RSS
środa, 29 marca 2017
Zamówione listki i dalszy ciąg rehabilitacji.

 

Iwonko!

Nie miałam pomysłu jak przy wykorzystaniu tylko czarnych kresek zrobić coś radosnego na temat wiosny. Jeśli przyda Ci się to, co zrobiłam, to będę się bardzo cieszyła.


Wczoraj byłam na kolejnej rehabilitacji.  Lekko nie jest. Całe nogi mam w sińcach, chociaż sympatyczny pan Jurek nie obija minie, tylko delikatnie rozciąga powięzie trzymające w przykurczu mięśnie. Ale to nie koniec. Teraz w domu zaczyna się stopniowe przyzwyczajanie rehabilitowanych mięśni do nowej sytuacji. Trwa to około dwa - trzy dni. I przez ten czas dzieją się różne dziwne i przykre rzeczy. Wczoraj wieczorem nie mogłam siedzieć na krzesełku, ani wyleżeć w łóżku. Męczyły mnie kolana, całe nogi, miałam szarpanie nóg i silne kurcze. Zasnęłam dopiero około 4,30 rano. Dziś jestem ociężała i zmęczona, a to dopiero rano, co dalej nie wiadomo. Po obiedzie utnę sobie drzemkę, jak mi nogi pozwolą. Ale wczoraj po rehabilitacji przeszłam już normalnie bez kijków około 100 metrów. Jeszcze podwija mi się palec środkowy u prawej nogi, ale nie wszystko od razu. Wszystko wskazuje na to, że mój chód będzie naprawiony, jeśli nie całkowicie, to w bardzo dużym stopniu. A ja na razie nie mam nawet siły, aby się cieszyć. Pomyślałam, że teraz po zabiegu rehabilitacyjnym pora na moje włączenie się do pracy nad usprawnieniem chodu. Przede wszystkim bardzo uważnie rejestruję wszystko to, co się z moimi nogami dzieje, (i nie tylko z nogami) później zapisuję moje spostrzeżenia na kartce i wręczam ściągawkę panu Jurkowi przy kolejnej wizycie. Pan Jurek czyta moje zapiski analizuje, co zdziałała ostatnia rehabilitacja i zabiera się do pracy. Oczywiście moje zapiski nie są podstawą do działania rehabilitacyjnego, tylko dokładniejszym zobrazowaniem problemu. Pan Jurek doskonale sam wie, co i gdzie trzeba zrobić.

A na dworze dziś jest 16 stopni C. Już niebo zasnuwa się chmurami. Po południu ma padać deszcz.

15:43, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (20) »
wtorek, 28 marca 2017
Wzruszenie...
Wrócilam zmęczona z Warszawy, usiadłam na chwilę do komputera i od razu rzucił mi się w oczy wiersz Pauliny Młynarskiej, w którym wspomina ojca. Moim zdaniem jest to piękny i wzruszający wiersz. Przytaczam go niżej.
Paulina Młynarska
W niedzielę

" Nie bój się zawracać"
Dolinek ciche przestrzenie,
trawy w szarych chustach,
górskie złote łańcuchy
Mazur zielone lustra.
Burzliwe rzeki, potoki
ziemne rozpadliny,
wygrzane i pachnące
poszyciem wykroty,
drogi stare i nowe
po których błądzimy,
z plecakiem pełnym wspomnień
i pełnym tęsknoty.
Ogrody ciche, podlane
ręką kochającą
i jabłonka półdzika
zgubiona wśród lasu.
Przy niej kilka kamieni
przegląda się w słońcu,
kontur domu spisany
na tabliczce czasu.
Ostrewki na naszym brzyzku
gdy kończy się lato
ozimina w słońcu marcowym zielona
Kasprowy Wierch
gdzieśmy razem szusowali Tato,
Twoja kurtka narciarska
z fasonem noszona.
Wszystko cośmy kochali
i co mi zostało
zapisane przez Ciebie
w cichym testamencie
powiada mi,
że czasu mieliśmy za mało
choć byłeś przy mnie
na każdym
ostrzejszym zakręcie.
Kiedy już się pozbieram,
wyruszę w zachwycie
mocno trzymając kompas,
by złe drogi skracać
i zaśpiewam, ech,
życie kocham cię nad życie!
Pamiętając Twą radę:
Nie bój się zawracać!
Paulina Młynarska 27.03.2017

     

Nie potrzeba tu już żadnych innych słów. Można się tylko wzruszyć, zamyślić i podziękować autorce za to, że podzieliła się z nami tym, co intymne - swoimi przeżyciami.

Piosenka Jerzego Połomskiego Sentymentalny świat nie całkowicie pasuje do przeżyć wyrażonych w wierszu ale, moim zdaniem, kolorytem do tego wiersza pasuje. Dlatego ją wstawiam.

23:17, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (8) »
sobota, 25 marca 2017
Po przerwie.

Kilka dni byłam zajęta sprzątaniem domu i już czuję się wytrącona z rytmu pisania. Z tym sprzątaniem domu to jest lekka ściema. Było sprzątanie, to prawda, ale nie ja sprzątałam tylko pani, która chciała zarobić. Ja tylko wrzuciłam zdjęte z kilku okien firanki do pralki i je po upraniu wyjęłam oraz zadbałam, żeby pani nie opadła z sił, czyli szykowałam herbatę i jakiś posiłek. Mieszkanie mam sprzątnięte na błysk. Każdy tapczan, fotel i pufa zostały odsunięte i wytarty spod nich kurz. Każda buteleczka w łazience i w kuchni oraz każdy pojemnik wytarte na mokro. Boazeria w korytarzu umyta dwa razy. Nawet grzebienie są wymyte szczoteczką do mycia rąk. Moje zdumienie jest przeogromne. Ja nigdy nie uważałam się za brudasa, ale do głowy by mi nie przyszło odwijać dywany i wycierać pod nimi podłogę na mokro. Mnie by wystarczyło przyzwoite odkurzenie tych dywanów, a od czasu do czasu pranie tych dywanów na mokro. Dopiero wtedy zajęłabym się podłogą pod nimi. Efekt tego sprzątania jest taki, że teraz tylko chodzę i patrzę, czy gdzieś nie leży jakiś paproszek. A jeśli go znajdę to bardzo mnie to denerwuje. Ot kot z kociętami. Do sprzątania został jeszcze tylko jeden pokój i będzie koniec roboty. I wtedy, mam nadzieję, wrócę do normalnego zachowywania się w domu, bo na dłuższą metę takiej pedanterii bym nie zniosła.

Dziś oboje z moim mężem obejrzeliśmy ogródek i zastanowiliśmy się, co trzeba będzie w nim zrobić i kiedy. Już byliśmy w sklepie ogrodniczym i kupione zostały nawozy i ziemia do podsiania malin. Pan wyjaśnił nam, że maliny zbyt długo trzymane w jednym miejscu z czasem dziadzieją i trzeba je odmłodzić. Kazał porobić rzędy malin, a między rzędami   ścieżki. Jedna ścieżka już jest, bo wydeptała ją Fionka galopując po działce jak koń wyścigowy, reszta ścieżek niestety jest do zrobienia. Piszę - niestety - bo kopanie w malinach to ciężka praca. Mój mąż już się do tego nie nadaje, ani ja. Trzeba będzie zaprosić jakiegoś silnego pana. Zakupiliśmy sadzonki poziomek i gdy tylko zostanie skopane miejsce w ogródku, można będzie je posadzić. Adaś będzie się cieszył, bo lubi zbierać i jeść poziomki. Być może nasza mała prawnusieńka też lubi. Jeszcze tego nie wiem. Wiem natomiast, że Leoś nawet nie chce spojrzeć na żaden owoc. Trudno. Nie będę wojować, bo to nic nie da. Pewno musi sam przewalczyć swoją niechęć do owoców.

           

A dziś był piękny dzień. Do południa było ciepło i słonecznie. Teraz szare chmury przykryły niebo, ale wiosna już się pokazała. Dzieci się cieszą, a ja razem z nimi.

                                        

19:49, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 20 marca 2017
Jutro będzie lepiej.

 Kolejny szary, mokry i chłodny poranek. Ale na dniach ma przyjść spore ocieplenie. Chyba od jutra będzie już u nas kalendarzowa wiosna. Bardzo się z tego cieszę. Zimo odjeżdżaj w dalekie strony. Ptaki wciąż siedzą blisko swojego karmnika, czyli stołu pod lekkim zadaszeniem. Na widok mojego męża wychodzącego rano z piwnicy robi się ptasi rejwach. A mąż wynosi im oprócz ziarna słonecznika drobniutki makaron kupowany przeze mnie do zupy mlecznej.Trudno. Trzeba się dzielić z braćmi mniejszymi. Za to ile śpiewu wokół domu, jaki rozgardiasz no i ptasie nieczystości, na które nie ma co narzekać, bo to świetny nawóz.

Jutro jadę do Warszawy na kolejną rehabilitację i zamawiam sobie piękny, ciepły i słoneczny dzień. Po zabiegu trochę lepiej chodzę, więc może uda mi się odwiedzić jakąś księgarnię. Książki towarzyszyły mi od dzieciństwa i tak pozostało do dziś. Gdy jeszcze normalnie chodziłam lubiłam iść ulicami Warszawy i oglądać wystawy. Dobrze mi było wśród mijających mnie obcych ludzi. Czułam się wśród nich i sama i w tłumie jednocześnie.  Bardzo sympatyczne uczucie.

A dziś siedzę w domu, wszystko jest dobrze, a mnie jest czegoś brak. I co najgorsze nie wiem czego. Może usłyszałam jakieś nietrafione słowo w czasie rozmowy, może czuję brak słonka, może męczy mnie bałagan w mieszkaniu, mój bezruch totalny i niechęć do zrobienia czegokolwiek. A może to wszystko razem i coś jeszcze na dodatek. Krótko mówiąc - marazm mnie dopadł.

Dobrze, że jutro muszę się ruszyć z domu.

                   

 

 

15:19, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (17) »
niedziela, 19 marca 2017
Absurdy czy żarty?

Na ogół staram się nie zajmować poleceniami naszych rządzących, ale to zarządzenie o tym że do obory może wchodzić rolnik tylko po każdorazowym zapisaniu swojego wejścia do specjalnej księgi jest takim absurdem, że trudno mi wprost w to zarządzenie uwierzyć. Najpierw sprawdziłam w kalendarzu jaki mamy dzień dzisiaj, czy to przypadkiem nie jest Prima Aprilis. Ale nie. Dziś jest 19 dzień marca - imieniny Józefa. Tymczasem tytuł w  www.wp.pl jest taki:

Krzysztof Janoś

redaktor Money.pl

Do obory rolnik wejdzie tylko z wpisem do rejestru. Kotu i psu nawet ewidencja nie pomoże

i cytat:" Rządzący w trosce o bezpieczeństwo sanitarne przygotowali dla rolników cały zestaw nowych obowiązków. Już wkrótce przy każdej oborze będzie prowadzona ewidencja wejść i wyjść."

Artykuł jest dosyć długi i autor w końcowej jego części przytacza słowa Sławomira Izdebskiego przewodniczącego OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych. " Mogę powiedzieć coś wprost po chłopsku. Komuś chyba coś odbija. Nie będzie zgody na ośmieszanie polskich rolników."

Kot i pies nie ma prawa wejść do obory w myśl tego nowego zarządzenia. No i jak to zwierzakom wytłumaczyć? A na pastwisku do pasących się krów też trzeba podchodzić po wpisaniu się na jakąś listę? I czy pies nie ma prawa zawrócić krowy, gdy wchodzi w rośliny uprawne?

Artykuł dosyć szybko zniknął z z głównej strony wp.pl więc może to jednak był jakiś żart.

Prawdę powiedziawszy przy tych rządzących nic nie powinno już dziwić, a dziwi.


 

Dzisiejszy dzień jest ponury. Niebo zawalone ciężkimi chmurami. Zimno, mokro i szaro bez promyka słonka. W dodatku wczoraj wieczorem był silny wiatr, który musiał uszkodzić linię energetyczną, bo dziś rano przez dłuższą chwilę nie było światła.

A ja snuję się po mieszkaniu bez energii i bez humoru. Nic mi się nie chce robić. Nawet obiad był z zamrażarki, gotowy. Jest dopiero godzina 19, a ja tęsknym okiem spoglądam na rozbebeszone łóżko w którym już dzisiaj przed południem podsypiałam.


Może chociaż ta romantyczna muzyka doda trochę energii obok rozmarzenia.

19:21, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (8) »
sobota, 18 marca 2017
Dziwy nad dziwami.

Szukam darmowego kursu graficznego na You Tube od zera. Na razie takiego nie znalazłam. Za wszelkie podpowiedzi z góry dziękuję.?


Dziś od rana jestem pełna niepokoju i od razu gorzej chodzę. Jestem jakaś wychłodzona. Czuję, że lęk, który siedzi we mnie ma związek z moją rehabilitacją. Czy przypadkiem nie jest tak, że możliwość powrotu do normalnego chodzenia zagraża mi w jakiś sposób? Gdy z trudem chodzę, to siedzę w domu. Nawet do sklepów mnie mąż wozi. Gdy zacznę dobrze chodzić, pewno siedzenie w domu mi nie wystarczy. Zburzony zostanie jakiś porządek. A to co mogłoby być jest jakieś tajemnicze, nieokreślone i budzące niepokój. Co mogłoby się zmienić? Mogłabym zacząć latać i nie wiem gdzie. To może nie być życie statecznej starszej pani. A jakie? I na to pytanie nie znajduję właśnie odpowiedzi. Przyzwyczaiłam się trzymać wszystko pod kontrolą, a tu jest niepewność.

Te moje rozważania to efekty przebytych wcześniej psychoterapii .Gdy coś się dzieje niepokojącego dobrze jest wejść w uczucia i ustalić z jakim wydarzeniem rzeczywistym, czy przewidywanym ma to związek.

Sobota.

Wczoraj było słonecznie i wietrznie. Upraną bieliznę pościelową powiesiłam po raz pierwszy w tym roku na dworze. Wiatr nią targał na sznurkach i pięknie przeschła. Lekko wilgotną zmaglowałam maglem elektrycznym i już równo poskładana leży na półce.

 Idzie wiosna. Dzieci się cieszą, a ja razem z nimi.

14:47, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
czwartek, 16 marca 2017
Mam nadzieję.

Już trzy razy byłam na rehabilitacji. Mam nadzieję, że tym razem jestem wreszcie w dobrych rękach. Zaczynam lepiej chodzić. Nawet skaczący i drący podłoże palec lekko się uspokoił. Do tej pory myślałam, że to skakanie to efekt uszkodzenia mózgu, teraz zaczynam myśleć, że to był jeden z silnych przykurczy. Po ostatniej rehabilitacji nabrałam energii  i znowu cały świat się do mnie uśmiechnął.

Przepraszam wszystkich moich Czytelników za poruszanie wciąż tematu terapii. Sprawa poprawy mojego chodzenia była i  jest dla mnie tak ważna, że myśl o niej od 12 lat wciąż jest ze mną i stąd też moje wpisy.

To nie znaczy, że życie zamyka się na jednym temacie. Wiosna się zbliża milowymi krokami i trzeba zacząć myśleć o pracy w ogródku. W pierwszym rzędzie trzeba wziąć się za maliny, które w ubiegłym roku były mizerniutkie. Widać było, że krzakom czegoś brakuje. Owoców było mało i były niewyrośnięte. Właśnie siedzę w internecie, aby sprawdzić czym je podkarmić. W przyszłym tygodniu podjedziemy z mężem do sklepu ogrodniczego po wskazówki i preparaty.

Od nowa będę sadziła poziomki, które zamówię pod koniec kwietnia. Te posadzone w ubiegłym roku zmarniały. Okazuje się, że miejsce, które dla nich wybrałam nie było dla nich dobre. A poziomki muszą być na działce, bo Adaś bardzo je lubi. Gdy tylko chłopcy do nas przyjeżdżają, to Adaś biegnie do zagonka z poziomkami.

Jutro postaram się wynawozić maleńki krzak świdośliwy, posadzony w ubiegłym roku. Już myślałam, że padnie, tym bardziej, że Fionka wykopała kolo niego duży dół, ale gałązki są żywe, nie schną i może w tym roku krzaczek - drzewko ruszy do góry, do słonka. Podobno owoce świdośliwy są smaczniejsze od owoców borówki amerykańskiej (którą też mamy na działce i trzeba się nią zająć) i mają więcej wartości odżywczej.

Tak, że w samą porę wraca mi sprawność chodzenia, bo roboty jest w bród. A ta praca - to jednocześnie gimnastyka na świeżym powietrzu.

O sprzątaniu domu nawet nie wspominam, bo tu pomoże mi już pani Małgosia. Sama nie dałabym rady. Nie chcę przeceniać swoich możliwości.

                                    

22:58, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (7) »
środa, 15 marca 2017
*********

Wojciech Młynarski nie żyje.

Wojciech Młynarski:

Co rano, proszę pań, proszę panów,

nowych problemów spotykam gąszcz

i tyle moich pragnień i planów

ambiwalencja przenika wciąż.

W miejskiego ranka smutnej szarości,

w miejskiego ranka leciutkiej mgle

tyle ogarnia mnie wątpliwości,

ale na pewno wiem jedno, że

 

Do szeptu, gdzie potrzebny krzyk,

prostactwa, gdzie potrzebny szyk,

nadmiaru, gdzie wystarczy łyk - ja się nie przyzwyczaję...

Do chamstwa, gdzie potrzebny wdzięk,

czelności, gdzie potrzebny lęk,

do ciszy, gdzie potrzebny jęk - ja się nie przyzwyczaję...

Od mych najmłodszych lat to trwa,

ta myśl przenika mnie do cna,

już taka jestem widać ja i moje obyczaje.

Do czerni, gdzie potrzebna biel,

do picu, gdzie potrzebny cel,

nie wiem, jak inni w PRL - ja się nie przyzwyczaję!

 

Walczę z tą myślą, jak z mało którą,

walczę z tą myślą, głupią do łez:

"Przyzwyczajenie drugą naturą,

akceptuj lepiej świat, jaki jest".

Pod szarą chustą miejskiego nieba,

pod bladym słonkiem, co w górze lśni,

drugiej natury mi nie potrzeba,

jedna mi całkiem wystarczy i

 

Do kłamstw, gdzie prawdy trza choć kęs,

bełkotu, gdy potrzebny sens,

i do bezradnych łez spod rzęs - ja się nie przyzwyczaję...

Do smogu, gdzie potrzebny tlen,

plastiku, gdzie potrzebny len,

pajaca, gdzie potrzebny men - ja się nie przyzwyczaję...

Zastępczych opakowań chłam

w nieopisanej wzgardzie mam,

nie o to szło, nie po to szłam przez lat dojrzałych gaje.

I póki serce w piersi gra,

sumienie skład swych zasad zna,

nie wiem, jak inni, ale ja - ja się nie przyzwyczaję!

 

1978



21:38, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (13) »
wtorek, 14 marca 2017
Po trzeciej rahabilitacji:

                                  

 W czasie dzisiejszej rehabilitacji dostałam dobrze w gnaty. Pan rehabilitant wziął się za przykurcze i zrosty w moich biodrach, a później w nogach i stopach. Ja tylko jęczałam, żeby mi zostawił chociaż malutki kawałeczek skóry, bo miałam uczucie, że mi ją obdziera żywcem. Myślałam, że do tego rozciągania powięzi wykorzystuje wszystkie swoje siły, tymczasem on delikatnie naciskał na powięź i tylko ciągnął lekko palcami przez całą jej długość. Dwaj panowie kolejno pracowali nade mną prawie dwie godziny, ale po zakończeniu zabiegu szło mi się lepiej. 

Dziś w pociągu zaskoczyły mnie słowa pana konduktora. Zapytałam go, czy nie ma możliwości wyciągnąć do wychodzenia z pociągu jakiejś platformy, bo odstęp między pociągiem a peronem jest chyba ponad półmetrowa. Przy moich chorych nogach boję się, żeby nie wpaść w dziurę. Zdarzyło się to u nas już wielu ludziom. Powiedział, że jak on ma wyciągać platformę, to woli po prostu pomóc mi wysiąść. Po czym zniknął z przedziału. Chyba będę musiała w domu poskakać przez narysowaną na podłodze dziurę, żebym nie była uzależniona od nikogo.

Już jestem w domu.  Teraz ledwo się ruszam, ale po przyjeździe zdążyłam wstawić gary do mycia w zmywarce i upiekłam w kombiwarze białą kiełbasę, a surowy, wędzony boczek ugotowałam. Czyli mam jeszcze trochę siły w zapasie. Bardzo lubię taki świeżutki,  ugotowany, jeszcze ciepły boczek. Pewno nie jest to zdrowe jedzenie, ale ktoś powiedział, że życie nie jest zdrowe, więc sobie pozwalam co jakiś czas na taką ucztę.

Zastanawiam się, czy ilość wypijanej dziennie wody mineralnej niegazowanej (duża butelka) nie chroni mnie od tycia, bo jem sporo i często takie rzeczy jak śmietana, właśnie boczek smalec z chlebem, a na razie nie czuję, żebym tyła. Chyba nawet tracę lekko wagę, ku swojej radości.  A może tracę, bo panowie "znęcają" się nade mną,  co prawda tylko raz w tygodniu, ale za to solidnie.

 

20:41, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 13 marca 2017
Radość z drobiazgów.

            

Jutro znowu jadę do Warszawy na rehabilitację. Z jednej strony cieszę się, bo uważam, że jest trochę lepiej. Dziś po raz pierwszy od 12 lat włączyłam przy chodzeniu palce prawej - niesprawnej nogi. Jakie to jest wspaniałe uczucie. Zaczynam krok od pięty i stopa przewija się aż na czubki palców. I chyba środkowy palec się nie podwijał przy chodzeniu jak zwykle. Jeszcze nie wszystko jest dobrze. Wciąż boli mnie w czasie chodzenia całe lewe przeciążone biodro, kręgosłup lędźwiowy i lewe kolano, ale nie od razu Kraków zbudowano. Jutro będzie dopiero trzecia rehabilitacja.

Z drugiej strony nie chce mi się jechać, bo spacer z kijkami nawet na niewielkiej odległości nie jest komfortowy. Poza tym trzeba o godzinie 6 wstać, a ja jestem śpioch. Ale wygoda  idzie w kąt, jak widać, że jeżdżenie na rehabilitację ma sens.

I tak sobie myślę. - Dopóki człowiek sam na własnej skórze nie przekona się, co znaczą sprawne nogi i normalne chodzenie, to nie ma żadnego wyobrażenia o tym, co inwalida czuje i jak sobie radzi. Taki człowiek z różnymi przeżyciami inaczej patrzy na różne wcześniejsze doświadczenia życiowe.

Jakie ja miałam kiedyś bezsensowne, a mocno mi dokuczające kompleksy. A to biust taki, a nie inny, a to gorsza od innych, nie umiejąca się wysłowić. Każdy autorytet był jak szczyt góry, który trudno obejść dokoła, a tym bardziej wspiąć się na takie wyżyny.

A dziś biust w sam raz. Językiem obracam sprawnie. Autorytety zmalały. Stały się jakieś bliższe i bardziej przyjazne. Teraz cieszą drobiazgi, a niekoniecznie rzeczy wielkie. I myślę sobie. - Czy musiałam przeżyć prawie 82 lata i przejść depresję i niedowład nogi oraz operację kręgosłupa, żeby to wszystko zobaczyć? Dziś radością jest to, że stopa lepiej pracuje, że mogę przejść do sklepu i z powrotem, (około 2 km.) co prawda z chodzikiem ale jednak.

Patrzę na swoje odbicie w lustrze i na zdjęcie młodej kobiety, którą byłam w wieku 30 lat. Ze zdjęcia patrzy na mnie ładna, zgrabna dziewczyna z zamyśleniem w oczach. W lustrze widzę starszą panią, która nie waży już 57 kg. tylko 73. Na twarzy pojawiają się zmarszczki. I ze zdziwieniem stwierdzam, że ta starsza pani potrafi bardziej cieszyć się z życia, z jego uroków i ze swojej jeszcze jakiej takiej sprawności, niż ta młoda 30letnia kobieta. Mój ojciec śp. mówił: - Żeby młodość wiedziała, a starość mogła. - Czy na tym polega dojrzałość człowieka?

W refleksyjnym nastroju: Ennio Morricone  Once upon a Time in the West (Sergio Leone film)

20:21, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (24) »
 
1 , 2