RSS
wtorek, 31 maja 2016
Wtorek

                              

Jest nowy dzień. Za chwilę jadę na trójkołowcu do sklepów. Znowu będę walczyła ze swoim strachem. Najlepiej dla mnie by było, aby na czas mojej jazdy zdjęte zostały z drogi dwa ograniczenia szybkości jazdy, czyli tzw. śpiący policjanci. I do tego, żeby zamknięty był na tej drodze ruch, najlepiej wszelki. Wtedy być może dojechałabym bez zatrzymywania się z domu aż do sklepów. A tak, to schodzę z roweru, gdy mija mnie jakikolwiek pojazd, bo boję się, że nagle gwałtownie skręcę i że będzie kraksa. TFU! TFU! TFU! I jeszcze odpukać w niemalowane drzewo.

Lunął deszcz i pojechałam z wnukiem samochodem. Tak, że jazda rowerem przełożona jest na następny dzień.

Napisałam dużo więcej tekstu i dałam polecenie Publikuj i nie tylko że wpis nie został opublikowany, ale jeszcze zniknęła spora część wpisu. Zdarzyło mi się to już drugi raz i myślę, jak się zabezpieczyć przed takimi sytuacjami na przyszłość.

 

                                                                        

20:49, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 30 maja 2016
Poniedziałek.

Jest godzina 11. Właśnie dzieci pojechały do Warszawy do mamy. W domu zapanowała cisza i spokój. Adaś się do domu nie wyrywał, Leoś wcale nie chciał jechać. Stwierdził, że w domu jest nudno. Nic dziwnego. Tu wychodzili obaj z bratem z domu prosto na podwórko, na którym można było jeździć na hulajnodze, można było babcię uczyć języka angielskiego i oglądać filmy dla dzieci w telewizji.

W tej chwili jestem w domu sama. Nie chce mi się nic robić. Siedzę i myślę. Dzieci - to radość i szczęście, ale też obowiązek, odpowiedzialność i ciągła uwaga. Co mnie najbardziej w ciągu ostatnich dni męczyło? Poodkręcane wszelkie głośniki - telewizja, radio, komputer. Gdziekolwiek się ruszyłam, tam był jakiś głos, przez który trudno było coś usłyszeć od dzieci. A skończyły się u mnie czasy, gdy głos z radia odkręcałam na cały regulator i słyszałam świetnie, co ktoś do mnie mówi. - Przycisz trochę to radio! - prosiła  Babcia, a ja na to - Przecież to wcale nie jest głośno! - Dopiero teraz moją Babcię rozumiem.

Znowu mogę wrócić do trybu życia sprzed przyjazdu dzieci. Na razie jednak nie chce mi się nawet myśleć. Jeszcze tylko jakaś nastrojowa muzyka przy której odpoczywa się najlepiej i do jutra.

11:38, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (28) »
niedziela, 29 maja 2016
Niedziela.

Jest godzina 7,30. Dzieci jeszcze śpią. Ponieważ wiem, że starszy prawnusio nie lubi uczyć się języka angielskiego, poprosiłam go, żeby mnie pouczył tego języka, bo on się go uczy, a ja też bym chciała. Najpierw się zastanowił po co mi ten język, więc wyjaśniłam, że w sklepach są często napisy angielskie, że w internecie jest takich napisów dużo, np na you tubie, a ja nie rozumiem, o co chodzi. Zadania podjął się z zapałem i wciągnął do współpracy młodszego brata. Uczyli mnie obaj nazw kolorów. Grunt to sposób.

Teraz zastanawiam się nad tym, co ugotować na obiad dla małych niejadków? Rosół i pomidorowa odpadają, a to jedyne zupy, które u nas jedzą. Ponieważ w swoim domu jedzą zupki zmiksowane, to zrobię krupnik na warzywach i kurczaku i zupkę zmiksuję. Ryzyk fizyk. A może zjedzą. Taką zupkę można podostrzyć, a ostatnio Leoś uwielbia ostre smaki. Adaś prędzej coś zje nowego, niż Leoś, ale też woli smaki znane już.

A za drzwiami tarasu pokoju w którym Leoś jeszcze śpi, jest zielony i kwitnący ogród.

                        

Witaj nowy, kolejny dniu! Już coraz lepiej radzę sobie z nowymi obowiązkami, czyli z opieką nad dziećmi. Zaczynam się z nimi dogadywać, czyli rozmawiamy. Ja mam decydujący głos, ale biorę pod uwagę też to, co mówią dzieci. Rozkazuję tylko, gdy trzeba, ale nie jest to zasada generalna. Oczywiście w zmaganiach wychowawczych bardzo pomaga mi mój mąż. Zajmuje się dziećmi, jeździ z nimi na plac zabaw. Daje im swój czas.

Uczyć się można wszędzie i od wszystkich. Od dzieci też. Leoś tak się przejął moim angielskim, że już dziś ze dwa razy do tematu podchodził. Mam nadzieję, że zmobilizuję go do nauki tego języka. Gdy będzie miał mi pomagać, to sam będzie musiał zdobyć wiedzę.

Teraz coś o mnie.

Oświadczam, że prababcia, czyli ja, jest obrzydliwą kłamczuchą i manipulantką. Oczywiście chodziło o zjedzenie nowej zupki, czyli zmiksowanego krupniku na świeżych warzywach z wkładką mięsną też zmiksowaną. Dla chłopców każdy nowy smak, to ogromne wyzwanie. Leoś oświadczył, że on jada tylko zupę krem pieczarkową i zapytał, jaka jest ta, którą postawiłam na stole. Powiedziałam, że nazywa się pieczarkowa. - Ale pieczarkowa jest ciemniejsza - zauważył.  - Są pieczarki ciemniejsze i jaśniejsze - odpowiedziałam. Spróbował i powiedział, że dobra. Dołożyłam do zupy grzanki i zupkę zjadł. Młodszy się postawił i oświadczył stanowczo,  że on tej zupy nie zje. - A chcesz z babcią zawrzeć umowę? - zapytałam. - Tak! - To jak Ty zjesz zupkę, to ja pójdę do sklepu i kupię ci komiks i może jeszcze jakąś niespodziankę. Zgadzasz się? - Tak - odpowiedział i wrąbał miseczkę zupy, dodając, że jest pycha. Czyli nie kijem go, to pałką. A może oszustwo jest dobrą metodą, aby chłopcy zaczęli poznawać nowe smaki. Leoś od urodzenia nie zjadł żadnego surowego owocu, ani truskawki, ani malinki, ani poziomki.... Nic. Nie toleruje nawet owoców postawionych na stole. Smak, zapach, kształt, kolor potraw musi być znany. Nic nowego. Adaś czasami zjadł jabłko, gruszkę, banana, a jego starszy brat - nic.

Przed chwilą była kraksa. Adaś przewrócił się na hulajnodze i starł sobie naskórek z rączki. A ja nie wiem, czy nie powinnam pędzić z nim do lekarza po zastrzyk antytężcowy. Na razie rączkę lekko mu przetarłam wyjałowionym wacikiem nasączonym woda utlenioną, a później spryskałam octaniseptem i posmarowałam Uniwersalnym kremem kojąco-osłaniającym marki Himalaya, który podobno szybko goi wszelkie skaleczenia a na wierzch dałam plaster opatrunkowy. Ale czy to wystarczające zabezpieczenie? Nie wiem.

Wiem natomiast, że trzeba iść zrobić dzieciom kolację i przygotować je do spania. Jutro rano jadą do mamy do Warszawy. Nie widzę jednak, aby chłopcy wyrywali się do wyjazdu, choć mamę bardzo kochają. Cichutko myślę, że było im u nas dobrze. A przez te 5 dni ich mama, a nasza wnuczka, też trochę odetchnęła od ciągłych obowiązków i pracy.

18:08, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
sobota, 28 maja 2016
Sobota

Jest rano. Godzina 9,50. Awarii żadnej w nocy u dzieci nie było. Za to na dworze była burza z wyładowaniami i lał deszcz. Wszyscy jesteśmy już po śniadaniu. Martwi mnie, że dzieci, a zwłaszcza starszy prawnusio tak łatwo wchodzi w świat wirtualny. Wolałabym, żeby świat rzeczywisty był dla niego ciekawszy i żeby uczył się, jak sobie w tym świecie radzić. Wiem, że w domu z komputera nie korzysta, więc jak dorwie się do tego pudła u nas, to liczy się wtedy tylko  świat wymyślony przez informatyków.

Dziadek zabrał chłopców i pojechali na plac zabaw. Ja zostałam w domu, szczęśliwa, że nie musiałam jechać. Wolę w spokoju kręcić się przy obiedzie. Zresztą wielkiego obiadu nie będzie. Będą ziemniaki z kotletem z kurczaka, no i soczek do popicia. Żadnych dodatków w postaci jarzynek, czy surówek nie będzie. Obaj chłopcy ich nie tkną, więc szkoda się wysilać, a my z mężem mamy ogórki małosolne i pomidory. Starczy.

Na działce wszystko rośnie, a zielsko przede wszystkim. Gdy dzieci pojadą już do mamy, to będę miała sporo roboty w ogródku i nie tylko w ogródku. W domu czeka sprzątanie po tajfunie, jaki w ciągu ostatnich dni przeszedł przez nasze mieszkanie, no i pranie i maglowanie.

Na razie cieszę się, że w jakiej takiej kondycji oboje z mężem dotrwaliśmy do połowy dnia dzisiejszego. Przy okazji też się uczę. Zamiast dzieciom tłumaczyć, że jesteśmy starzy i  niepełnosprawni, powiedziałam dziś chłopakom, że tu ja i dziadek rządzimy, a dzieci słuchają. I że na ten temat nie ma żadnej dyskusji. Przy próbie dociekania, a kto jeszcze rządzi, dodałam, - A komu się nie podoba, wyfruwa do Warszawy. - I nagle dla chłopców wszystko stało się jasne. Już więcej żadnych pytań nie było.......Właśnie wrócili do domu. Idę robić obiad.

Na zakończenie dzisiejszego wpisu Filmik z You tuba Nigdy się nie poddawajcie.

16:58, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
piątek, 27 maja 2016
Jakoś to będzie Część 2.

                                                 

Wstałam dziś wyspana i spokojna. Na razie jestem zadowolona. Mam poczucie, że to, co robię jest dobre. Dobre dla dzieci, dla wnuczki i w jakimś sensie i dla mnie. Wiem, że będzie trudno, ale całe życie jest trudne. Będzie to jedna trudność więcej. Jak już zdążyłam się przekonać, tylko pokonywanie trudności daje zadowolenie. No więc do działania. Właśnie jeden prawnuczek już wstał. Powiedział, że miał bardzo przykry sen. Idę zrobić mu śniadanko.

Jest połowa dnia. Do tej pory nie było żadnych kłopotów z chłopcami i ich jedzeniem. Pół dnia siedzieli u Kacperka - sąsiada. Teraz oglądają telewizję i jedzą słodkości. A ja jestem dziś na tak zwolnionych obrotach, że zanim przypomnę sobie jakiś potrzebny mi wyraz, to upływają minuty i dopiero załapuję. Nawet nie jestem zmęczona. Jestem senna. Chyba coś się dzieje z ciśnieniem atmosferycznym.

Jest po obiedzie. Dzieci zjadły zupę pomidorową na wczorajszym rosole z makaronem. I nagle Adaś biegnie do ubikacji i wymiotuje, za chwilę drugi raz. Leoś krzyczy - Babciu! Nie zdążyłem dobiec do ubikacji. Chyba mam sraczkę. - Matko kochana! Po czym? Po zupie pomidorowej? Okazuje się, że jedli chipsy u kolegi. Może to po nich, a może nie. To co im teraz dać na kolację? Główkuj prababciu. Telefon w Bieszczady i  już chłopcy wypili sok z mrożonych jagód. Powiedzieli, że dobry. Na kolację ma być omlet z sokiem jagodowym.

Słyszę właśnie jak chłopcy tańczą na górze i śpiewają. Czyli nie jest źle. Na noc podłoże im stare kołderki pod prześcieradła, gdyby była jakaś awaria.

Jutro już jest sobota. Będzie dobrze.

18:32, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 maja 2016
Może jakoś to będzie. Cz. 1

Miałam zamiar wszystkie wpisy z pięciu dni wstawić do bloga razem. Doszłam jednak do wniosku, że byłby to zbyt długi tekst, a poza tym przy pisaniu trochę się rozładowuję, a to jest teraz u mnie na wagę złota. Wobec tego moje wpisy z tych pięciu dni będą w odcinkach. Poniżej jest część pierwsza.

Środa.

Dziś myślenie mam przyblokowane. Jeszcze wiem, że mam na imię Maria. Co dalej muszę się zastanowić. I zupełnie nie rozumiem, skąd takie zmęczenie, bo nie dosyć, że dzieci są grzeczne, to jeszcze zajmuje się nimi ich tatuś. A ja jestem kapeć. Idę spać. Jutro też będzie dzień. I mam nadzieję, że dzieci zjedzą to, co im podam, że nie będę skakać jak w barze mlecznym przy robieniu dla każdego innej potrawy.  - Babciu! Poproszę żółty ser z ketchupem pikantnym- prosi jeden urwis. - A ja zjadłbym naleśnika z serem mówi drugi. A później może by jeszcze odsmażone młode ziemniaczki z kotlecikiem z piersi kurczaczej. A babcia tylko się zwijała, podawała, zmywała naczynia, nalewała soczki itd.czyli goniła, jak pomoc kuchenna w knajpie.

Czwartek.

Noc miałam pełną niepokoju i złego samopoczucia. Czułam jakieś pobolewanie pod prawym żebrem i na dodatek strach, że sobie nie poradzę, że wzięłam na siebie zbyt wielki ciężar, bo 5 dni z małymi dziećmi, to nie w kij dmuchał. Ten strach chwilami zamieniał się w panikę. Ale na szczęście uspokoiłam się i zasnęłam. Rano było już lepiej. Jutro polecę do apteki po Neospasminę. Przyda mi się teraz, jak nigdy. Dziś dzieci są pod opieką tatusia, ale jutro skoro świt ich tatuś wyjeżdża, a z dziećmi zostajemy na 3 dni my pradziadkowie. Nie będę pisała, że się nie boję, bo się boję jak cholera. Boję się, że dzieci zaczną płakać  w nocy, bo będą same spały beze mnie. Boję się, że będą chciały ode mnie różnych rzeczy na raz, że nie będą chciały jeść, albo że będą chciały cały czas siedzieć przed telewizorem. Boję się, że każde moje - Nie! spowoduje wrzask i wielkie niezadowolenie. I kto to pisze? Pedagog z zawodu? Ale ten pedagog nie prowadzi już zajęć z dziećmi od wielu lat. Poza tym w szkole miałam zajęcia ze starszymi dziećmi, z takimi, co to można było się już z nimi normalnie dogadać.

Dziś wsparła mnie córka z Bieszczad. W rozmowie telefonicznej poinstruowała mnie, co mam robić, a czego nie robić. Niby te wskazówki są proste i oczywiste, a jakby nie do końca. Po pierwsze nie wolno poddać się kaprysom dzieci. Tu ja decyduję. (Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, jak się wydzierają). Po drugie żadnych słodyczy przed snem, bo dzieci po słodkościach są bardzo pobudzone. Słodkie przekąski najpóźniej 3 godziny przed spaniem. Wieczorem mam z nim siedzieć dopóki nie zasną (Będą spały w nowym miejscu i mogą się bać zostać bez dorosłego. Gdy zasną mogę położyć się do swojego łóżka, a nie kimać gdzieś koło nich w niewygodnej pozycji. 

Na dziś to tyle. Dalszy ciąg relacji jutro.

                                     

A to nie tyle są moje słoneczka, ile nieudolnie narysowane głowy dzieci. Mam trójkę prawnusiów, więc są trzy główki. Oczywiście moje prawnusiątka są śliczne, mądre i kochane. Z tymi  na rysunku maja tylko jedną cechę wspólną - cyfrę 3.

17:39, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
wtorek, 24 maja 2016
Trzymaj się prababciu!

                                               

Dziś pojechaliśmy z książeczkami do naszej malutkiej prawnusieńki. Właśnie skończyła dwa latka. Rzadko nas widuje, bo prababcia, czyli ja, kiepsko chodzi i wybiera się w odwiedziny do niej od czasu do czasu. Dostała od nas z okazji swoich urodzin i zbliżającego się Dnia Dziecka kilka książeczek w tym dwie dźwiękowe. Podobno bardzo jej się podobają. Cieszę się. A jutro przyjeżdżają do nas nasi dwaj prawnusiowie z tatusiem, ale tatuś będzie tylko do końca czwartku, a dzieci pozostaną do poniedziałku i przez te trzy dni opiekę będą sprawować pradziadkowie. Oj! Będzie w domu wesoło. Sama ich zaprosiłam, więc nie mam co narzekać. Zresztą chłopcy są coraz starsi i łatwiej już sobie radzę, gdy przyjeżdżają. Gdyby jeszcze jedli wszystko, to już byłoby całkiem dobrze. W każdym razie na te kilka dni musimy trochę odmłodnieć i zebrać wszystkie siły fizyczne i umysłowe, aby stanąć na wysokości zadania.

Dziś idę już spać. Muszę zebrać siły na najbliższe dni.

22:17, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (32) »
Dlaczego?

                                    

Staram się politykę omijać szerokim łukiem, ale niepokój siedzi we mnie i nie do końca potrafię odciąć się od niepokojących myśli. Nie da się całkowicie zamknąć oczu i uszu na to, co się w naszym kraju dzieje. Słowa pana Młynarskiego najlepiej wyrażą ważne sprawy dotyczące nas wszystkich.  

"W szkole wolności" – Wojciech Młynarski

Ta myśl pod czaszką taka żmudna,
Tak przyczepiła się i boli:
Czemu ta wolność taka trudna,
Tyle trudniejsza od niewoli?
I jak tę wolność przetłumaczyć
Na dni, co plotą się spokojnie,
Skoro nie umie nikt wybaczyć,
Skoro nie umie nikt zapomnieć…?

W szkole wolności tyle wolnych klas,
Nieużywana brama się telepie,
Lecz w żadnej klasie ciągle nie ma, nie ma nas -
- My nie musimy! My już wiemy lepiej!

Jakąż wolnością nam zakwita
Nasz wolny wreszcie dzień powszedni?
Wolnością pięknych, trudnych pytań,
Czy też wolnością głupstw i bredni?
Wolnością, co szacunek budzi,
Czy też wolnością świństw i kantów?
Wolnością pięknych, mądrych ludzi,
Czy niedouków, dyletantów?

W szkole wolności tyle wolnych klas
I bezrobotny belfer biedę klepie,
Lecz w żadnej klasie ciągle nie ma, nie ma nas -
- My nie musimy! My już wiemy lepiej!

I myśl powraca taka żmudna,
Taka natrętna, aż się dziwię:
Czemu ta wolność taka trudna,
Jeśli traktować ją uczciwie?
Bo dawno już się, mamo moja,
Tak śmiesznie nie składały gwiazdy:
Dano nam wolność- piękny pojazd,
Nikt nie chce robić prawa jazdy…

Mógłbym pieśń dalej ciągnąć, ale cóż,
Tutaj mój wywód skończyć się postaram:
W szkole wolności dawno jest po dzwonku już,
Trzy czwarte Polski- chyba na wagarach…
Trzy czwarte Polski – raczej na wagarach!

 

 


Dlaczego w Sejmie zamiast rzeczowych dyskusji o ważnych sprawach ludzi i kraju są awantury i pokrzykiwania? Odnoszę wrażenie, że posłowie wybrani przez obywateli nie kierują się w dyskusjach własnym rozumem i wiedzą, lecz wyłącznie poleceniami partii. Że z trybuny przemawia nie pani X, czy pan Y, lecz wyłącznie członek tej, czy innej partii. Zamiast znaleźć to, co jest budujące i wspólne, wyciąga się to, co dzieli i różni. Czy my musimy mieć jednego wspólnego wroga, aby się zjednoczyć?

A za oknem piękny słoneczny poranek. Ludzie na ulicy witają się, uśmiechają się do siebie, są dla siebie życzliwi. Żyją normalnie, jak zawsze. Idą do sklepów, gdzie jest coraz drożej i starają się w tych trudnych czasach zachować spokój i pogodę ducha, o którą coraz trudniej.

09:16, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
niedziela, 22 maja 2016
Dziś byczę się z konieczności.

                              

Wczoraj kilka razy znalazłam się w przeciągu i dzisiaj kaszlę.Wypiłam już gripowitkę, nagrzałam termoforem łóżeczko i pod kołdrę. Na razie nie wyłażę z łóżka. No i powinnam się cieszyć, że jeszcze mogę sobie poleżeć, a może i pospać, bo jest dopiero godzina 7 rano. Ale człowiek jest przekorny. Kiedy szykuje mu się słodkie lenistwo, to właśnie chciałby coś robić. Od razu przychodzą mi do głowy różne zajęcia, które nigdy nie sprawiały mi wielkiej przyjemności, a wręcz przeciwnie - niechęć, ale w tej chwili byłyby dla mnie bardzo ciekawym zajęciem, np. sprzątanie piwnicy i wywalanie staroci z weków. W myślach właśnie jestem na dole. Zapalone światło w pomieszczeniu ukazuje ogrom roboty, ale to nic. Dam radę. Kubeł na stare przetwory już przygotowany, drugi kubeł stoi z czystą wodą do płukania resztek ze słoików zanim je umyję porządnie. I rzucam okiem na łóżko. Wcale mnie dziś nie ciągnie. Właśnie mam zapał do wściekłej pracy. A po sprzątnięciu piwnicy może by zająć się maglowaniem upranej bielizny, albo chociaż sprzątnięciem podłogi na tarasie (gdzie wieje), bo leżą tam liście, które spadły z rosnącej obok brzozy.

Chciałam napisać, że człowiek ma w sobie wiele sprzeczności, ale może to tylko ja tam mam.

07:12, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
piątek, 20 maja 2016
Kiedyś i dziś.

                            

Dzisiaj cały dzień piorę. Ale co to jest za robota. Wkładam bieliznę do bębna pralki, wlewam płyn do prania, jakieś wybielacze, cudowne szmatki, żeby kolor jednych rzeczy nie przeszedł na inne. Włączam program i idę pisać na komputerze przy filiżance herbaty. Kiedyś to było pranie. Do balii z ciepłymi mydlinami wstawiało się tarę i na tej tarze tarło się zamoczoną bieliznę. Tarło się brudne rzeczy do skutku, aż bielizna zrobiła się biała. Ja jeszcze tak prałam na początku swojego małżeństwa. Ducha można było wyzionąć przy takiej pracy. Wiem, że wcześniej kobiety przy stawach kijankami prały odzież. Na desce rozkładały brudne, mokre rzeczy, mydliły je i kijankami je tłukły. A moja Teściowa opowiadała, że jej mama nie używała do prania mydła, bo było drogie, tylko gotowała jakieś drewno i robił się z tego ług i w tym ługu prała i jeszcze się bardzo z praniem spieszyła. Gdy wracał z rzeki jej mąż - rybak, zwykle było już po praniu. Ojciec mojej Teściowej bardzo nie lubił takich robót w domu, toteż jego żona zawsze robiła pranie, gdy wypływał na cały dzień na rzekę na ryby.

Następna po balii i tarze była poczciwa "Frania". Dopiero później nastał czas, na popularne dziś pralki automatyczne.

Dziś moje pranie robi się samo. Ja tylko załadowuję i wyładowuje pralkę. Siedzę cały dzień w domu, podnoszę się z krzesełka tylko wtedy, gdy trzeba powiesić pranie na dworze.

W pomieszczeniu obok stoi domowy magiel elektryczny. Pamiętam, jak go kupiłam i nie wiedziałam jak sobie poradzić z zabraniem go ze sklepu. Nie jest wielki, ale jest bardzo ciężki. Zięć mnie z kłopotu wybawił. Podjechał samochodem i magiel zabrał. Jutro przy nim zasiądę i w niedługim czasie bielizna pościelowa, ścierki, szmatki zmienią swój wygląd. Będą wyglądały prawie jak te ze sklepu. Ten magiel prasuje na gorąco. 

A to nie wszystkie urządzenia domowe, które ułatwiają dziś pracę kobietom. Np. światło elektryczne w mieszkaniach, a nie lampy naftowe, przy których ja odrabiałam lekcje w dzieciństwie. Kuchnie gazowe, a nie na drzewo i węgiel, które trzeba było pracowicie przygotowywać do rozpalenia w nich ognia. A praca w polu i w gospodarstwie.

Zmywarki,  telefony komórkowe z całym wyposażeniem, komputery z internetem, to już ostatni okres.

I obsługi tych wszystkich urządzeń trzeba się było od podstaw nauczyć. Ja do każdego nowego urządzenia podchodziłam początkowo jak do bomby, która ma lada chwila wybuchnąć. Musiałam się oswoić z każdą nowością, poznać jej działanie i zaakceptować ją.

Dlaczego o tym piszę? Bo dziś nie wszyscy, a zwłaszcza młodzi nie pamiętają już lub w ogóle nie wiedzą o tym, jak wyglądało życie ludzi kiedyś i ile się w ich życiu zmieniło.

21:56, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (21) »
 
1 , 2 , 3