RSS
czwartek, 27 marca 2014
Ale odwaga....

Dziś postanowiłam sobie, że zdobędę się na odwagę i zjadę ruchomymi schodami z Placu Zamkowego na dół, do tramwaju. Już parę razy się przymierzałam do tego wyczynu i w ostatniej chwili rejterowałam. Przerażała mnie stromizna schodów i ich szybkie przemieszczanie się. Kiedyś, gdy tak stałam przed nimi i brak mi było zdecydowania, podszedł do mnie strażnik i powiedział, że nie ma się czego bać, bo schody są bardzo bezpieczne i jeżdżą nimi nawet niewidomi z laskami. To mnie jednak nie przekonało. Wolałam schodzić na bolących nogach normalnymi schodami. Tak było do momentu, aż znalazłam się w metrze koło Hali Marymonckiej, gdzie schody ruchome były też szybkie i bardzo strome. Ale tu nie było innej możliwości zjechania na dół. Jakoś się przemogłam i dałam ten jeden krok......A przecież setki razy zjeżdżałam i wjeżdżałam różnymi schodami bez żadnego wrażenia, a tu taki opór.

Hurraa! z Placu Zamkowego dziś zjechałam schodami. Najtrudniejszy był ten pierwszy krok, a później była normalna jazda. A jaka byłam z siebie dumna. Do samego tramwaju szłam z zadartym nosem.

Wiem, że to, co napisałam może być potraktowane przez moich miłych Czytelników, jako dziwactwo, ale cóż prawda jest jedna i nie ma co jej ubarwiać, aby lepiej wyglądała. Od razu przypomina mi się jakim przeżyciem dla mojej babci była jazda schodami ruchomymi zaraz po wojnie. Barwnie o tym opowiadała, jak to wujek ją chwycił w ostatnie chwili, bo byłaby się przewróciła.

O schodach koniec. Teraz inna sprawa.

Przechodziłam dziś na ul. Piwnej koło sklepu z biżuterią. Pomyślałam, że na chwilę wejdę i popatrzę na bursztynowe kolczyki. Ostatnio nic sobie nie kupowałam. Dziś też nie miałam zamiaru, tym bardziej, że miałam przy sobie resztki pieniędzy. A tu jeszcze 4 dni do pierwszego. Ale jak zaczęłam oglądać kolczyki, to wsiąkłam. - Mnie się od życia też coś należy. - pomyślałam. Wybrałam koczyki bursztynowe w srebrze za 750 zł. Zaraz je założyłam i bardzo zadowolona wyszłam ze sklepu.........      Do domu dojechałam już tylko w jednym kolczyku. Nie wiem, kiedy go zgubiłam i jak to było możliwe. Ale kolczyka nie ma. Trudno przeboleję tę stratę i następnym razem kupię kolczyki z innym zapięciem.

 

 

20:45, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (19) »
środa, 26 marca 2014
Sen...

Podobno ludzie, którzy mają kłopot ze spaniem - są bardzo inteligentni.

              

Z tego wynika, że ja jestem przysłowiowy matoł. Bo nie tylko śpię świetnie w nocy, ale także w dzień potrafię przespać kilka godzin. Ale trudno. Tacy ludzie jak ja, też żyją na świecie. Dzisiaj przeszłam samą siebie. Przyjechałam z Warszawy i jak dałam nura do łóżka to obudził mnie dopiero budzik na czas brania leków o godz. 20.  Do tego mojego matołectwa dołożył się jeszcze dr. Sienkiewicz - świetny lekarz i bardzo miły pan. Dał mi lek, po którym tak chce mi się spać, ze z trudem unoszę powieki. Dodał jeszcze, że jeśli dużo śpię, to bardzo dobrze. Powiedział, że te moje kłopoty to nie żaden Parkinson, ani jemu podobne. Leki, które mi przepisał, mają ograniczyć ruchy mimowolne nie tylko ręki, ale i drapanie podłoża paluchami nogi jak kura pazurami. No i leki pana doktora + rehabilitacja dają już pewne efekty. Dziś zupełnie nieźle szłam. Podłoże stopy nie kurczyło mi się tak wściekle.

Co to za radość dobrze iść. Gdy jeszcze nie miałam kłopotów z nogami, nie wyobrażałam sobie, że nogi są aż tak ważne. Owszem! Gdy jakiś człowiek jeździ na wózku, to dramat. Ale żeby normalne, zdawałoby się, zdrowe nogi nie chciały nosić? To było poza moim wyobrażeniem. Nogi były od chodzenia i już. Dopiero coś w rodzaju paraliżu nóg uświadomiło mi, jakim skarbem są zdrowe i sprawne nogi. I pewno tak jest z różnymi innymi częściami ciała. Dlatego mam zamiar cieszyć się ze wszystkiego. Z lepszego chodzenia, z tego, że widzę. Nieważne, że noszę dwie pary okularów i jeszcze szkło powiększające. Ale widzę. Z tego, że słyszę, że starzeję się bez zadręczania się, że nie jestem już młoda. Z tego, że mam poczucie humoru, dystans do różnych spraw i sprawny jeszcze umysł. Z tego, że wydaje mi się, że wyglądam na 60 lat, a nie na 79 (tu pomaga mi moja wada wzroku). Ale gdy młodsi ustępują mi miejsca w środkach komunikacji nie mam nic przeciwko temu. Już coraz mniej mnie dziwi, że podnoszą się robiąc mi miejsce.

A w ogóle, to życie jest piękne. Szczególnie, gdy słonko świeci, jest ciepło, zaczyna się wiosna i energia wstępuje w człowieka. Wyspana uśmiecham się promiennie do wszystkich.

22:08, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (20) »
wtorek, 25 marca 2014
Ale przyspieszenie...

Zacznę od tego, że w piątek przyjechały do nas prawnuczki z ich babcią, a naszą córką. Bardzo ładnie się bawili, ale energia ich była taka, jakiej w naszym domu nie było od dawna, czyli od ich ostatniego przyjazdu. Co to dla nich schody, po których ja się wdrapuję powoli. Tylko było słychać tupot nóg. Skakanie po oparciach foteli i kanapy. Najsensowniej zachowywała się nasza kotka, bo wiała z domu bez chwili zastanowienia. Kiedy już milusińscy wyjechali ze swoją babcią, ja powiedziałam do męża: - Żebym tak jeszcze miała z połowę tej energii, co nasze prawnuczki - Nie daj Boże! - odpowiedział mój mąż. I chyba miał rację. Na wszystko jest czas. Na energię, na aktywne działanie, na wyciszenie i zwolnienie tempa.

Dzisiaj na stacji Warszawa Gdańska zaczepił mnie jakiś młodzieniec w wieku około 30 (na oko). Powiedział: - Pani to chyba jedzie do Legionowa. - A skąd pan to wie? - zapytałam. - Bo jak się jeździ pociągami, to wpadają w oko różne twarze. I te młode i te bardziej wiekowe. - powiedział taktownie. Od razu odezwał się siedzący we mnie, uśmiechnięty diablik. - Szczególnie, jak wyglądają sympatycznie - dodałam prędko, bo mógł sam tego nie wymyślić. I od razu stał się moim starym znajomym, choć  ja go wcześniej nie widziałam. - Niech pani przejdzie dalej, bo tu pociąg nie dojedzie - instruował mnie.

W całkiem dobrym humorze dojechałam do mojej miejscowości. Mówi się, że podróże kształcą. Pewno to jest prawda. Ale podróże dostarczają także różnych wrażeń. Czasami wkurzają, czasami bawią. Ale jest odmiana od codzienności i stagnacji. Uruchamia się w człowieku błysk w oku i poczucie humoru.

23:27, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 24 marca 2014
Szlag by...

Z Warszawy przyjechałam dziś zmarznięta i zła, jak pies, a nawet jak dwa psy. Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczął się powrót. Sprawdziłam jeszcze w domu o której mam powrotny pociąg, bo do Warszawy pojechałam samochodem z córką. Powrót był o 15,23. Usiadłam na peronie pod daszkiem i cierpliwie zaczęłam czekać. Nagle słyszę, że będzie 10 min. opóźnienia z przyczyn technicznych. - 10 minut, to mało - pomyślałam i wyciągnęłam z torby drożdżówkę z soczewicą, dla zabicia czasu, bo głodna wcale nie byłam. Po 10 minutach następny komunikat. Pociąg opóźni się około 50 minut. Tu już zaczęłam się z lekka wkurzać. Kiedy po tych 50 minutach ogłoszono, że pociąg jest odwołany, a następny z rozkładu wjeżdża na sąsiedni peron, to już się we mnie zagotowało. Biegiem ruszyłam po schodkach w dół, kawałek korytarzem i następnymi schodkami do góry. Gdy byłam już na peronie większość ludzi była w pociągu i nie było żadnych miejsc siedzących. Jakaś litościwa pani zaproponowała mi swoje miejsce (nie wiem po czym poznała, że z trudem stoję) i w ten sposób siedziałam, aż do mojej miejscowości. I tu następna niespodzianka. Na przystanku drzwi się nie otworzyły i pędem leciałam do następnych, żeby wysiąść.

 Tak więc odwołuję wyrazy: biegnij i pełzaj z tytułu poprzedniego wpisu. Co prawda biegłam jak 18-tka, ale uznałam, że bieg jest już nie dla mnie. Do pełzania jeszcze nie doszło, ale i ten wyraz odwołuję na wszelki wypadek.

O innych sprawach będą kolejne wpisy.

21:07, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
sobota, 22 marca 2014
Biegnij, idź, a nawet pełzaj...

Życie pędzi. Moja mama mówiła, że im człowiek jest starszy, tym czas szybciej płynie. Dopiero teraz widzę ile jest racji w tym powiedzeniu. Gdy byłam dzieckiem, rok szkolny wlókł się prawie bez końca. Teraz śmiga coraz szybciej, a ja mam coraz mniej sił i coraz częściej są takie dni, kiedy zacina mi się proste myślenie. Już nie te oczy, nie te nogi, ręka drży i zupa się wylewa. Nie chcę myśleć, co będzie dalej.

Starałam się radzić sobie, gdy bardzo źle chodziłam. Sama najczęściej jeździłam pociągiem do Warszawy nie dlatego, że nie było mnie komu zawieźć, ale chciałam być samodzielna. Później kupiłam kule, a teraz lepiej chodzę, ale bolą mnie biodra i kręgosłup. Myślę jednak, że jakoś to będzie. Od poniedziałku zaczynam rehabilitację, a we wtorek mam wizytę u d-ra Sienkiewicza. Młódką już nie będę, ale mam zamiar nie dawać się dopóki tylko się da.

21:43, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 17 marca 2014
Co myślą rośliny.

Kupiłam dzisiaj Newsweek i w dziale nauka znalazłam artykuł Katarzyny Burdy"Co myśli marchewka". Przytoczę trzy krótkie fragmenty:

"Rośliny nie tylko rozmawiają ze sobą i doskonale wiedzą, co się wokół nich dzieje. Właśnie dowiedziono, że potrafią także logicznie myśleć i przewidywać przyszłość."

"Przed zaledwie dwoma miesiącami naukowcy z Australii dowiedli, że rośliny potrafią także uczyć się i zapamiętywać na całe tygodnie to, czego się nauczyły."

"Rośliny potrafią porozumiewać się ze sobą, rozpoznają się nawzajem. Cenią sobie więzi rodzinne i dbają o to, aby ich krewnym nie zabrakło pożywienia."

Przeczytałam uważnie cały artykuł i pomyślałam sobie, że jeżeli to jest prawda (a stoją za tym jakieś autorytety naukowe i badania), to by znaczyło, że zjadamy żywe organizmy na surowo, lub je poddajemy obróbce kulinarnej, a one cierpią. Mąci mi się w głowie od tej rewelacji. Byłam wegetarianką bite 7 lat, bo zobaczyłam na targu trzęsącego się, przerażonego i jednocześnie zrezygnowanego cielaka. Widok był taki, że do dziś go pamiętam. Pewno był skazany na rzeź. I ktoś go zjadł. Podobno są ludzie, którzy żywią się samą energią słoneczną, ale ja do nich nie należę. Dziś na kolację zjadłam kromkę chleba z masłem, posypką orzechowo-słonecznikową i z liśćmi sałaty.

Idąc jednak dalej zaproponowanym tropem można pomyśleć, że może także ziemia, kamienie, skały, też jakiś rozum mają i porozumiewają się z sobą. Czyste wariactwo.

Z takim wpisem pewno przyjęliby mnie od razu do psychiatryka, ale przecież ja tego nie wymyśliłam, tylko przeczytałam. I pytam. Gdzie sięgają granice nauki, a zaczyna się czysty absurd?

Niżej wklejam moją produkcję. Zaręczam, że nie jest żywa. Sama ja upaciepiłam.

                     

19:14, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (28) »
niedziela, 16 marca 2014
Zastanawiaj się i pisz.

Znalazłam cytat, który mnie zastanowił. Oto on:

"Pisarz powinien dążyć nie do tego, by opowiadać o wielkich wydarzeniach, lecz by czynić małe wydarzenia interesującymi". Arthur Schopenhauer

Słowo pisarz - to dla mnie duże słowo, dlatego zamieniam je od razu na zwrot człowiek starający się coś pisać. I zastanawiam się nad tym, jak pisać, żeby to małe wydarzenie przedstawić w sposób interesujący. Przedstawić komu? Czytelnikom. Czy wszystkim, czy jakimś o określonych zainteresowaniach? Pytania można mnożyć. Np. jakie wydarzenia, a może moje myśli i refleksje mogą zainteresować wszystkich czytelników?

Gdzieś przeczytałam, że ludzie interesują się przede wszystkim sobą. Być może jest w tym jakaś część prawdy, jeśli nie cała prawda. Może dlatego takie ciekawe są treningi prowadzone przez dobrego psychologa, że ludzie, między innymi, z różnych odgrywanych scenek dowiadują się różnych rzeczy o sobie, o swoich zachowaniach o wadze słownictwa, którym się posługują. Spróbuję przedstawić jedną scenkę z takiego treningu.

Siedzimy w kole na materacach ułożonych na podłodze. Ochotnicy mają odgrywać różne role w scence rodzinnej. Pojawiło się właśnie na świecie małe dziecko. Jak będą zachowywać się dorośli i dzieci, bo jest także drugie starsze dziecko. Zgłaszam się do scenki i dostają rolę starszej siostrzyczki malucha. W scence biorą udział maluch, jego mama, babcia, ciocia, no i ja starsza siostra. Reszta osób, łącznie z psychologami, siedzą wkoło i mają obserwować scenkę.

Siedzę na środku, razem z resztą rodziny i też początkowo obserwuję. Bawi mnie i dziwi zachowanie niemowlaka, którym jest leżąca na plecach, wywijająca nogami w górze i wrzeszcząca koleżanka - pani około 35-45 lat. Dokoła niej kręcą się mama, babcia i ciocia. Ja siedzę z boku i nikt początkowo nie zwraca na mnie uwagi. - Jaka śliczna, maleńka - słyszę. - A jaka już mądra. Może jest głodna. Chce jeść? Czy pić? - Ja siedzę obok i zaczynam czuć , że właściwie jestem zupełnie niepotrzebna w tej scence. Z równym powodzeniem mogłabym siedzieć w zewnętrznym kręgu. Nagle mama zauważa mnie i woła: - Marysiu! Podaj mi pieluszkę, bo malutka się zmoczyła.  - No nie! - myślę sobie - Nie dosyć, że wszyscy, jak nakręceni zajmują się rozwrzeszczaną babą jeszcze i mnie chcą wciągnąć w tę głupotę. - Biorę jednak w dwa palce czystą chusteczkę higieniczną i podaję bez słowa mamie. Wiem, że chcą mi pokazać, że ja też jestem ważna, ale ja tej swojej ważności wcale nie czuję. Czuję natomiast w sobie bunt i niechęć wobec tego malca. Koniec scenki.

Wracamy do zewnętrznego koła i mówimy o swoich odczuciach. Mówię, że czułam się niepotrzebna i jakby na siłę wciągana do opieki nad nowym dzieckiem. I tu zabiera głos pani psycholog i mówi. - Widzicie. Tak jest, gdy rodzi się dziecko w rodzinie. I tak to starsze dziecko się czuje. Nawet gdy maluch płacze, można na chwilę zająć się starszym dzieckiem i przytulić je, powiedzieć, że się go kocha itd. Starsze dziecko ma poczuć, że nic nie traci z uczuć mamy. Przez chwilę małemu płaczącemu niemowlakowi nic się nie stanie. -

Od razu przypomina mi się scena z mojego dzieciństwa. Właśnie urodziła się moja młodsza o ponad 5 lat siostra. Mama kiedyś poprosiła, żebym jej przez chwilkę popilnowała. Ja zostałam z maleństwem sama w pokoju, zacisnęłam pięści i podbiegałam do niej z wygrażaniem pięściami i z krzykiem: - Po coś ty się urodziła! Po coś ty się urodziła! - Moje krzyki i akt agresji przerwała dopiero mama gdy wbiegła wystraszona do pokoju.

Trudno było także mojemu synkowi, gdy urodziła się jego siostrzyczka. Sama nic nie zauważyłam. Wydawało mi się, że nowego członka rodziny przyjął ciepło, aż dowiedziałam się od pani w przedszkolu, że powiedział, że jego już nie kochamy. - Grzesiu! Naprawdę tak pomyślałeś, że już Cię ni kochamy? Tak! - odpowiedział łzawym głosem. Starałam się zrobić wszystko, co tylko możliwe, żeby znowu poczuł się kochany i ważny, ale czy mi się to udało, nie wiem.

W scence brałam udział mając prawie 60 lat. Moje dzieci były już dorosłe i zaczynały się już rodzić wnuki. I tak sobie dziś myślę, że gdyby można było zmienić swoje wzorce zachowań, to więcej radości miałyby moje dzieci. Wiedza musi być jednak zdobyta we właściwym czasie.   Pewno popełniłabym całe mnóstwo różnych innych błędów, ale nie dopuściłabym aby moje starsze dziecko przeżywało dramat wewnętrzny, żeby nawet przez chwilę nie myślało,że nie jest kochane. Jestem zamyślona i jest mi smutno, bo zawsze chciałam, żeby moje dzieci były szczęśliwe. Chciałam je odgrodzić od różnych zagrożeń, a tymczasem sama dopuściłam nieświadomie do takiej sytuacji. I pewno do różnych innych także o których jeszcze nic nie wiem, bo to mogłyby mi dopiero powiedzieć moje dzieci. A nie rwą się do rozmowy.

12:09, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (17) »
czwartek, 13 marca 2014
Telefon od prawnuka.

Wczoraj wieczorem zadzwonił telefon. Podnoszę słuchawkę i słyszę głosik prawnusia: - Babciu! Stęskniłem się za Wami. - Jakby mnie kto na sto koni wsadził, tak się ucieszyłam i takiej od razu dostałam energii. Mówię więc do niego, że my też tęsknimy i postaramy się w najbliższym czasie przyjechać w odwiedziny. Mówię: - Przywieziemy soczki. Lubisz je? Uwielbiam twoje soczki - odpowiedział. Ucieszyłam się, chociaż wiem, że jak soki przywiozę, to nie będzie chciał ich pić.

Co potrafi zdziałać taka jedna rozmowa z brzdącem. Już zaczęłam myśleć o lecie i robieniu następnych zapasów. Mam nadzieję, że do lata mi to przejdzie, ale na razie mam więcej wigoru. Mówił długo i używał takich słów i różnych określeń, że aż się zdziwiłam. Zapytałam, czy lubi swoją szkołę. Chyba też ją uwielbia, a w najbliższym czasie pójdzie na urodziny do Ani, bo go zaprosiła. - Do jakiej Ani? - zapytałam. - No do mojej koleżanki z klasy - odpowiedział zdziwiony, że tego nie wiem. Później poprosił do telefonu dziadka i rozmawiał z nim jakiś czas. Adaś, drugi prawnuczek już spał, więc z nim nie było rozmowy.

Dzieci - to sama radość. Są takie szczere. Mówią, co myślą, nie owijając nic w bawełnę. Z radością spotkam się z nimi. Gdyby jednak trzeba się było takimi iskrami zająć przez kilka dni nawet, to nie wiem, czy dałabym sobie już radę. Dzieci to żywioł, a ja poruszam się jak ciężka klucha. Oni mają różne dziwne, zaskakujące pomysły, a ja odpowiedzialny człowiek, bałabym się ich zostawić na moment bez opieki nawet na własnym podwórku. Poza tym, ja nie potrafię im niczego odmówić, jak proszą lub się awanturują. A już mój ojciec śp. mówił, że jak dziadkowie chowają wnuki, to dzieciaki mają dziadowskie wychowanie. I chyba jest w tym trochę prawdy.

23:29, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
wtorek, 11 marca 2014
Na różne tematy.

Ostatnio trochę się zaniedbałam z wpisami.

Kilka dni temu zaczęło coś po mnie łazić. Jakieś pokasływania, dreszczyki, rozbicie... Wypiłam grypovitę, wzięłam rutinoscorbin i machnęłam się w środku dnia do łóżka, żeby się zdrzemnąć. Spałam jak suseł do kolacji. Po kolacji powtórka ze spania do następnego rana i myślałam, że już po wszystkim, ale ponieważ byłam jakaś rozbita i osłabiona, więc nawet brudne gary zostawiłam w zlewie i znowu sobie pospałam. I już jest po wszystkim.

A dziś wsiadłam na rower i objechałam swoje leciwe koleżanki. Jedna ma 88 lat, druga 96. I po powrocie powiedziałam do męża, że jak będziemy już niesprawni, to trzeba będzie wynająć kogoś do opieki. Moja 96-letnia koleżanka ma właśnie taką opiekunkę. Pani przychodzi. Sprząta, gotuje, kąpie podopieczną jak trzeba, dba o nią. Syn koleżanki pracuje i jest spokojny, że z matką wszystko jest w porządku. Wraca wieczorem. Moja koleżanka zaprzyjaźniła się z opiekunką. Bardzo sobie chwali ten układ. A początkowo nie chciała nikogo. Jej syn nawet radził się znajomej, co robić, bo nie chciał działać wbrew woli matki. Znajoma poradziła mu, aby nie słuchał matki, tylko zrobił po swojemu. I jest świetnie.

Druga koleżanka 88-letnia mieszka w dużym domu. Ile razy do niej wejdę, to narzeka na to, że źle się czuje. Wpada do niej wnuczka z partnerem lub syn, ale większość dni, a przede wszystkim noce jest sama i bardzo się boi. Mierzy sobie kilkanaście razy na dzień ciśnienie. Źle widzi, źle słyszy i żyje w stresie, ale żadnej opiekunki nie chce.

Wiosna robi się na całego. Słonko jasno świeci. Ptaki śpiewają, psy się wygrzewają na dworze. Kotka wpada do domu tylko na chwilę, aby sobie podjeść i już jej nie ma. Moja zielona pietruszka pokazała się w ogródku. Od razu inne życie - bardziej radosne i towarzyskie.

Ukraina wciąż napawa mnie niepokojem. Zadaję sobie pytanie: - Jak rozwinie się sytuacja dalej? A to tak blisko nas.

 

 

20:27, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
czwartek, 06 marca 2014
Podróż sentymentalna i rzeczywistość do przemyslenia.

Wpis zacznę, nie od tytułowego sprytu, ale od naszej dzisiejszej podróży.

Właśnie dzisiaj mija 115 rocznica urodzin mojej teściowej. Mąż chciał pojechać na cmentarz, więc rano pojechaliśmy. Takie podróże są dla mnie bardzo sentymentalne, bo po drodze mijaliśmy moje pierwsze miejsce zamieszkania - wieś ciągnącą się w bok od drogi, a także cmentarz, na którym został pochowany mój malutki 4-letni braciszek, jeszcze przed wybuchem wojennej zawieruchy w 1939 roku. Ile razy tamtędy przejeżdżam, lub jadę na Wszystkich Świętych, tyle razy myślę o nim. O tym, jaki był biedny i bardzo cierpiący po rozlaniu się wyrostka robaczkowego. Myślę o rozpaczy matki, która nie umiała mu pomóc żyjąc na wsi z daleka od lekarzy i szpitali. Od razu przyszło mi do głowy, że podobnie umierała moja siostra w dużym mieście ze szpitalami i lekarzami. Też miała zapalenie otrzewnej - bezbolesne, jak orzekli lekarze, chociaż ona miała silne ataki bólu, na które nie pomagały nawet zastrzyki, a ostatnia noc była dla niej koszmarna. Pękł jej wrzód na jelicie, na co lekarze nie zwrócili uwagi.

W czasie podróży towarzyszyły mi także bardziej optymistyczne myśli. Patrzyłam przez okno samochodu na zielone pola jesiennych zbóż i rudziejące jeszcze trawy, na laski i resztki brudnego śniegu przy rowach. Wróciłam w myślach do swojego dzieciństwa, z którym kojarzy mi się do dzisiaj maleńki zarośnięty wysoką trawą róg podwórka przed domem. To był mój las. Tu się chowałam. Tu czułam się bezpieczna. To był mój kąt. Pamiętam także dużą i chyba dosyć głęboką kałużę przed domem po jakiejś ulewie i i pływanie po niej w balii razem z najstarszym bratem. W wyobraźni zobaczyłam ojca, który raz dał mi w dupę klapsa, bo go nie posłuchałam i przyspieszył tym samym pęknięcie wrzodu na moim pośladku. Nie wiem, kto wtedy bardziej się wystraszył, czy ja, czy ojciec. Ja z rykiem poleciałam do mamy, a ojciec ze skruszoną miną podążył za mną.

Stare dzieje. Ale te i inne wspomnienia zawsze do mnie wracają w czasie takich podróży, jak dzisiejsza.

W drodze powrotnej wpadliśmy do siostry, gdzie bardzo miło spędziliśmy trochę czasu i nastąpił powrót do domu.

No i teraz przechodzę do ludzkiego sprytu. Przyjechaliśmy do naszej miejscowości, a ponieważ chciałam jeszcze zrobić niewielkie zakupy zatrzymaliśmy się przed sklepem. Podeszło do mnie dwóch młodych panów. Jeden z nich wyjął obrazek ze zdjęciem papieża Franciszka i podał mi go. Przez głowę przeleciała mi błyskawiczna myśl, że skoro obrazek dają, jeszcze papieża, to nie wypada go nie przyjąć. Wzięłam do ręki obrazek, a młody pan powiedział: - Pewno przyjechała pani samochodem, więc jeszcze patron kierowców - i znowu dostałam obrazek. I nagle słyszę: -Za obrazki, co łaska. - Obrazki trzymałam już w ręku i tak zgłupiałam, że wyciągnęłam portmonetkę i zaczęłam szukać drobnych. Pan widząc 10 zł i 20 zł w portmonetce i moje zastanawianie się powiedział: - Mogę pani wydać. - Dałam mu 5 zł. i zapytałam, na co zbierają. Fatalnie bym się czuła, gdyby się okazało, że dałam na Radio Maryja, bo tej rozgłośni nie lubię. - Na studia. - Odpowiedział młody pan. - Studiujemy na Uniwersytecie Warszawskim. - Łyknęłam tę odpowiedź, jak gęś kluchę i weszłam do sklepu. Tu dowiedziałam się, że ci panowie pieniądze zbierają tak od rana i już nazbierali dużo, że jakaś pani dała im 100 zł.

Już w sklepie uświadomiłam sobie, że zachowałam się jak ostatnia kretynka, że przez zaskoczenie, urwało mi się logiczne myślenie i działałam pod wpływem impulsu i chwili. Nie pocieszyło mnie nawet to, że mój mąż, człowiek o bardzo racjonalnym umyśle, też dał im 3 zł. Ja wykształcona i sprawnie jeszcze myśląca osoba dałam się podejść młokosom, jak naiwne dziecko. Co to znaczy zaskoczenie. Po prostu muszę bardziej uważać na takich przygodnych darczyńców i innych ludzi z nieczystymi zamiarami.

 

18:14, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2