RSS
środa, 28 maja 2014
Prawnusia.

Dziś widziałam pierwszy raz moją maleńką prawnusię. Urodziła się 23 maja. Obie z mamą i z tatusiem są już w domu. Jestem szczęśliwą prababcią trójki prawnusiów.  Bardzo się cieszę.

Dla moich prawnusiątek Kołysanka.

 

22:45, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 26 maja 2014
Uff!

Wybory do PE już za nami. Te wybory - to namysł i wrzucenie głosu do urny. Co tu mogłam zrobić więcej? nic. Mogłam tylko wyrażać swoje własne zdanie w tej sprawie, co zresztą robiłam, a i tak każdy zagłosował, jak chciał. Nawiasem mówiąc ludzi wściekały przede wszystkim zarobki europosłów. Te zarobki pojawiały się we wszystkich rozmowach. Na bok zeszły osiągnięcia Polski i to wszystko, co zrobiono do tej pory za unijne pieniądze. Obowiązek obywatelski, czyli głosowanie do PE już za nami.

Ale wybory do PE to nic w porównaniu do wyborów, które podejmowałam w domu przez ostatnie 3 dni. Wiem, że za to co napiszę, dostanę po łbie i słusznie, ale te państwowe wybory to fraszka w porównaniu z tymi wyborami małymi - domowymi. 

W czwartek wieczorem przyjechali do nas na 3 dni prawnusiowie (jeden 5, a drugi 8 lat). I ja z mężem przejęliśmy nad nimi opiekę. Matko kochana! I tu dopiero zaczęły się prawdziwe wybory podejmowane, co chwilę. Młodszy ryk podniósł, gdy okazało się, że lody są z pudełka, a nie z papierka. Na nic były wszelkie tłumaczenia. I dopiero, gdy dostał lody w pucharku okazało się, że są dobre i poprosił jeszcze o te drugie czekoladowe. A to tylko jeden przykład. Ja budziłam się rano z uciskiem głowy i z myślą pełną niepokoju, z czym przyjdzie mi się dzisiaj zmierzyć. Jak to było, że wychowałam bez stresów dwoje swoich  dzieci? Przyjeżdżała w wakacje lub w święta bratanica i wszystko było w porządku.  A tu nagle uczucie, że robię się bezmyślna. Nawet przeleciało mi przez głowę, że może to początki demencji starczej. Tfu!. Odpukać!  A kiedy rano w sklepie wyciągnęłam rękę po resztę wydawaną przez sprzedawczynię innemu klientowi, to mój niepokój zamienił się prawie w panikę.

Usłyszałam wiele miłych słów od dzieciaczków. - Babciu! - powiedział starszy, kiedy omleta polałam mu sokiem z wiśni - pyszny jest twój soczek. Jak ty go robisz.? -  Kocham cię! - mówili. Bawili się zgodnie, czasami tylko przykładając sobie po razie, a ja siedziałam jak na wulkanie tuż przed wybuchem, albo zachowywałam się jak pies zziajany z wywieszonym ozorem, nie mający już na nic siły.

 Najspokojniejszy był wieczór, kiedy szli już do łóżka, a ja z książką siadałam koło nich. Wybrałam do czytania książkę O krasnoludkach i o sierotce Marysi nie wiedząc, że w domu obaj słuchają płyty z nagraniem tego tekstu. I było tak, że ja czytam: - Żagiewko sługo wierny! Wyjrzyj na świat, czy nie idzie wiosna. - I słyszę odpowiedź Leosia  - Królu panie! Nie czas na mnie, póki się pokrzywy pod chłopskim płotem nie zaczną zielenić. A do tego jeszcze daleko! -

No i nagle zrobiło się cicho. Początkowo uczucie ulgi , a po pewnym czasie tęsknota za nimi i za tym wszystkim, co wnosili obaj w nasze spokojne monotonne życie. Jest poniedziałek godzina 13. Półtorej godziny temu mąż mnie obudził, bo spałabym dalej. Nawet bałagan na dole i w piwnicy już posprzątany. Cisza. Spokój. 

14:25, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
niedziela, 18 maja 2014
Energia u człowieka.

Ostatnio mało się udzielałam na blogu. Można by pomyśleć, ze sflaczałam dokumentnie. A tu wprost przeciwnie. Po pierwsze zaczęłam sprzątanie.  Prawdziwe sprzątanie z wywalaniem niepotrzebnych rzeczy. Zaczęłam od książek i tak, jak pisałam, wywiozłam ich sporo do biblioteki. Do pewnego momentu patrzyłam - potrzebna jeszcze? Jeśli nie - to fruu. Ale po jakimś czasie odezwał się jednak żal, że pozbywam się czegoś w rodzaju pamiątek mojego życia. No i zaczęłam już przeglądać uważniej, czyli odkładałam coraz mniej. A tymi pamiątkami są nie tylko książki, ale np. stół kuchenny, na który moja córka, w dzieciństwie rzuciła palący się zimny ogień i wypaliła blat. Ja wypalenie zalałam lakierem do paznokci. Stół trafił do piwnicy i został pamiątką. Dobrze, że go moja córka zabrała w Bieszczady, bo ja nie umiałabym się z nim rozstać. A takich "pamiątek" jest w domu całkiem sporo.W taki sposób sprzątanie mogłoby potrwać jeszcze jakiś czas, bo mam dom piętrowy z poddaszem i dużą piwnicą i wszędzie poupychane są "potrzebne" rzeczy.

Po takim początku sprzątania doszłam do wniosku, że muszę robić sobie przerwy, nawet nie dlatego, aby odpocząć, ale aby nabrać dystansu do moich"skarbów".

W czwartek byłam u d-ra Sienkiewicza. Powiedziałam mu, że jak dołoży mi jeszcze trochę leku uspokajającego, który mi przepisał ostatnio, to jest możliwe, że będę spała dzień i noc, bo na to mocno się zanosi. Obniżył mi dawkę tego leku i zapisał jakiś nowy. Znowu trochę lepiej chodzę. Powiedziałam mu - Panie doktorze! Trafiła się panu taka pacjentka, że aż panu współczuję. Powiedział, że jestem ciekawym przypadkiem. Pan doktór ma w sobie dużo ciepła i cierpliwości. Z uśmiechem przyjmuje to, co ja plotę.

A we mnie wstąpiła energia. Już umówiłam się z córką, że jak przyjadą pod koniec maja, to razem z nimi pojadę w Bieszczady, a wrócę samolotem. Jak można przeżyć życie i nie lecieć samolotem? Korci mnie, aby ten lot zaliczyć, a z drugiej strony trochę się boję jak się będę czuła w czasie startu, lądowania i , co nie daj Boże, dziur w powietrzu. Nawet już podpytałam syna jakie są uczucia w czasie lotu. Ale wyjaśnienie syna niczego nie załatwiło. Powiedział z uśmiechem: - Mama! W każdym razie, jak się leci, to nie macha się rękami. -  Mądrala. Sam latał wiele razy, to się nie boi, a ja zachowuję się tak, jak moja babcia, gdy jechała pierwszy raz pociągiem do Warszawy z białostockiej wsi i sąsiedzi opowiadali jej, że w lokomotywie diabeł siedzi i pod kotłem pali.

Mam jeszcze jeden pomysł na przyszłość. Zastanowiłam się, czy nie zgłosić się do Akademii Sztuk Pięknych w przyszłym roku akademickim. Wiem, że potrzebują modeli. Może moja głowa by im się przydała jako model do malowania dla studentów. Np. może by powstał taki mój szlachetny profil z lekko zadartym nosem. Co prawda moja siostra już mi uświadomiła, że siedzenie bez ruch kilka godzin, jest bardzo wyczerpujące dla kręgosłupa. Na dodatek od mojej wnuczki dowiedziałam się, że studentom potrzebne są przede wszystkim akty. I tu zaczyna się problem. Bo ja omijam wzrokiem swoje wałeczki tłuszcz w lustrze, więc tym bardziej nie chciałabym ich uwieczniać na portrecie, nawet najbardziej artystycznym. Więc chyba dam spokój.

Ale jak siebie znam, skoro się już trochę rozkręcam, to ja wymyślę coś ciekawego. A w ogóle, to życie jest piękne nawet wtedy, gdy ma się już 79 lat.

 

13:07, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (25) »
środa, 14 maja 2014
A może jednak nie jest jeszcze tak źle.

Trochę się zaniedbałam, jeśli chodzi o wpisy, ale to wszystko przez sprzątanie i remanent rzeczy potrzebnych i niepotrzebnych. Jestem już zmęczona tą robota. Rano wyznaczam sobie cel, czyli planuję ile sprzątnę, a wieczorem zmęczona ze zdziwieniem stwierdzam że planu nie wykonałam, a przecież tak niewiele było do zrobienia. Często łapie się na spowolnieniu różnych prostych, zdawało by się, czynności. No cóż. siły już nie te. Refleks także. Oczywiście to nie jest starość, tylko zużycie materiału. I nadzieja. Jak będzie już po robocie i trochę odpocznę, znowu wrócę do formy.

Jutro jadę do Warszawy. Będzie dzień przerwy w robocie.

22:45, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 12 maja 2014
Ale praca przede mną.

Ale mam przypływ energii. Dziś przebrałam część książek. Zawieźliśmy je z mężem do biblioteki. Reszta zdjęta z dwóch regałów leży ułożona w kupkach na podłodze. Wnuk po przyjeździe z pracy wyniósł mi moje wielkie drzewka na taras, bo myślę, że już przymrozków nie będzie. Wyniósł także większe kwiaty. Przeniósł wszystkie książki do korytarzyka, a później wstawił tam obydwa regały z pokoju, w którym było ciemno i ciasno. Książki stały, jak leci, w dwóch rzędach na półkach i nigdy nie wiedziałam, co mam, a czego nie mam. Wnuk dźwigał, a ja się za niego pociłam.

Początek jest zrobiony. Reszta pracy należy do mnie. Całe pierwsze piętro i poddasze wygląda, jakby po nich tajfun przeszedł. Ale jakoś nie martwi mnie ta ilość roboty, która jest przede mną. A wszystko dlatego, że trochę lepiej chodzę. Dopiero teraz po prawie 9 latach kalectwa nagle doceniłam nogi i możliwość normalnego (a właściwie lepszego) chodzenia.

Dziękuję wam moje nogi, że chcecie mnie jeszcze nosić. Nie dbałam o was jak należy. Uważałam, że chodzenie, to wasz obowiązek i dopiero teraz doceniam to, co dla mnie robicie. Jesteście moją częścią, a traktowałam was po macoszemu. Ale to się zmieni, a właściwie już się zmieniło.

To, że mam taki przypływ energii, to sprawa lepszego chodzenia. Jutro mam zamiar sprzątnąć pokój na poddaszu, ułożyć książki porządnie na regałach i jako tako doprowadzić część mieszkania do jakiego takiego wyglądu. Później biorę się za ciuchy i stare powłoki.

A już dowiedziałam się, że w naszym GOK-u raz na dwa tygodnie są zajęcia z malarstwa. Przyjeżdża fachowiec i je prowadzi. Zgłoszę się. A co tam. Nie muszę od razu być malarką, ale może być całkiem niezła frajda. Przychodzą mi do głowy jeszcze inne pomysły, ale na razie nie będę nimi dzieliła z Wami, bo po pierwsze nie wiem, czy dojdą do skutku, a poza tym muszę je jeszcze dobrze przemyśleć, bo być może są po prostu głupie. Porozmawiam na ich temat na razie z wnuczkami, bo dzieci mogą mnie obśmiać. Co prawda nie jestem na obśmiewanie zbytnio wrażliwa, szczególnie jak wiem, że mi się należy, ale po co mi krytyka i zniechęcanie.

Tak więc pan Sienkiewicz i pani psycholog zrobili dobrą robotę i znowu zaczęłam wierzyć, że jeszcze będzie wszystko dobrze.

Uśmiecham się do Was wszystkich promiennie.

23:55, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (8) »
niedziela, 11 maja 2014
Chcę zachować spokój

Chcę zachować spokój. Nie jest to jednak łatwe.  Wszyscy boją się wojny z Rosją. Niemcy się boją, Polacy się boją, Litwa, Łotwa i Estonia też. Nikt nie wie do czego zdolny jest jeszcze Putin. Dziś w Loży prasowej dziennikarze zastanawiali się nad podobieństwami tego, co się dziś dzieje do 1938 r.

Ja też się boję. Teraz już nie o siebie, tylko o moje dzieci, wnuki i prawnuki. Konsekwencje wojny militarnej mogłyby być straszliwe przy dzisiejszych typach broni i arsenałach. Staram się mieć nadzieję, że nie dojdzie do żadnej zawieruchy.

Lepiej zmienić temat, żeby się nie denerwować. 

 Wieczór. Jest już godzina 22. Pan dr Sienkiewicz tak mnie uśpił swoimi lekami rozluźniającymi, że każdego dnia około południa staję się tak senna, że nie ma mowy o tym, żebym mogła cokolwiek zrobić. Po prostu kładę się i śpię kilka godzin. Zawsze byłam śpiochem, ale nie aż takim. Ale leki pana d-ra oraz to, co uświadomiła mi pani psycholog zaczynają działać pozytywnie. Ćwiczę palce chorej nogi. Prostuję je i wyginam do góry, bo do tej pory chodziłam na mocno podwiniętych pod spód. A to już prawie 9 lat. Nawyki zostały w mięśniach i teraz trzeba z nimi walczyć. Szczególnie oporny stał się wielki palec. Ale wreszcie znalazłam  dobrą drogę. Wierzę w to, że odzyskam sprawność, jeśli nie całkowicie, to przynajmniej tak, ze będę mogła chodzić bez zadawania sobie gwałtu. I na takich myślach lepiej się skoncentrować, bo na to , co się dzieje na świecie lub , co może się dziać nie mamy wpływu. 

Na koniec wiersz z uspokajającą muzyką. A może wszystko będzie dobrze? Miejmy nadzieję.

23:18, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
piątek, 09 maja 2014
Mam nowe plany.

Po wizycie u pani psycholog, energia we mnie wstąpiła. Chyba nawet po rozmowie z nią łatwiej mi unosić palce chorej nogi do góry. Zaczynam znowu wierzyć, że jeszcze będę dobrze chodziła. A jak człowiek zaczyna lepiej chodzić, to i robota inaczej idzie. Bardziej planowo i systematycznie. Przestałam przyrastać do krzesła i więcej się ruszam. Przy czym to ruszanie się daje mi lekkość i radość. Chodzenie przestaje powoli być ciężarem i udręką. Co to znaczy wizyta u dobrego specjalisty. Za to teraz mam wysyp dziwnych snów. Dziś śniło mi się zbliżanie się do jakiegoś "końca świata". Nie było jednak w tym śnie żadnych dramatycznych sytuacji, tylko podjeżdżanie do góry, pod jakiś sufit. Przeżyłam trochę niepokoju, ale okazało się, że niepokój był nieuzasadniony, a ten koniec wcale nie był końcem, tylko chyba początkiem czegoś nowego.

Tak więc zabrałam się z kopyta do roboty. Książki w moim pokoju już są przebrane i sporo zostało wywiezionych do biblioteki. Pozostaje jeszcze do przejrzenia ta część księgozbioru, która znajduje się w innych pomieszczeniach i jest tego jeszcze sporo. Ale początek zrobiony, czyli jeśli leń mnie nie ogarnie, to za jakieś 4-5 dni z książkami powinien być już porządek.

W następnej kolejności biorę się za przeglądanie garderoby i pościeli. A czas już jest najwyższy, bo po co mają mi zagracać mieszkanie jakieś szmaty i ubrania, w których nie chodzę i z których nie mam pożytku. Wychrzanię chyba nawet tę spódnicę, w której 20 lat temu wyglądałam jak laska. Jak porządek, to porządek. Laską pewno już nie będę, a jeśli zeszczupleję trochę, to odwiedzę ciucholand, a może nawet porządny sklep firmowy i coś sobie kupię.

Nawet wpadło mi do głowy, że może pomaluję na tarasie ściankę ogniotrwałą nową farbą, bo ta która jest zszarzała bardzo. Czyli na razie mam zapał. A wszystko to za sprawą lepiej funkcjonującej nogi, której nie trzeba pchać do przodu wysiłkiem całego ciała, tylko zaczynam się z nią jakoś dogadywać. A w ogóle to radość jest we mnie i poczucie lekkości.

 W dalszej kolejności być może zmienię trochę styl życia, czyli ruszę trochę na jakieś dopołudniowe zajęcia lub do kina, a może także zaliczę dalszą podróż, czyli do córki w Bieszczady.  Planów dużo. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

23:04, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (25) »
środa, 07 maja 2014
Początek zrobiony...

Nareszcie wzięłam się do porządkowania. Zaczęłam od całkiem pokaźnego księgozbioru. Książki zbierane były od lat. Wiedziałam, że jak nie zacznę z nimi robić porządku, to wszelkie inne sprzątanie na nic. Muszę wiedzieć, co mam i co gdzie stoi. Po pozbyciu się zbędnych tomów, będę musiała jeszcze je ułożyć działami i tytułami. Ale to już później. Ta robota trafiła mi się w samą porę. Ostatnio nie byłam w najlepszej formie psychicznej i takie zajęcie głowy i odwrócenie myśli bardzo mi się przydało. Po pierwsze przeżyłam pogrzeb, który zawsze otwiera różne myśli. Kim był ten człowiek dla mnie, z jakimi uczuciami muszę się teraz zmierzyć, co mogłam zrobić lub powiedzieć inaczej, a nie zrobiłam i nie powiedziałam.

Na dodatek weszłam do pokoju. Był włączony telewizor. Jakaś starsza pani opowiadała swoje przeżycia. Usłyszałam, że mieszkała z rodzicami-lekarzami w getcie w Warszawie i rodzice wysłali ja do znajomych, aby ja ocalić. Dotarła do nich szczęśliwie. Znajomi przyjęli ją serdecznie i zostawili w domu, a sami poszli do pracy. Do tej pory pamiętam jej słowa:

- Spojrzałam na okno. Stały na nim kwitnące kwiaty i śmietanka w kubeczku. Pomyślałam, że Abramek nigdy nie widział kwiatków i nigdy nie pił śmietanki. I wyszłam, aby wrócić do getta.

Jej słowa rozbiły mnie zupełnie. Ja wiem, że wiele dzieci cierpi biedę, umiera z głodu, jest krzywdzonych i wykorzystywanych. Ale właśnie słowa tej kobiety stworzyły w moim umyśle obraz, którego nie mogłam się pozbyć i który prześladował mnie pół dnia. Dziecko myślące o dramacie, który spotyka jej młodszego braciszka. Wrażliwość tego dziecka, empatia. Nie mogąc  pomóc malcowi, idzie razem z nim przez biedę, głód i piekło, jakie ludziom zgotowali inni ludzie - rasiści i zbrodniarze.

19:30, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (17) »
sobota, 03 maja 2014
Rozważania starszej pani

Siedzę dziś w domu, bo zimno, mokro i szaro. Nawet kotka wyskakuje tylko po to na dwór, aby sprawdzić, czy warto się przelecieć i szybko wraca do domu. W takie dni, albo najlepiej się śpi (nawet w dzień), albo się rozmyśla. Wybrałam to drugie.

Można by pomyśleć, że rozmyślania są podobne do pogody - że są prawie depresyjne, a tu nic z tego. Ostatnio jestem w zupełnie niezłym nastroju. Wiem, że ten nastrój jeszcze by mi się poprawił, gdybym sprzątnęła bardak w domu. Ale wszystko po kolei. Sprzątanie ważna rzecz, ale nie wszystko na raz. Zaczęłam od książek, czyli zrobiłam jeszcze większy bałagan. Tu kupka książek, tam kupka. A wszystkie trzeba przejrzeć i zdecydować, co tak naprawdę jest mi potrzebne. W efekcie w środę wywiozłam worek książek do biblioteki i później jeszcze dwa kosze. Chociaż książki to moje hobby i zbierane były przez lata, to jednak należy trochę przewietrzyć całkiem spory księgozbiór, jaki posiadam. Chociaż książki poustawiane są działami, jak w porządnej bibliotece (zresztą w bibliotece kiedyś pracowałam), to i tak ostatnio nie mogłam znaleźć książki, którą niedawno kupiłam. Czyli początek sprzątania zrobiony. Z tym początkiem zejdzie mi się parę dni, bo tak, jak napisałam jest tego dużo. W tym i perełki i szajs i zdezaktualizowane.

No ale potrzebne są też przerywniki w sprzątaniu, czyli rozmyślanie. W tym jestem dobra. Co jak co, ale rozmyślać lubiłam zawsze, nawet w dzieciństwie. Z tym, że temat rozmyślań się zmieniał wraz z upływem lat. Początkowo, bohaterem moich rozmyślań był młody, piękny i szarmancki książę - wyjątkowy chłopak, który miał sprawić że szczęście będzie ze mną każdego dnia. Moja wyobraźnia nie posuwała się zbyt daleko. Zwykle widziałam nasze samotne spacery, czułe gesty i rozmowy.

Później przyszło życie, pełne trudu, różnych wyrzeczeń i często szarzyzny. A czas leciał. I nagle znalazłam się tu, gdzie jestem, czyli w wieku mocno dojrzałym.

No i właśnie dziś postawiłam sobie pytanie. Czy ja jestem już stara? Jakoś ten wyraz "stara" mi nie pasuje. To prawda, że czasami zamiast wejść w otwór drzwi, obijam się o framugę, to prawda, że zupełnie nie nosi mnie po świecie, tylko jestem przyklejona do krzesła. To prawda, że w listopadzie skończę 79 lat i zacznę rok 80-ty, ale ja stara wciąż nie jestem. Chwilami mam jeszcze sporo energii. Co prawda, nie jest to już ta energie, co kiedyś, ale jednak na brak jej jeszcze nie narzekam.

Co by mi teraz dobrze zrobiło? No właśnie porządek w domu i trochę wyjazdów, spotkań, rozmów. I wszystko idzie w dobrym kierunku. W przyszły czwartek jadę do psychoterapeuty i bardzo się cieszą na to spotkanie. Później, za kilka dni dr. Sienkiewicz, a później Przychodnia Neurologiczna w IML-u. To nic, że to same zdrowotne wyjazdy. Zawsze przy okazji będzie jakaś odmiana od codzienności, chociaż ta codzienność też nie jest zła.

20:55, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (26) »
czwartek, 01 maja 2014
Sprzeczności

Nie lubię pisać na tematy polityczne. Po pierwsze nie jestem znawczynią tematu, więc mogę tylko przedstawić swoja własną opinię. Po drugie gubię się w tym ciągłym jazgocie,  który słyszę w telewizji.

Dziś chciałabym zastanowić się nad sprzecznościami w zaleceniach kościelnych, które ostatnio dały mi sporo do myślenia. Jestem osobą wierzącą - owieczką, ale nie baranem. Warszawa jest podzielona na dwie części. Każda część podległa jest innemu hierarsze kościelnemu. W jednej części żyją ci, co w piątek 2 maja bez grzechu mogą grilować i spożywać mięso. W drugiej części to już będzie grzech, z którego należy się spowiadać. I to nie jest kabaret, tylko poważne zalecenia dla wiernych.

Ja jestem osobą wątpiącą i myślącą i zastanawiam się nad tym, jak to jest możliwe, że w KK jest w jednych państwach potrzebna spowiedź przy konfesjonale, a w innych wystarczy spowiedź powszechna. Jak to jest możliwe, że w jednej diecezji wierni mają dyspensę na post piątkowy 2.V, a w innej wierni popełniają grzech, jedząc mięso w ten sam piątek. Co to jest w ogóle grzech? Kto ustala, co grzechem jest, a co nie jest. ?? U nas chyba hierarchowie według własnego widzimisię ustanawiają prawa i obowiązki dla wiernych. A przecież jest Nowy Testament i są zapisane słowa Jezusa.

Biorę do ręki Nowy Testament i czytam: 

"Nie to, co wchodzi do ust, kala człowieka, lecz to, co z ust wychodzi , to kala człowieka". Mat.12, 34 I Tym 4, 4. Nowy Testament Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne Warszawa 1989 s. 56.

Są to słowa Jezusa zapisane przez św Mateusza.  Co prawda chodziło o mycie lub brak mycia rąk przed jedzeniem, ale Jezus dalej wyjaśnia: "(...) wszystko, co wchodzi do ust, idzie do żołądka i na zewnątrz się wydala? Ale, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to kala człowieka. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, rozpusta, kradzieże, fałszywe świadectwa, bluźnierstwa" I Mojż. 8 21 źródło - patrz wyżej s. 56. A dalej na pytanie: które przykazanie jest największe Pan Jezus powiedział: "Będziesz miłował Pana, Boga swego z całego serca swego i z całej duszy swojej i z całej myśli swojej i z całej siły swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będzie4sz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy. Mat. 7, 12 Rzym. 13, 10 Gal. 5, 14. s. 81

Czyli, jeśli dobrze rozumiem, Pan Jezus zaleca, aby kochać Boga, kochać ludzi i ważyć słowa, które się wypowiada oraz zwracać uwagę, co one z sobą niosą - dobro, czy zło. Tymczasem jak to u nas wygląda? Naparzanka od świtu do nocy. I jakieś nonsensowne nakazy i zakazy, często sprzeczne.

Czy my jesteśmy prawdziwymi chrześcijanami i katolikami?

 

 

 

17:52, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2