RSS
sobota, 26 kwietnia 2014
Dziś jest mi smutno i przychodzą mi różne myśli do głowy.

                                              

To są moje kwiatki. Uspokajam się przy takiej pracy, bo wtedy umysł mam zajęty. A dziś jest mi  smutno. Różne wydarzenia są nieuniknione i często niespodziewane. Nie mamy na nie wpływu, ale nastrajają do przemyśleń. Zmarła moja Bratowa. Tym razem poczułam wyraźnie, że śmierć się przybliżyła. Nie jest jeszcze tuż, tuż, ale jest już bliżej niż dalej.

Co jest za tym progiem, po przekroczeniu którego już się nie wraca do świata żywych? Im jestem bliżej tego przejścia do niewiadomej, tym bardziej jestem przekonana, że po tej drugiej stronie jest jakiś rodzaj istnienia. Ostatnio kupiłam książkę holenderskiego kardiologa d-ra Pim van Lommela Wieczna świadomość. To są jego badania dotyczące śmierci klinicznej i różne przemyślenia lekarzy na ten temat wsparte wiedzą naukowców innych specjalności. Konsultował te książkę dr. anestezjolog. Nie pamiętam jego nazwiska. Dr. Lommel, to już drugi lekarz zajmujący się tą problematyką. Wcześniej neurochirurg  amerykański w czasie śpiączki sam był w zaświatach, jak pisze w książce Dowód. Podobno powrócił z dalekiej podróży i przedstawił to w swojej książce.

Dla nas wciąż jest to niewiadoma. Ale myślę sobie, że jeżeli dziecko w ostatnich miesiącach ciąży ma już rozwiniętą świadomość, to czy myśli o tym, że jest przed nim świat, pełen różnych cudów, który dopiero pozna? Może tak jest i z nami?

20:24, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (36) »
piątek, 25 kwietnia 2014
Problem

No i zaczyna się problem. W ciepłych kurtkach nie było widać różnych okrągłości ciała. A tu nagle 20 stopni ciepła Z jednej strony bardzo dobrze, bo można zrzucić wszystkie ciepłe ubrania, drzewa się zielenią i kwitną. Słonko świeci i człowiek ma więcej energii. Z drugiej jednak strony wyłażą na wierzch wszystkie tłuszczyki uzbierane, przez siedzenie przed telewizorem, podjadanie sobie, no i przez mniejszy metabolizm. Efekt jest taki, że staram się odwracać oczy od lustra, gdy koło niego przechodzę.

Jeszcze gdy miałam pięćdziesiąt kilka lat, to mogłam zjeść konia z kopytami i nie przybywało mi nawet deko. Toteż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że sylwetkę mam gruszki. W miarę szczupła do pasa, a dalej irytujące okrągłości. A zjeść lubię. I to nie jakieś tam szynki i inne wędliny, tylko słodycze. Ostatnio do odchudzania włączyłam śmietankę kremówkę 30%. Bardzo ją lubię i za każdym razem, gdy po nią sięgam obiecuję sobie, że to już ostatni raz. I takich ostatnich razów w ciągu dnia potrafi być cztery lub więcej.

Dziś wyczytałam, że ocet jabłkowy pomaga chudnąć. Nawet dwa razy dolałam go sobie dziś do wody, ale zbyt mi ten napój nie smakuje, a poza tym muszę sprawdzić jeszcze, jakie jest jego lecznicze działanie, żebym sobie nie rozwaliła żołądka.

Moja znajoma - pielęgniarka ze szpitala na Żoliborzu powiedziała, że sama schudła 3 kg. w ciągu dwóch tygodni, a jej koleżanka w ciągu trzech tygodni chyba 5 czy 6. Dieta jest dosyć prosta. Po prostu je się cały czas tylko owoce i warzywa. Oczywiście bez ziemniaków i bananów. Spróbowałam dzisiaj. Wyciągnęłam z piwnicy słoik z duszonymi jabłkami i zjadłam miseczkę. Ale to ma być jedzenie? To była maleńka przekąska, a jeść mogłabym dopiero zaczynać.

Można byłoby się dziwić, że starszej ( że nie powiem starej) babie chce się w ogóle zwracać uwagę na takie dyrdymaly, zamiast zajmować się samymi poważnymi sprawami, np. myślami o życiu przyszłym, gdzie żadna waga nie będzie się liczyła, tylko zupełnie inne rzeczy. Ale ja jestem normalną kobietą, dla której nadmiar kilogramów ma swoje znaczenie. Nie chcę dużo. Chciałabym móc z przyjemnością popatrzeć na swoje odbicie w lustrze. I tyle. W dodatku żebym nie musiała zabierać sobie jednej z niewielu już przyjemności, które mi zostały, czyli z jedzenia i ze śmietanki.

           

18:41, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (19) »
wtorek, 22 kwietnia 2014
Plany sobie, a realizacja sobie.

Wędrówką życie jest człowieka. Czasami ta wędrówka jest prosta, czasami wędrujemy przez góry, doliny, a czasami błądzimy po omacku jakimiś wykrotami. Przeskakujemy bajora lub pokonujemy je brodząc.

To jest oczywiście metafora tego, co wyczyniałam przed świętami.

W tym roku przed świętami obiecałam sobie, że nic nie robię, ani w sprawie sprzątania, ani w sprawie gotowania i wypieków. Zostaliśmy zaproszeni na śniadanie wielkanocne do dzieci, więc wystarczyło się umyć, jakoś ubrać i polecieć, bo to blisko. Ale plany są zwykle tylko planami i z rzeczywistością nie mają na ogół nic wspólnego.

Dwa dni przed świętami dowiedziałam się, że do wnuka przyjedzie gość. No to ruszyłam z kopyta do sklepów. I zaczęło się kupowanie. A ponieważ ja zwykle nie mam umiaru w niczym, to nakręcałam się sama bez żadnej potrzeby. No to szynka wędzona, kiełbasa na grilla, kiełbasa biała do pieczenia na ostro. A ponieważ odwaliło mi równo i w czasie takiego odwału wydaje mi się, że mam lat no najwyżej 50 i że wszystko, co zaplanuję to wykonam, więc się zaczęło planowanie. - Będzie kiełbasa z drobiu własnoręcznie wędzona, szynka z indyka marynowana i po świętach wędzona itd. itd. - Kupiłam całą pierś z indyka, udziec do kiełbasy, piersi z kurczaka (duże) 4. Gdy przyszłam do domu to już byłam zmęczona i z niepokojem zastanawiałam się nad tym, jak ja poradę sobie z tą całą robotą. Kiedyś, gdy byłam młodsza, i to sporo, to i planowanie było z sensem i wykonanie tylko furczało. Ale niestety teraz przeliczyłam się z siłami. Na furę surowego mięsa patrzyłam tak zmęczonymi oczyma, jakbym się już zdrowo napracowała. Odsunęłam je z niechęcią od siebie i poszłam oglądać telewizję. Po czym zapakowałam je w foliowe torebki i poupychałam w dwóch lodówkowych zamrażalnikach. Na koniec syn przyjechał z taką ilością pysznego, świątecznego ciasta, że zastanawiałam się, gdzie je poukładać.

Gość z przyjazdu zrezygnował w ostatniej chwili, a my zostaliśmy z furą mięsa, wędlin i ciasta. Oczywiście nic się nie zmarnuje, bo wszystko jest pozamrażane. Teraz wszystko zależy od mojego nastroju. Mogę zamrożone kawałki mięsa dusić, smażyć na obiady. Mogę je zamarynować i uwędzić, ale już na spokojnie. Bez szaleństwa. Ciasta też mam tyle, że mogę zapraszać gości przez dłuższy czas.

Jeden jest tylko problem. Niestety dotrzymałam słowa w sprawie sprzątania i w domu jest totalny pierdzielnik, więc jak w takim bałaganie przyjmować gości. Ale ja i z tym sobie jakoś poradzę. Od czego jest kuchnia na piętrze. Podłoga w niej jest tylko częściowo zajęta gratami. Zmieści się tam jeszcze sporo różnych rzeczy. A tam nikt nie musi zaglądać.

20:18, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (25) »
piątek, 18 kwietnia 2014
Jajo wielkanocne.

Jajo wielkanocne. Smacznego.

20:41, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (9) »
czwartek, 17 kwietnia 2014
Dziś brak formy.

 Dziś mam dołek. Brak mi jakiejkolwiek formy. Nawet zastanawiałam się, czy siadać do pisania, bo jeśli mam taki jej brak, to co ja mogę mądrego napisać. Nic. Ale pisanie, to rodzaj rozmowy, a mnie rozmowa jest dziś potrzebna. Na razie siedzę przed komputerem i mam w głowie pustkę. W takich sytuacjach wpadam w próżnię lub myśl moja leci w przeszłość. Dziś jeśli mam wybierać próżnię lub przeszłość, to wolę myślami wrócić do tego, co było.

Leszczydół. Zamieszkałam w tej wsi, gdy miałam 10 lat. Później mieszkałam w kilku innych miejscach.  Odwiedzić wieś pojechałam dopiero wtedy, gdy miałam już sześćdziesiąt kilka lat. W podróży tej towarzyszył mi mój mąż. Przejechaliśmy wioskę szukając szkoły. Zobaczyłam ją. bardzo zmalała. tylko częściowo była podobna do tej, którą zapamiętałam. Nie było już śladu ogrodzenia, które ojciec z taką dumą zaprojektował i dopilnował wykonania. Nie było budynków gospodarczych. Pozostał budynek szkoły mały i niepozorny w porównaniu z wysokimi domami wiejskimi. Miałam ochotę wejść do środka budynku i zwiedzić go, ale nie miałam odwagi prosić mieszkających tam ludzi o pozwolenie mi na obejrzenie mieszkania. Poczułam, że ten budynek i ta wieś są mi bliskie. Łączyły mnie z przeszłością. Czego ja tam szukałam?

Szukałam śladów moich bliskich. Szukałam siebie, swojego życia i swoich najbardziej nawet ulotnych uczuć i przeżyć.  Zapachu pól, mroku nocy rozświetlonej płomykiem lampy naftowej, płytkich rowów napełnionych wodą po burzy, po których tak przyjemnie było brodzić boso. Chyba odezwał się mój romantyzm. Nie można uciec od wspomnień.                                                      

Nie można uciec od wspomnień.

Nie można wyrwać z siebie

tego, co było,

ani odgrodzić się od tego,

co jest wciąż jeszcze.

 

Jest we mnie wszystko.

Jest ojciec,

jest matka

i jestem przede wszystkim

Ja

Z całym bogactwem

doświadczeń, przeżyć, przemyśleń.

 

Bez tego, co było,

nie byłoby tego

co jest teraz.



 

22:21, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »
wtorek, 15 kwietnia 2014
Okolice Wielkiej Nocy 1945 roku.

Już napisałam życzenia świąteczne, gdy przyszło mi do głowy, że nie zawsze było tak spokojnie i bezpiecznie jak teraz. To prawda, dziś jest dużo ludzi, którzy muszą liczyć każdy grosz, ale nikomu, na szczęście, nie lecą na głowę pociski.

W roku 1945 ludzie przeżywali takie historie, jakich nie znajdziemy dziś nawet w podręcznikach szkolnych. Gdybym zapytała kogoś, jak sobie wyobraża front, to pewno usłyszałabym jakieś opowieści z filmów wojennych. A ja takie fronty przeżyłam z rodziną dwa razy. Pierwszy raz wojska radzieckie doszły do połowy wsi, w której mieszkałam i zatrzymały się na dłużej. My siedzieliśmy po niemieckiej stronie w murowanej piwnicy sąsiada, a na wierzchu piwnicy ustawione były karabiny maszynowe, które strzelały bez przerwy. Nie było spokoju ani w dzień, ani w nocy. Gdy trochę cichło dorośli chyłkiem wychodzili na zewnątrz, aby wydoić krowy i przynieść coś do jedzenia. Po kilku dniach Niemcy kazali nam opuścić piwnicę. Uciekliśmy do lasu, gdzie wykopany został schron. Był to rów przykryty drzewem, słomą i ziemią. Wchodziło się do niego, jak do lisiej nory i tam siedziało się całą noc w kucki. Było duszno i niewygodnie. Po jakimś czasie rodzice postanowili ruszyć przed siebie i poszukać jakiegoś spokojniejszego miejsca. Zaczęła się wędrówka, zatrzymywanie się przy różnych domach i proszenie ludzi o przyjęcie nas pod swój dach. Nie było łatwo. Mieszkańcy mijanych wiosek nie chcieli przyjmować do siebie obcych ludzi. Trudno nawet im się dziwić. Nie było przecież wiadomo, kto jest wrogiem, a kto nim nie jest. W końcu przyjęli nas pod swój dach ludzie mieszkający kolo Nowego Miasta. I tu przeżyliśmy drugi front. Pamiętam bombardowanie miasta. Leżałam w łóżku i słyszałam warkot samolotów, wycie lecących bomb i głośne wybuchy. Odgłosy wystrzałów armatnich przybliżały się i trzeba było uciekać, bo dom był drewniany i strach było w nim siedzieć. Wyszliśmy w ciemną noc w tym, co każdy miał na sobie. Na zabieranie czegokolwiek nie było już czasu. Schroniliśmy się na ganku jakiegoś opuszczonego domu z powybijanymi szybami. Przycupnęliśmy za balustradą, gdy oślepił nas blask i ogłuszył huk. To pocisk trafił w budynek gospodarczy na podwórku. Rzuciliśmy się do piwnicy, gdzie wcześniej nie chciano nas przyjąć i ojciec siłą wepchnął się razem z nami do środka. Rano weszli już żołnierze radzieccy. Z domu, z którego uciekliśmy w nocy pozostały tylko zgliszcza. Rodzice ruszyli w kierunku Wyszkowa, do wsi, gdzie mieszkała rodzina ojca.

Na spotkanie wyszła nam zrozpaczona stryjenka. Stryjek zginął tragicznie. Był sołtysem i pojechał do sąsiedniej wsi na zebranie. Jego mały siostrzeniec wziął stojący w rogu pokoju karabin (wtedy żołnierzy i broni w każdym domu było mnóstwo) wychylił się przez okno i  dla żartu pociągnął za spust. Karabin nie był zabezpieczony i stryj zginął na miejscu.

.....................................................................................................................................................

Rodzice mojego męża z dwojgiem dzieci zostali wywiezieni na roboty przymusowe do Prus Wschodnich. Jechali w wagonach bydlęcych w takiej ciasnocie, że jedno małe dziecko zostało uduszone. Mój mąż wdrapał się na plecy jakiemuś mężczyźnie, a trzylatka ludzie trzymali na rękach nad głowami. Moi teściowie otrzymali izbę w domu, gdzie było tyle szczurów, że chleb schowany dla dzieci do beczki dokładnie przykrytej zniknął w ciągu jednej nocy. Wkrótce ojciec trafił do obozu, a matka chodziła do pracy na polu. Trzyletnim bratem opiekował się dziesięcioletni wtedy mój mąż. Chłopcy skoro świt wychodzili z domu i ukrywali się w różnych miejscach, bo Niemcy chcieli ich odebrać rodzicom. Ojciec po pobycie w obozie miał poranione całe plecy, wychudł ogromnie i stracił zdrowie. Tego zdrowia nie odzyskał już nigdy. Gdy zakończyła się wojna ludzie zaczęli wracać. We wsi nie było nic. Nie było domów, nie było zabudowań gospodarczych. Wszystko zostało rozbite i doszczętnie spalone. Gdzieniegdzie sterczały ruiny murów. Niewypały leżały gęsto na polach. Wzdłuż Narwi jak okiem sięgnąć widniały tylko zgliszcza i zryta ziemia. W sąsiedniej miejscowości z pięknego neogotyckiego kości8oła zostały tylko mury podziurawione kulami.  Dach w czasie działań wojennych został zerwany. Zaminowanymi drogami strach było się poruszać. Las po drugiej stronie szosy przestał istnieć. Został zbity przez pociski.

Zaraz po powrocie moi teściowie z dziećmi poszli do kościoła. Na placu zeszli się ludzie z całej okolicy. Spotkali się kuzyni, znajomi. Wszyscy cieszyli się ze spotkania, opowiadali o swoich przeżyciach. Później weszli do środka i chociaż cały kościół był zapełniony tak, że głowa była przy głowie, zapanowała uroczysta cisza.

Ksiądz wyszedł przed ołtarz i zaintonował: - Wesoły nam dziś dzień nastał... 

W kościele rozległ się szloch. Płakali wszyscy. Płakały kobiety, płakali mężczyźni, płakały dzieci. Nikt nie wstydził się łez. Nie było człowieka, który nie byłby wzruszony. Pamięć niedawnych cierpień, strachu, niepewności, zagrożenia, mieszały się z wiarą w lepsze jutro. Zniszczone mury kościoła rozbrzmiewały pieśnią łączącą w sobie radość i nadzieję. Nad głowami wiernych widać było błękitne niebo.





 

 

 

21:01, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Zyczenia.

Wszystkim Blogowiczom i Waszym Bliskim życzę z okazji Świąt Wielkiej Nocy wszystkiego, co najlepsze. Niech będzie z Wami miłość, radość i spełnienie we wszelkich dziedzinach życia. Kochajmy siebie, innych ludzi, przyrodę i wszystko, co piękne, dobre i bogate w różne barwy świata. Wszystkiego najlepszego. Bądźcie wszyscy szczęśliwi i radośni.

Do życzeń dołączam piękną (moim zdaniem) sentymentalną piosenkę.

 Uśmiecham się do Was wszystkich ciepło i radośnie.

22:56, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 kwietnia 2014
Coś po mnie łazi...

Łazi nie dosłownie, tylko w przenośni. Jestem jakaś rozbita. Boli mnie kręgosłup. Łażą po mnie jakieś dreszczyki, pocę się, a we wtorek jadę do pana doktora do Warszawy i muszę być zdrowa. Toteż zaparzyłam sobie starym zwyczajem, 8 plasterków świeżego imbiru z kurkumą, cynamonem i sokiem malinowym. W łóżku leży już gorący termofor i jak będzie trzeba, to jutro sobie poleżę (nawet chętnie, bo ostatnio jestem straszny śpioch). Nawet chyba wiem, czemu to lekkie podziębienie. Zachciało mi się założyć już spódnicę, a nie spodnie i to jest podstawowa przyczyna.

Miśki w Bieszczadach już się przebudziły i sobie szukają czegoś na ząb, a ja śpię jak suseł całą noc i w dzień jakieś 4 godziny. To nie znaczy, że jestem taki leń (chociaż już wyrosłam z nadmiaru pracowitości). Tak działają tabletki od pana doktora Sienkiewicza, które rozluźniają mi mięśnie i lekko hamują przykurcze. Toteż wtedy, gdy nie śpię, lepiej trochę chodzę i cieszę się z tego ogromnie.

Gdy moja córka z lekka obrobi się z pracami w domu i w ogrodzie, to chciałabym ją odwiedzić. U nas jest pięknie, a w Bieszczadach jeszcze ładniej. Strumyk szemrzący tuż kolo tarasu, tereny zadrzewione i zarośnięte nie tylko krzakami, ale i trawą z zielskiem, w których człowiek prawie mógłby się schować. Toteż roboty tam jest mnóstwo.

Ja największy respekt czuję przed niedźwiedziami. Lisy, nawet wilki nie są takie straszne. O tej porze roku chyba nie napadają na ludzi. A niedźwiedziom nie dowierzam. Sympatyczne miśki to te pluszowe dla dzieci lub robione szydełkiem. Żywe są przeze mnie traktowane jak te schody ruchome na Placu Zamkowym, na które bałam się wejść.

Gdy byłam ostatnio w Bieszczadach, wieczorem zadzwoniła sąsiadka, żeby nie wychodzić w nocy z domu, nawet za własną potrzebą, bo niedźwiedzica z młodymi spaceruje sobie w najbliższej okolicy i można się z nią spotkać. A moja córka z zięciem mieszkają w Bieszczadach, nie boją się zwierzyny i lubią te tereny.

Skoro wspomniałam o niedźwiedziach, to dołączam zdjęcie z Demotywatorów.

 

22:47, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »
wtorek, 08 kwietnia 2014
Ja to mam szczęście.

Co kupię nowego Newsweeka, to w dziale Nauka znajduję same ciekawostki z dziedziny przyrody. W ostatnim numerze znowu sprawa inteligencji. Tym razem chodzi o ptaki. Najpierw cytaty z artykułu ZwierzoCzłekoWrona Newsweek !5/2014 str. 94 - 97

"Ptasi móżdżek? To bardzo niesprawiedliwe. Okazuje się, że ptaki potrafią liczyć i znają prawo Archimedesa. Są jednymi z najinteligentniejszych stworzeń na ziemi."s.94

"Wrony pod względem inteligencji można porównać do dzieci w wieku 5 - 7 lat." s.94

Nie będę pisała o odkryciach naukowców. Raczej opowiem historie z życia wzięte.

Mój mąż w zimie podkarmia ptaki, wiewiórki i kiedyś wyniósł trochę orzechów włoskich. Rzucił je na ziemię i patrzył, czy przylecą wiewiórki. Przyleciały kruki, każdy wziął w dziób jeden orzech. Ptaki wzbiły się wysoko i rzucały orzechy na betonowe podłoże tak długo, aż orzechy popękały i ptaki mogły zjeść zawartość.

W mojej rodzinie są miłośnicy zwierząt. A teraz przekazuję opowieść mojej córki:

Wyszła z mieszkania i zobaczyła leżące na ziemi młodziutkie pisklę. Ponieważ biegały tam psiaki i zjawiały się koty, wzięła malucha do domu, włożyła go do wysłanego koszyczka, a sama pognała do lekarza weterynarii, żeby się dowiedzieć, co można mu dać jeść. Pani weterynarz nie kazała łapać much, tylko poleciła biały ser, na który kazała napluć. Podobno jest to bardzo ważne, bo ptak podając pokarm pisklakowi daje mu go z własną śliną i malec lepiej trawi. Czas leciał, ptaszek rósł i pewnego dnia zaczął fruwać. Początkowo szło mu to niezdarnie, a później tak się wprawił, że cały dom był jego.

Nastały ciepłe dni i moja córka zauważyła, że na drzewie naprzeciwko jej okna siada jakiś ptak i ćwiergoli, a maluch mu odpowiada. Ponieważ młody ptaszek już pewnie fruwał córka postanowiła wypuścić go na wolność. Otworzyła okno, ptaszek wyfrunął z mieszkania i poszybował do ptaka siedzącego na drzewie. - Mamo - powiedziała do mnie córka, te ptaszki dotykały się dziubkami jakby się całowały, a ja się poryczałam. -

A mnie przyszła do głowy myśl: - A może cały nasz świat, a nawet wszechświat pełen jestróżnej inteligencji. Kto to wie.

21:18, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2014
Zastanów się o czym myślisz

Na początek kilka aforyzmów:

Początkiem każdego dzieła - słowo, a przed każdym działaniem -  myśl. Mądrość Syracha.

Myślenie negatywne wzmacnia negatywne skutki Jose Silva

Myśl porusza ogrom świata Wergiliusz

Przyglądajmy się naszym myślom, abyśmy nie szkodzili innym, ponieważ jak zasiejemy, tak zbierzemy plon. Budda

Myślami i słowami ciągle coś budujemy lub tworzymy. Czesław Banach.

A teraz ilustracja z Demotywatora na temat wagi naszych myśli.

Myśli mają ogromną siłę. Myślmy pozytywnie. Uśmiechajmy się do siebie i szczerze życzmy sobie tego, co jest dobre. Poniższy obrazek jest przeciwieństwem dobrych myśli.

No właśnie. Można i tak. Tylko po co? Komu to pomaga, komu szkodzi? Z jakim myśleniem jest łatwiej żyć? Uważam, że myśl to potęga. Myśl może człowieka uskrzydlić i może zepchnąć w dół, w ciemności i depresję .

 

23:24, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2