RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015
Do ćwiczeń fizycznych bierz się 8o-latko.

W domu cisza i spokój. Na dole w kuchni gotują się kurze serduszka i łapki dla piesków - Fionki i Małego. Na kolację dostaną te rarytasy. Fionce porcję muszę wydzielać, bo zjadłaby całe mięso razem z garnkiem. Mały podskubuje jednym zębem, ale to już psi staruszek. Jemu najlepiej udaje się zakopywanie wszystkiego w ziemi, co dostaje do jedzenia.

A co u mnie? Marnizna. Zrobił się ze mnie kompletny kapeć. Mało chodzę, nie ćwiczę i są już bardzo widoczne efekty. Mogę o sobie powiedzieć, że jestem starszą panią do siedzenia. Nic tak dobrze mi nie wychodzi, jak właśnie siedzenie. No i sił ubywa.

Dziś pojechaliśmy do Andrzeja brata mojego Męża z życzeniami. Trzeba było wejść na trzecie piętro i ja zasapałam się jak słonica już na drugim. Brak tchu, obolałe uda. Żadnej siły, ani lekkości. Czas najwyższy zrobić z tym porządek. Toteż najpierw po powrocie do domu machnęłam się pod kołdrę, żeby trochę ten oddech wyrównać, przespałam się przyzwoicie, czyli do 16,30, a teraz siedzę i piszę. Ale gdy tylko skończę pisanie, rozkładam kocyk i do roboty. Nie ma co się lenić. Trzeba brać się do ćwiczeń.

Jestem dosyć konsekwentna jeśli chodzi o pracę terapeutyczną, tak samo jest z ćwiczeniem mózgu, a tu zastój. I wiem, że mózg potrzebuje tlenu, że ruch jest potrzebny całemu organizmowi, a jakoś tu trudno mi o codzienną porcję gimnastyki.

Jutro jadę do pani psycholog i bardzo się cieszę. Może ona mi kota pogoni do większej aktywności? Nic tak dobrze nie robi, jak opierdziel od czasu do czasu.

17:21, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
niedziela, 29 listopada 2015
Wczoraj.......Dziś.

Wczoraj byłam luzak. Żartowałam. Bawiłam się różnymi sytuacjami. Pisałam jakieś głupoty. Dziś czuję na sobie ciężar stupudowy.

Nie chcę przedstawiać szczegółów. Chcę wszystko przemyśleć i przetrawić sama. Nie tylko terapia nie jest łatwa. Życie też nie jest łatwe. Najlepsza jest taka sytuacja, gdy człowiek ma na nią wpływ. Gorzej, gdy nie wiadomo, co robić i jak się zachować? Smutno mi i nie mam spokoju.

Po tym dzisiejszym króciutkim wpisie wklejam za You tube piosenkę Stanisławy Celińskiej Smuteczku mój.

14:34, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (26) »
sobota, 28 listopada 2015
Czy to już jest alkoholizm?

Czas już nie płynie, a pędzi. Dopiero był czwartek, piątek, a już jest sobota. Jak sobie przypominam swoje dziecięce lata, to każdy dzień był długi. Tak to odbierałam. Rok szkolny trwał prawie w nieskończoność. W dni świąteczne, gdy nie trzeba było iść do szkoły, my 3 dziewczynki,  spałyśmy prawie do południa.  Później bawiłam się z siostrami. Mama nie goniła nas do roboty. Sama napracowała się i w dzieciństwie i później w życiu i nie chciała, żebyśmy podzieliły jej los. Mijały dni, miesiące i lata. Czas płynął najpierw bardzo wolno, później trochę przyspieszył, a w ostatnim czasie już gna. No i nagle znalazłam się w dziewiątej dziesiątce lat swojego życia.

Jak się czuje starsza pani, czyli ja? Podobnie jak w dzieciństwie, lubię sobie pospać. Do tego doszły nowe rzeczy. Lubię towarzystwo ludzi, lubię mój internet i rozmowy prowadzone za jego pośrednictwem. Lubie ciszę i spokój, nastrojową muzykę i świadomość, że wokół mam życzliwych ludzi i tych bliskich i tych dalszych.

Jedna rzecz mnie od wczoraj niepokoi. Mężowi nic nie powiem, bo by mnie opierdzielił, ale Wam Kochani się przyznam. Od wczoraj zaczęłam pić i co gorsza zaczęło mi się to podobać. A było to tak: Wczoraj cały dzień chodziłam jakaś wychłodzona. Nie pomagały kolejne warstwy ubrań, ani ciepłe buty. A ponieważ wieczorkiem miał wpaść do nas Syn z rodziną, kupiłam jakieś wino i likier pomarańczowy o nazwie Finezja. Jak tu nowy alkohol postawić na stół, gdy się nie wie, jak smakuje. Toteż zanim przyszli goście, łyknęłam sobie trochę alkoholu zaprawionego mlekiem, pewno jajkiem, bo jest dosyć gęsty i jakimiś dodatkami. Był bardzo smaczny i w dodatku nagle się rozgrzałam.

Dziś po cichutku, żeby Mąż nie widział przyniosłam sobie kieliszek i butelkę z połową jeszcze zawartości do komputera i właśnie spełniam toast za zdrowie Was wszystkich. Nie ma co ukrywać staję się alkoholiczką, bo poczułam potrzebę tego kieliszeczka. A przecież jeszcze do wczoraj byłam nie tylko całkowitą abstynentką, ąle i na ludzi popijających patrzyłam krzywym okiem. Likier co prawda ma tylko 18 %, ale jednak to alkohol.

Wyspowiadałam się Wam i od razu mi lżej na duszy. A likier sto i kusi.

13:58, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (21) »
piątek, 27 listopada 2015
80 lat minęło jak z bicza strzelił.

    

Właśnie się urodziłam. 80 lat temu. Moja Mama powiedziała, że przyszłam na świat między godz. 5 i 6 rano jako duże dziecko. Pewno namęczyłyśmy się obie. To, że do dziś mam klaustrofobię może z tym trudnym porodem mieć związek. "Zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny" - napisała Wisława Szymborska. 80 lat - to piękny wiek. Wcześniej nie myślałam, że takich lat dożyję. Urodziłam się i dzięki temu poznałam mojego Męża, na świat przyszły moje Dzieci, Wnuki i Prawnuki. Dzięki temu, że się urodziłam miałam okazję poznać piękno i mądrość świata, dzięki temu mogę cieszyć się rolą siostry, żony, matki, teściowej, babci i prababci. Dzięki temu poznałam wielu ludzi, poznałam Was moi kochani Goście odwiedzający mojego bloga. Czy to nie wielki dar od nieba? Cieszę się, że żyję, że potrafię myśleć, pisać i wciąż poznawać świat i ludzi. Nie zastanawiam się w tej chwili nad tym ile pozostało mi jeszcze czasu do przeżycia tu, na tym świecie. Każda chwila jest ważna i jedyna w swoim rodzaju. Oby tych chwil przed nami wszystkimi było jeszcze jak najwięcej.

Zapraszam na poczęstunek urodzinowy.

Uśmiecham się do Was Wszystkich.

11:39, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (51) »
czwartek, 26 listopada 2015
Praca nad sobą do łatwych nie należy.

To, co dziś napiszę, być może nie będzie interesujące dla moich Czytelników, ale mnie pomoże uporządkować wiele rzeczy. Pomoże mi obejrzeć i na razie w wyobraźni przymierzyć się do wprowadzenia zmian w moim sposobie komunikowania się z ludźmi.

Dziś odpoczywam po wczorajszym męczącym dniu. Jestem jeszcze rozbita terapią, tym co nagle sobie uświadomiłam. Wiedziałam od dawna o tym, że brak mi asertywności w różnych sytuacjach życiowych. Ale wiedzieć, poczuć i uświadomić sobie to różne sprawy. Wiem, że gdy włożę palec w ogień, to nastąpi oparzenie. Wiem to i tyle. Gdy jednak ten palec włożę w ogień i poczuję na swojej skórze oparzenie, to uświadamiam sobie, dlaczego należy obchodzić się z nim ostrożnie i bez bezpośrednich kontaktów. Łączę wiedzę z doświadczeniem........ Ale to jeszcze nie wszystko. Teraz trzeba nauczyć się stawiania sprawy w prawidłowy czyli asertywny sposób. Z ogniem to proste. Po prostu nie należy wkładać palca do ognia i po problemie. W życiu takie zmiany są dużo trudniejsze, a być może należy powiedzieć - najtrudniejsze. Bo jest lęk. Bo jest niepewność, co będzie, gdy zmienię swoje dotychczasowe nawyki. Nie wiadomo, jak to przyjmie, rodzina, przyjaciele, znajomi. Nie mam żadnej gwarancji, że nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy ja zmienię swoje dotychczasowe zachowania, to ludzie ci bliscy mi i ci dalsi natychmiast to zaakceptują. Pewno będą zaskoczeni, będą wkurzeni, nie będą mogli zrozumieć, o co mi chodzi, dlaczego się zmieniłam, a ja muszę przez to wszystko przejść, uczyć się nowych zachowań, muszę starać się rozumieć niezadowolenie otoczenia i muszę prowadzić walkę z sobą samą, aby się nie poddać i nie wrócić do starych nawyków. Ale trudno. Na tym polega praca nad sobą. Wiem, że w efekcie mogę na tym tylko skorzystać, ale na razie czuję się tak, jakbym zaglądała do czarnej dziury i widziała tam twarz z wyszczerzonymi w moja stronę zębami. Gdy już przebrnę przez terapię, tę twarz będę widziała jako cień straszaka, coś jak Cerbera, który bronił dostępu do światła.

Na razie dosyć rozważań na temat, co będzie, jak się zmienię. Za 40 minut przyjedzie moja koleżanka i razem jedziemy do kina na film Listy do M część 2. Pierwszą częścią tego filmu nie byłam zachwycona, ale jedziemy samochodem, bilety już zamówione. Będzie to inny rodzaj spędzenia czasu. Gdy wrócę opowiem, jak było.

Film to komedia z momentami refleksji. Są w niej także momenty liryczne. Całość, moim zdaniem, jest trochę przeładowana wątkami, które zarysowane są fragmentarycznie. Temat główny to święta Bożego Narodzenia. Akcja toczy się bardzo szybko. Szybko też zmieniają się na ekranie wątki i grający aktorzy. Dla mnie za szybko.

Ja wolę bardziej refleksyjne filmy. Sceny komediowe mnie nie śmieszyły, ale widzowie głośno się zaśmiewali. Nawet przeleciała mi  przez głowę myśl, że może ja nie mam poczucia humoru. 

00:47, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (28) »
wtorek, 24 listopada 2015
Co dziś nowego?

Dziś byłam na kolejnych zajęciach z hipnozą. Znowu dowiedziałam się o sobie kilku nowych rzeczy. Wydawało mi się, że po tych wieloletnich terapiach to już jestem bardzo asertywna, a tu guzik prawda. Ale oczywiście nigdy bym się tego nie dowiedziała, gdybym nie zaczęła inaczej próbować żyć. Ale od początku.

Wybrałam się rano do Warszawy, ale ponieważ w nocy był lekki mróz i na trawach było biało,  ubrałam się cieplej niż zwykle. Ciepła kurtka, rajstopy pod spodnie, do tego buty zimowe no i poczułam się jak śniegowy bałwan. (Dobrze, że śniegowy) W tym ubraniu było mi niewygodnie i ciężko. Wyszłam z pociągu i zaczęłam się zastanawiać, co robić? Iść na przystanek tramwajowy, a później jakiś kawałek do przychodni, czy może wziąć taksówkę. Wybrałam taksówkę. Na uprzejmość pana kierowcy nie mogłabym narzekać. Był sympatyczny, zabawiał mnie rozmową, dawał do zrozumienia, że ja to jeszcze jestem o cho, cho i tym podobne farmazony. W pewnym momencie zastanowiło mnie dlaczego wywija tym samochodem na ulicach, jak pies ogonem. Poprzednio, gdy z nim jechałam, padał deszcz i były korki. Dziś az takich korków nie było, a myśmy samochodem trochę kluczyli.  Pomyślałam, że pan kierowca  po prostu chce więcej zarobić na emerytce, ale nie przeszło mi przez gardło pytanie - Czy tak kręcąc samochodem nabija pan bardziej licznik? Tymczasem ja siedziałam jak niemowa i jeszcze głupkowato się uśmiechałam, dając do zrozumienia, że nic nie łapię z jego sprytnych działań. Zapłaciłam, oczywiście, więcej niż mój mąż, gdy jechał na operację z tej samej stacji i prawie do tego samego miejsca, co ja. Na zakończenie jeszcze życzyłam mu miłego dnia, na co odpowiedział, że ważne aby byli mili pasażerowie, co oczywiście wzięłam natychmiast do siebie.

No i kiedy tak teraz o tej podróży myślę, to uświadamiam sobie, że nie potrafię ludziom mówić niezbyt miłych rzeczy. Nawet gdy mój były uczeń pijany w kij, coś bełkocze do mnie na ulicy, to nie umiem się od niego uwolnić.

Zajęcia były ciekawe, ale ja cały czas byłam na nich na nie. Większość czasu, to był mój sprzeciw. Wyszłam z zajęć w zupełnie innym nastroju, niż tydzień temu. Powlokłam się do PKiN na wystawę pająków i skorpionów. Wybrałam ją bo była dosyć blisko przychodni, a nie dlatego, że interesują mnie te zwierzęta. Trudno je było zobaczyć, bo się chowały. Kilka jednak udało mi się uchwycić telefonem komórkowym

Oto one:

Na ostatnim zdjęciu pająk siedzi w pajęczynie.

Nie była to miła wystawa. Wystarczą mi nasze domowe pająki, których nie zapraszam do domu, chociaż podobno przynoszą szczęście. Po wyjściu na powietrze wciąż miałam w sobie uczucie niepokoju.

Teraz odpoczywam już w domu i zastanawiam się nad tym, co było dziś ważne dla mnie z tego wszystkiego, w czym brałam udział.

20:25, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 23 listopada 2015
Jutro jadę.

Jest godzina 19,30. Za oknem ciemna noc. Właśnie obudziłam się z popołudniowej drzemki (Spałam 2 i pół godziny). Jutro wcześnie wstaję, bo jadę rano do Warszawy na kolejne zajęcia terapeutyczne z hipnozą. Z jednej strony bardzo cieszę się z tego wyjazdu, z drugiej jestem rozleniwiona i wychłodzona. Teraz, nawet gdy w dzień jest względnie ciepło, marznę. Coraz bardziej czuję swoje lata. Nie chcę myśleć, co będzie dalej. Wciąż wydaje mi się, że jak przyjdzie wiosna, a z nią słońce i ciepło, to i ja będę się czuła prawie jak młoda dziewczyna. A to przecież nie jest prawdą. Ale jakoś łatwiej jest żyć, gdy człowiek sam siebie trochę oszukuje. A może to jest szukanie nadziei?

Jeszcze nie wiem, gdzie pójdę jutro po hipnozie. Staram się zmieniać swoje zwyczaje i bardziej się ruszam, gdy jestem w Warszawie. Więcej chodzę i próbuje robić, to, czego nie robiłam dawno. Ostatnio dwa razy byłam w restauracji, raz w jednej, raz w drugiej. Jutro myślę o zwiedzeniu wystawy znajdującej się po drugiej stronie Pałacu Kultury i Nauki w Emilii.

W domu też planuję małe zmiany. Przyglądam się swoim zniszczonym meblom. Popękane i oklejone szarą taśmą oparcia foteli i wersalki (tak zwane rozpaczliwce) mam zamiar obszyć jakimś materiałem, a na wierzch mebli dam nowe nakrycia. Już je zamówiłam przez internet. Jutro mają nadejść. Mój Mąż je odbierze. Pewno lepiej byłoby kupić nowy komplet mebli, ale nie wszystko na raz. Zmiany muszą wiązać się nie tylko z chęcią dokonania jakiejś zmiany, ale i z możliwościami finansowymi.

Na razie staram się zmienić trochę siebie, później mój dom, a może później nastąpią zmiany w okolicy, w kraju i w końcu na świecie. Oczywiście te dobre zmiany. Innych nie chcę. Ot takie maleńkie marzenia.

A teraz z You Tube piękna muzyka Franza Liszta, która wprowadzi dobry nastrój przed jutrzejszym dniem.

20:36, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
niedziela, 22 listopada 2015
Sprawy wielkie i malutkie.

W polityce różne próby wprowadzenia zmian (nie zawsze korzystnych) idą w szaleńczym tempie. Prawie każdego dnia coś nowego. Te próby burzą poczucie ładu i spokoju. Rodzi się pytanie? Jak można zajmować się w takiej sytuacji sobą i swoimi mało istotnymi sprawami? Obok burza na oceanie, fale zalewają pokład, a ja na małej łódeczce zamiast widzieć, to co dookoła, patrzę czy dobrze trzymam wiosła, czy mocno siedzę na ławce i czy nie wygląda zza chmur słońce.

Tak sobie myślę, że po przeżyciu już tylu lat, ile mam na karku inaczej się patrzy na różne sprawy. Widzi się I te wielkie, państwowe, ogólnoświatowe i te małe związane z życiem codziennym człowieka.

NIE ZGADZAM SIĘ Z OBECNIE PROWADZONĄ POLITYKĄ PRZEZ NOWY RZĄD I NOWEGO PREZYDENTA I WYRAŻAM SWÓJ SPRZECIW WOBEC ZAWŁASZCZANIA RÓŻNYCH DZIEDZIN ŻYCIA W PAŃSTWIE.

Tyle mogę jako świadoma obywatelka i emerytka nie mająca już wpływu na sprawy ogółu. Ale moje życie to coś więcej, niż tylko polityka i różne zagrożenia, w których, oczywiście, biorę udział, jak wszyscy obywatele kraju. Jestem także JA - jednostka, która chce przeżyć to swoje życie w możliwie sensowny sposób, niezależnie od okoliczności, w których przyszło mi żyć. Być może jest to egoistyczne podejście do sprawy, ale może jestem egoistką?


Po tym dosyć długim wstępie powiem, że cieszą mnie drobiazgi.  Cieszy mnie to, że jesteśmy oboje z mężem względnie zdrowi jak na swoje lata, że u Dzieci, Wnuków i Prawnuków jest wszystko w porządku. Cieszą mnie także sprawy mniejszej wagi. Wczoraj np. znajomy przywiózł sprasowaną kostkę słomy, a ja się cieszę, że pieski będą miały dodatkowo w swoim pomieszczeniu miejsce wyłożone słomą, w której będą mogły nawet się zakopać. Cieszę się, że jest im dobrze. Cieszy mnie, że mogą się wybiegać po ogrodzie tyle, ile mają chęć, nawet późnym wieczorem i w nocy, gdy mają taką ochotę. Cieszy mnie to, że mam wielu przyjaciół i znajomych, z którymi lubię się spotykać. Lubię swój dom, który mój mąż od podstaw postawił sam. Nawet lubię mój bałagan, bo jest mój.

Staram się jednocześnie nie gubić tego, co jednostkowe, często niewymierne we mnie samej. Lubię swoje analityczne myślenie, dociekanie, refleksje. Chyba lubię siebie. Może nie zawsze, ale chyba dosyć często to się zdarza. Czy jestem zarozumiała? Chyba nie. Jeśli ktoś mnie przekona, zmieniam zdanie ale moje odczucia na różne tematy są moimi odczuciami i nie pozwalam nikomu do nich zaglądać bez mojej zgody. Staram się widzieć szklankę do połowy pełną, a nie pustą.

11:06, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (36) »
piątek, 20 listopada 2015
Ufff!

Podobno w życiu starszych osób prawie nic się nie zmienia, a emocje są zaledwie letnie. Otóż protestuję przeciwko takiemu stawianiu sprawy. Dzisiejszy dzień dostarczył mi tyle emocji, że sadziłam samymi wulgarnymi słowami, miałam ochotę napaść na kogoś z pięściami, albo zwymyślać tego kogoś od ostatnich. A co było przyczyną mojej furii? Ano moja ufność, niedołęstwo umysłowe. Krótko mówiąc głupota.

A było to tak. Siedzę sobie spokojnie w domu, jak zwykle, nagle telefon z ofertą. Jakaś sympatyczna pani po drugiej stronie telefonu przedstawiła mi "nadzwyczaj korzystną" dla mnie propozycję, żebym usługi firmy Orange zamieniła na ich ofertę. Propozycja była tak interesująca, że ja się skusiłam. Chyba następnego dnia przyjechał kurier z nową umową, którą podpisałam, mężowi ją chyba oddałam i o sprawie zapomniałam, uważając, że jest załatwiona.

Wczoraj znowu telefon. Z firmy Orange. No i dowiaduję się, że te korzyści trudno korzyściami nazwać bo itd. itd.... Przy czym pani dodaje, że aby wrócić do poprzedniego operatora muszę pojechać do ich firmy w pobliskim miasteczku i tam sprawę załatwić. I to trzeba załatwić prędko, bo zostało tylko dwa dni do wygaśnięcia umowy. Powiedziała, że aby mi pomóc będzie sama tę sprawę pilotować, ja mam tylko jechać do punktu i tam wypełnić jakiś druk. Następnego dnia popędziliśmy do firmy Orange. I tu się zaczęło. - Kiedy pani podpisała umowę? - Padło pytanie, bo odstąpić od niej można tylko 14 dni od podpisania. - Nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. I zaczęło się dochodzenie i dociekanie, a ja coraz bardziej głupiałam. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że znajduję się w jakiejś niepokojącej mgle, która mnie otacza ze wszystkich stron. Spoza tej mgły wyglądało tylko 500 zł. kary, którą miałam zapłacić za odstąpienie od umowy. Suma niebagatelna, jak dla emerytki w dodatku jeżdżącej  na płatną hipnozę. Byłam tak skołowana pytaniami, swoją bezradnością i poczuciem jakiegoś absurdu, że przeleciała mi przez głowę myśl, czy to u mnie nie jest już demencja i to zaawansowana. Pamiętam przecież jak zachowywała się sąsiadka z demencją z sąsiedniego łóżka w szpitalu. A jej sposób reagowania na świat choć bardzo zaburzony był o niebo bardziej klarowny od dzisiejszego mojego. Ogłupiała kompletnie pogodziłam się z myślą, że za karę za te 500 zł. powinnam jeść suchy chleb przez rok czasu. 

Wróciliśmy do domu. Znowu telefony.Tym razem ja dzwoniłam i wypytywałam. Na razie sprawa chyba jest załatwiona pozytywnie, ale ile mnie ona nerwów kosztowała, to tylko ja wiem. Jeszcze mnie trzęsie, gdy o niej pomyślę. Jedno jest pewne. Od dziś będę gonić wszystkich uszczęśliwiaczy za dziesiąte góry i lasy. Gdy będę chciała coś załatwić, to pojadę do biura obsługi, gdzie się wszystkiego dowiem (albo i nie) od pracujących tam specjalistów i wtedy na spokojnie podejmę decyzję.

16:54, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
środa, 18 listopada 2015
Chyba Fionka zostanie.

Fionucha mieszka już w budzie, to znaczy w piwniczce pod schodami. Ma tam swoje miejsce do leżenia w baseniku wypełnionym sianem. Pod basenikiem leży stary dywan a pod nim gruby materac. Z sufitu zwiesza się kwoka, którą pali się, w razie zimna. Na uchylonych drzwiach wisi jedna na drugiej kilka zasłon zabezpieczających od wiatru i mrozu, gdyby taki wyskoczył. Fiona raz tam weszła i od razu zaakceptowała nowe pomieszczenie. Oboje z Małym teraz tam mieszkają. Wybiegają do ogrodu, kiedy chcą i na tyle czasu, ile im się podoba. Obszczekują zza siatki przechodzących ludzi i cieszą się wolnością. Do mieszkania Fionka wpada tylko, aby kotu wylizać miske i już jej nie ma. W tym samym piwnicznym pomieszczeniu na podwyższeniu pod schodami jest jeszcze miejsce, które będzie wyłożone świeżutką słomą, gdyby pieski chciały zakopać się po szyję w suchych szeleszczących źdźbłach.

Fionka, to jeszcze szczeniak, więc lubi się bawić. Mój mąż wyniósł jej starą zabawkę dzieci - Alfa. Sadziliśmy, że go będzie gryzła, a ona zaniosła go do piwniczki, ułożyła obok swojego posłania i czasami obejmuje go czule. Może przypominają jej się siostry lub bracia, jeśli takich miała.

Lubi się bawić. Skacze na Małego i w ten sposób zaprasza go do zabawy, ale Mały to już stary piesek i żywiołowość Fionki, chyba go przerasta. Fionka u nas chyba dobrze się czuje. Cieszy się żywiołowo, gdy któreś z nas wraca do domu. Na razie wnuczka nie upomina się o Fionkę, więc jest nadzieja, że zostanie u nas.

No i do całego towarzystwa dochodzi jeszcze kotka. Spaceruje po mieszkaniu z podniesionym ogonem i prycha, gdy zobaczy któregoś psa. Mieszka w domu, a my służymy jej za odźwiernych. Staje przy drzwiach, albo wskakuje na okno i miauczy, a to w jej języku chyba znaczy - Otwórzcie! Chcę wyjść!

Bardzo lubię zwierzęta. Kiedy mówię do któregoś z nich mam wrażenie, że mnie rozumieją. To prawdziwi przyjaciele człowieka.

16:13, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3