nie poddają.

23:10, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (21) »
sobota, 20 lutego 2016
Leoś tworzy grafikę. Trochę o....

 

 

 

Tę grafikę zrobił mój 9-cioletni prawnusio Leoś. Ale miał uciechę. A jak łapał, o co chodzi? W mig. Nie tak, jak stara babcia. Wystarczyło, że mu raz pokazałam na czym rzecz polega i już wiedział jak ją zrobić. Zabrał wydrukowany efekt swojej pracy, aby pokazać mamusi. Nie wiem tylko dlaczego grafika rozdwoiła się, bo była w jednym kawałku. Ale i tak jest dobrze.

Obiecywałam sobie, że od polityki będę trzymała się z daleka, ale się nie da. Kiedy widzę i słyszę, co się teraz u nas wyprawia, to oczy robią mi się okrągłe ze zdziwienia i czuję niesmak, wręcz obrzydzenie. Jacy to teraz wszyscy bez skazy. Nawet nie mają do czego się przyznawać i za co przepraszać. Po prostu same chodzące ideały.

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką na temat przekazanej jej przeze mnie wiadomości, która okazała się nieprawdziwa. Osoba informująca mnie była dla mnie informatorem wiarygodnym, a okazało się, że też ją ktoś w błąd wprowadził. Chodziło o wiadomość, że nasza koleżanka nie żyje, tymczasem ona jest w bardzo ciężkim stanie, kto wie, czy nie terminalnym, ale żyje. I ta koleżanka powiedziała do mnie. - Marysia! A ile razy ja wstydziłam się tego, co powiedziałam w dobrej wierze. Przepraszałam, ale co to zmieniło? - To jest mowa normalnej, myślącej, szczerej i krytycznej także wobec siebie osoby.

Tymczasem nikt z polityków do żadnych swoich win się nie poczuwa. Po prostu tych win nikt z nich nie ma. Pewno nie popełniają też błędów. Pan Wałęsa mógł spokojnie siedzieć w domu, zajmować się rodziną i pracą, a on walczył w naszej wspólnej sprawie. O naszą wolność. Nadstawiał głowy i narażał na niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale i swoich bliskich. A teraz Ci wszyscy dziś - święci, co kiedyś siedzieli cicho, chcą go pozbawić czci i wiary, a kto wie czy i nie przypisać sobie jego zasług. Brrrr. Niedobrze mi się robi, jak o tym pomyślę.

16:25, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (33) »
piątek, 19 lutego 2016
Trochę wszystkiego.

Tyle się dzieje w kraju, w polityce. Wściekam się na to wszystko. Na tym jednak kończę ten temat. Nie chcę sobie psuć nerwów. Dziś rano nie wzięłam leków, w tym leku wyciszającego, więc lepiej się nie podniecać.

Mój mąż już śpi. Śpią też w piwnicy nasze pieski. Kot też gdzieś się zwinął w kłębek. W nocy pewno jak zwykle łobuz jeden przyjdzie do mnie do łóżka. Jest wieczór. Dochodzi 11,30.

Jutro rano mój mąż jedzie po prawnuki. Będą u nas do poniedziałku. W poniedziałek dzieci odtransportujemy do Warszawy do mamusi, a ja pojadę do okulistów. W związku z tym, że chłopcy będą dwa dni i że trzeba im znaleźć na ten czas jakieś interesujące dla nich zajęcie, przejrzałam gry darmowe internetowe dla dzieci. Przykro to powiedzieć, ale ja zdawałoby się  osoba zaprzyjaźniona z internetem, nie umiałam zagrać nawet w grę dla 4-latków. Jestem pewna, że dzieci z internetem i z grami nie będą miały żadnych kłopotów. I ja się łapię za naukę języka angielskiego. Po tym doświadczeniu spojrzałam dosyć krytycznie na swoje możliwości.

Jutro z samego rana pędzę do sklepów po zakupy, a później staję przy kuchni, jak zwykle, gdy prawnusiowie są w domu. Wiem, że powinniśmy zorganizować dzieciom jakieś zajęcia ruchowe, może jakieś malowanie, a może jakieś gadki o tym, co lubią, jak spędzają czas. A tak coś czuję, że skończy się na ich siedzeniu przed pudłami komputerów. Wtedy w domu jest cisza, spokój i nie trzeba ich godzić. Czyli pewno będzie nie tak, jak być powinno, tylko tak jak będzie. Niestety poddaję się. Mam nadzieję, że takie dwa dni nie zaszkodzą im, bo w domu mama chyba im nie pozwala na takie siedzenie.

A teraz w ramach relaksu jeszcze grafika. Coraz bardziej ją lubię.

                                 

Jest godzina 4 w nocy, a ja nie tylko że nawet na minutę nie zasnęłam, to nie mogę jeszcze spokojnie leżeć. Mam jakieś mrowienia i kurcze w nogach. Zanosi się na to, że dzisiaj w nocy wyspaceruję się po mieszkaniu za wszystkie czasy. Do siódmej godziny zostało tych godzin już tylko 3, a rano przyjeżdżają dzieci i o spaniu nie będzie mowy. Trochę się boję, jak sobie w tej sytuacji jutro poradzę. Trudno! Zawsze sobie radziłam, to i teraz jakoś się zmobilizuję. A może jak dzieci rozsiądą się przed komputerami (jeden komputer mój, drugi wnuka), to zdołam się na chwilkę chociaż zdrzemnąć.

4,20. Włączam piękną spokojną muzykę. Może wpłynie na mnie kojąco i choć na chwilkę zasnę.

23:50, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
czwartek, 18 lutego 2016
Nauka j ezyka angielskiego.

Nauka języka angielskiego zaczyna mi się podobać. Skorzystałam z darmowego programu internetowego : Język angielski dla początkujących Puzzle 1+3. Pani lektor naukę prowadzi w sposób tak łopatologiczny, że trudno, tego co mówi, nie zrozumieć. Tych puzzli jest oczywiście dużo więcej. Ja stawiam pierwsze kroki, jak dziecko uczące się chodzić. Teraz to już nie jest bezmyślne wkuwanie. Zaczynam łapać różne prawidłowości w budowie wypowiedzeń. Oczywiście wciąż jestem kompletnie zielona, ale w tej zieleni można już próbować dostrzec miejscami odrobinę jaśniejszy odcień. Teraz nauka angielskiego zaczyna być już poszukiwaniem, przygodą. Oczywiście, to co dziś napiszę w języku angielskim, być może będzie parodią tego języka, ale trudno. Wy się pośmiejecie, a ja się dowiem, gdzie popełniłam błędy. Zaczynam.

Zapis: - What do you do in your free time? I read books. I write a lot. I like it listening to music beautiful. I like it very much.

Wymowa: -  Lot du ju du in jur fri tajm. Aj rid buk. Aj raj ej lot. Aj lajkit to musik bjutiful.Aj lajket veri macz.

Znaczenie: - Co robisz w wolnym czasie? Czytam książki. Dużo piszę. Podoba mi się słuchanie pięknej muzyki. Bardzo mi się podoba.

                                    

 

W domu zaczyna być trochę spokojniej. Kotka dalej nie toleruje Fionki, ale nie jest już furią zamkniętą w kociej skórze. Chyba się wolniutko przyzwyczaja do psiego towarzystwa. Suka znalazła sobie miejsce na fotelu w piwnicy i też jest bardzo zadowolona, a ja już tak nie przeżywam zwierzęcych awantur. Jeszcze został tydzień do zdjęcia szwów z rany na brzuchu po sterylizacji. Już jest dobrze.

10:52, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (13) »
wtorek, 16 lutego 2016
Fionka

Od polityki staram się trzymać z daleka. Nie mam na nic wpływu. Gdyby były wcześniejsze wybory, to mogłabym swoim głosem wesprzeć którąś partię mającą bliższy mi program, niż ma PiS. Jestem jednak przekonana, że PiS zrobi wszystko, aby tym razem władzy nie oddać.

                                           

Dlatego przechodzę do życia codziennego.

15 II, w poniedziałek została wysterylizowana Fionka. Wspominałam już o tym wcześniej, ale w ślad za tym pewno pójdą następne zmiany. Przynajmniej się na to zanosi. Pierwsza noc po operacji była trudna dla nas wszystkich. Dla suki była trudna, bo nagle znalazła się w nowym miejscu, czyli w naszej piwnicy. (Nie może spacerować po ogrodzie, bo mogłaby zamoczyć założony po operacji fartuszek). W dodatku była sama bez towarzystwa, bo nasz drugi piesek - Mały nie chciał do piwnicy wejść. Dla nas też ta noc była trudna, bo trzeba było zająć się wyjącą suką. Zeszłam do niej na dół, aby ją uspokoić. Na wszelki wypadek dałam jej pół tabletki przeciwbólowej, jak lekarz kazał. W piwnicy zostawione zostało światło, żeby się pewniej czuła. Kiedy Fionka zorientowała się, że wszystko jest w porządku, że my oboje z mężem jesteśmy blisko, że jest jej tam wygodnie, to rozłożyła się na miękkim fotelu i spokojnie już leżała.

Zaczął się jednak nowy problem - kotka. Kocica tylko chodzi i prycha. Wyraźnie czatuje na Fionkę i chce ją spacyfikować. Boję się o sukę. Jest co prawda duża, ale niepokoję się o to, aby kocica nie zaatakowała jej oczu. Już raz skoczyła na nią z góry. I to był jeden błysk. Rano zaproszony do piwnicy został także Mały. Jak Fionka cieszyła się z nim. No i wygląda na to, że będziemy mieli w domu dwa psy i kotkę, która ich nie znosi. Fionka zaczyna się czuć w domu jak w swojej własnej budzie. Na podwórko wychodzi tylko, aby się załatwić i szybko wraca z powrotem. Tylko jak pogodzić psie i kocie towarzystwo. Chciałabym wprowadzić jakiś pakt o nieagresji, ale nie wiem, jak to zrobić. A może nie zrobią sobie wzajemnie krzywdy? Fionka jest łagodna i kota nie goni, to kotka goni w domu psy. Na dworze role się odwracają.

22:58, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 15 lutego 2016
A może jest jakaś Siła, która nas prowadzi w życiu?

Ostatnio nie miałam o czym bardzo pisać i nagle dzisiaj nie wiem czy napisać o obu sprawach, czy rozłożyć je na dwa wpisy.

Pierwsza sprawa jest krótka. Zawieźliśmy rano Fionkę do sterylizacji. Lekarz weterynarii, który wykonuje zabieg jest świetnym specjalistą. Nie boję się więc o zdrowie Fionki, ale żal mi jej, bo była bardzo zestresowana. Trzęsła się, chociaż całą drogę ją głaskałam i spokojnym głosem do niej przemawiałam. Nie ma się co dziwić zestresowaniu. Jest to suka, która jako szczeniak została znaleziona podobno w lesie i tam przeżyła jakieś traumatyczne sytuacje. Nie wiem jakie, bo to nie ja ją znalazłam. U nas jest już od jesieni i jest to już jej trzeci dom. O godz 14 jedziemy ją odebrać z lecznicy. Będzie już po zabiegu i teraz to już nasza rola w dalszej pielęgnacji. Ponieważ suczka nie może się zamoczyć, będziemy wychodzili z nią na spacer, aby załatwiła swoje potrzeby, a zamieszka w naszej piwnicy, albo w łazience, gdzie rozłożę jej moją starą kurtkę. Łatwo będzie sprzątnąć, gdyby miała torsje lub się załatwiła. Będzie miała i ciepło i wygodnie, a my zajmiemy się nią najlepiej, jak można. Szwy będą zdjęte po 10 dniach, więc będzie trochę przy niej biegania.

                                

Dziś ma przyjść do mnie koleżanka, która chce mi pokazać swoje pisanie na temat cudów, które miały miejsce w jej życiu i w życiu jej rodziny. No i zamyśliłam się. Zastanowiłam się, jak to jest u mnie i w mojej rodzinie. Nie żebym doszukiwała się tych cudów. Ja raczej czuję i widzę prowadzenie mnie przez bagna i wertepy życiowe przez jakąś Niewidzialną Siłę Sprawczą. Nie należę do osób dopatrujących się dookoła różnych niezwykłości. Nie uważam też, że w zależności od ilości i jakości modłów można dostać tych cudów trochę lub więcej. Ale w Niewidzialną Siłę Sprawczą prowadzącą nas przez życie wierzę.

Kiedy miałam 20 kilka lat byłam taką gęsią, że trudno mi dziś w to uwierzyć. Z jednej strony kupa kompleksów, z drugiej głowa zadarta do góry i poczucie wyższości wynikające z przeświadczenia, że mój dom rodzinny dał mi najlepsze wychowanie i że inni to: Ho! Ho! - takiego wychowania nie otrzymali. Z moją mamą byłam w symbiozie i co ona powiedziała, było święte. A moja mama swój wzorzec moralny wyniosła z internatu prowadzonego przez siostry zakonne.

I nagle w jednej chwili rozwalił mi się cały mój system wartości. Nie wiedziałam do czego w życiu się odnieść. Co jest dobre, a co złe. Nie miałam niczego na czym mogłabym się oprzeć. I wtedy zaczęła się terapia i moja praca nad sobą. To, co się wtedy zdarzyło dziś widzę (w przenośni) jak rozsypane drobniutkie, kolorowe szkiełka kalejdoskopu, z których sama już układałam całość. Wiele szkiełek odrzuciłam jako zbędne lub zaburzające, wiele nowych dołożyłam. Obrazek, który powstał nie jest doskonały, ale jest mój i ja go akceptuję.

To dawne czasy, ale wracam dziś do nich, aby jeszcze raz zobaczyć, że wszystko w moim życiu ułożyło się jakby według jakiegoś planu. Tak to dzisiaj widzę. To nie był żaden cud, to był wieloletni proces, który trwa aż do dziś.

Staram się nie myśleć co by było, gdybym nie dostała takiej szansy od życia. Podejrzewam, że byłabym osobą w autorytarny sposób patrzącą na wszystko dokoła. To, co otrzymałam to był dar od losu, a może od Niewidzialnej Siły Sprawczej.

Dziś zastanawia mnie, co może przynieść moja zblokowana od ponad 10 lat noga. Wydawałoby się, że nic pozytywnego. Sam ból, ograniczenia, unieruchomienie. A może za tym doświadczeniem też kryje się coś, czego sensu jeszcze dziś nie widzę?

Zamyśliłam się

                

15:59, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2