RSS
sobota, 29 czerwca 2013
Dodaję zdjęcie

Pierwszy raz wstawiam zdjęcie z telefonu komórkowego. Jestem z siebie bardzo dumna, że takie rzeczy jednak potrafię.

To jest moja śliczna koteczka. Dziś pogonił ją mój pies. Była bardzo wystraszona. Stres zagryzła puszeczką owoców morza i od razu się uspokoiła.

19:22, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
piątek, 28 czerwca 2013
Co prawnusio może zdziałać.

Dzisiaj zadzwoniłam do mojej wnuczki i zapytałam, czy dzieciom smakuje sok truskawkowy, który im przesłałam, słodzony lekko ksylitolem, czyli cukrem brzozowym, . A na to moja wnuczka mówi: - Poczekaj. Dam Ci Leonka - I nagle słyszę dziecięcy głosik: - Babciu! Dziękuję ci za pysny socek -

Jakby mnie kto batem podciął. Już miałam ochotę stawać przy garach. Mieszać, wekować, pocić się przy gorącej kuchni. A przecież ten Leoś jeszcze nie tak dawno patrzeć nawet nie chciał na nowe potrawy, czy napoje. Miał kilka swoich dań, które tolerował, a reszta była be. - Zabelaj to - wołał, gdy postawiłam na stole coś nowego do jedzenia. Z Adasiem było trochę łatwiej, ale też miał kilka swoich ulubionych potraw i napojów i koniec. A tu nagle soczek jest pysny. Większej radości nie mógł mi sprawić.

Od razu dostałam wigoru do roboty. Jutro wnuczka ma zerwać mi jasne czereśnie, które niestety rosną bardzo wysoko. Znowu zrobię sok i trochę dżemu . Podobno przetwory z czereśni nie są tak smaczne jak te z truskawek, ale zobaczę. Może, w razie potrzeby, dodam trochę porzeczek, które też mam na działce. Kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką, łaziłam po drzewach, jak kot. Co to był za problem zerwać wiśnie, nawet z tych najwyższych cienkich gałązek. Ale czasy się zmieniły. Dziś dobrze jak podniosę się z kucnięcia bez przytrzymywania się. I ja miałabym łazić po drzewach w swoich siedemdziesięciu siedmiu latach? Jeszcze po krześle na stół wchodzę, jak się biorę za mycie okien. Ale łażenie po drzewie, to nie łażenie po stole.

A w ogóle to życie jest piękne. Najwyraźniej to widać po takich słowach malucha.

22:55, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (5) »
środa, 26 czerwca 2013
I o czym tu dziś pisać.

Właśnie dowiedziałam się, że mój blog robi się trochę monotonny i że trzeba go trochę ubarwić choćby zdjęciami. No więc wklejam.

21:10, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
wtorek, 25 czerwca 2013
Dziś jest inny dzień niż wczoraj

Jak to dobrze, że wczorajszy dzień już minął i nastał nowy. Znowu wrócił spokój. Pomógł mi swoim dystansem do problemu i dobrą radą mój mąż. Sprawę wzięłam w swoje ręce i została załatwiona spokojnie, bez oskarżeń i agresji, czyli tak jak lubię. Oddycham z ulgą.

Podobno w każdym człowieku jest dobro i z tym się zgadzam, ale każdy człowiek inaczej podchodzi do tych samych spraw, inaczej reaguje nawet na zwykłe słowa i zachowania. Pewno do każdego trzeba mieć osobny kluczyk. Ale czy ja muszę mieć pęk kluczyków? Sama nie jestem ideałem. Mam wiele wad. Ale to moje wady. Mogą przeszkadzać moim najbliższym i znajomym, chociaż jak dotąd nikt z nich się nie skarży. Może się przyzwyczaili.

Nie umiem znaleźć właściwego miejsca dla siebie w wiszącej w powietrzu albo okazywanej sobie jawnie agresji. Tak mam, że nie lubię sprawiać ludziom przykrości, nawet wtedy gdy są wobec mnie nie w porządku. Ale czasami trzeba powiedzieć nie i zadbać o własny komfort psychiczny. Podobno, aby człowiek umiał się znaleźć w takich trudnych sytuacjach potrzebna jest nauka we wczesnej młodości, a nawet w dzieciństwie. - Dzieci powinny widzieć, jak się rodzice kłócą, ale też powinny widzieć, jak się godzą - powiedział kiedyś pewien znany psycholog. Chodzi o to, że uczą się życia z różnymi jego barwami. Moi rodzice się nie kłócili. Nazywali się zdrobniałymi pieszczotliwie imionami, czasami na siebie pocholerowali i to wszystko.

Czyli, krótko mówiąc, właśnie wczoraj i dzisiaj przerobiłam jedną z lekcji, których nie przerobiłam w przeszłości. Pewno czeka mnie jeszcze niejedna. Takie jest jednak życie, że człowiek się uczy do późnej starości i jeszcze nie wiadomo, czy nie umiera głupi.

15:10, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Jak to się stało...

Dziś jestem zła. Jak naiwne dziecko, a nie dojrzała kobieta dałam się wmanipulować w bardzo niewygodną dla mnie sytuację. Nie chcę o niej opowiadać, żeby się nie wkurzać na siebie jeszcze bardziej.

Manipulacja występuje w życiu każdego człowieka, ale mając już pewne doświadczenia życiowe mogłabym być osobą bardziej przewidującą, iż mnie się to zdarzyło. Dlaczego tak jest, że chwilami tracę potrzebną czujność i pozwalam innym przejmować pałeczkę w sytuacjach, które później obracają się przeciwko mnie? Głupia chyba nie jestem, ale niestety naiwna jak dziecko i czasami chyba uległa i nielubiąca się przeciwstawiać. Tyle już zrobiłam, aby się uniezależnić, a tu łup. Ale ja sobie poradzę. To tylko następna lekcja, którą trzeba przerobić i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Ale dopóki tej niewyjaśnionej sytuacji nie rozwiążę, to jestem z lekka rozedrgana, niezadowolona i zła.

 

22:49, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (5) »
niedziela, 23 czerwca 2013
Szał letni.

Gdzie są te czasy, gdy smętnie siedziałam w fotelu i znudzona patrzyłam jednym okiem w monitor telewizora, a drugim na stronę czasopisma Polityka. Minęły jak zły sen. Nagle okazało się, że jestem zdrowa jak koń. ruszam się, jeżdżę rowerem, pichcę, piekę, itd. Co się stało, że z utykającej inwalidki stałam się wulkanem energii. Wulkan energii też utyka, ale tak pochłaniają mnie zajęcia na działce i w kuchni, że o utykaniu nie myślę. Dopiero wieczorem czuję mocno swoją chorą nogę. Teraz nie marzną mi nogi i mam więcej energii. Tak jest zawsze w lecie. Dopiero jesienne i zimowe chłody powodują marznięcie i zwijanie się w kłębek w ciepłych ubraniach.

Ogarnął mnie szał wekowania. Kupuję garnki, słoiki, owoce i później stoję spocona i zmęczona przy kuchni z oddechem przyblokowanym z pośpiechu gdzieś na wysokości przepony. Ale słoików w piwnicy przybywa. Właśnie zaczynają się na działce jasne czereśnie i zastanawiam się, co z nich zrobić. A trzeba się spieszyć, bo dwa drzewa ciemnych czereśni zostało załatwionych w ciągu dwóch dni przez szpaki i inne latające. Doszło do tego, że gdy mój mąż zbliżył się do drzewa, aby też poczęstować się owocami, to darły na niego dzioby jak w horrorze.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie meszki, które na szczęście już zaginęły i komary, które niestety są i to w ogromnej ilości. Nie można spokojnie wyjść na działkę, ani nawet posiedzieć w domu. Dziś mój mąż popatrzył na moje nogi i powiedział: - Wyglądasz jakbyś przeszła ospę.  A moje nogi to strup na strupie i strupem pogania. Ale komary jakoś sobie mnie ukochały. Niech będzie jeden w pokoju, a do mnie przyleci. A tu nie jeden jest, a wiele. Wchodzę do toalety, siadam wygodnie na sedesie i zamyślam się, bo to jest miejsce, gdzie obok wiadomych czynności można także odpocząć po trudach całego dnia. I naglę bzzz koło ucha. Aż mi się wierzyć nie chce, że w Bieszczadach tych krwiopijców nie ma, a tak powiedziała moja córka, która tam mieszka. Ale wszystko być musi. I komary i upały, i burze w lecie, a mrozy i zimno w zimie.

15:32, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (9) »
wtorek, 18 czerwca 2013
Wieczór po robocie.

Ale sobie dałam dzisiaj w kość. Zrobienie soku z 20 kg. truskawek to nie przelewki. Spocona, zmęczona biegałam od szafki do szafki z nalanymi gorącym sokiem słoikami. Stoją sobie już odwrócone do góry dnem i przykryte kocykiem. Teraz jest już po robocie. Oczywiście sprzątanie  kuchni zostało na jutro. A już chodzą mi po głowie myśli. Co by znowu wsadzić w słoiki. Oczywiście sok wiśniowy, ale to później, jak dojrzeją wiśnie. Babciabezmohera wspomniała o brzoskwiniach, a ja ich nigdy nie robiłam. Może by spróbować. Nigdy nie paliłam papierosów, ale mój nałóg różni się tym od nałogu palaczy, że nie szkodzi człowiekowi, chociaż czy ja wiem? Dzisiejszy wpis będzie krótki. Idę spać. Jest godz. 23,50.

23:49, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Jestem zazdrośnicą..

Inni maja już przetwory, a ja nie będę miała? O nie.

Wahałam się, czy przetwory z truskawek robić, czy nie, ale jak babciabezmohera napisała w komentarzu, że już zrobiła i to z 10 kg. owoców, to i ja jutro truskawki kupuję. Trudno. Robota duża, ale przyjemność ustawiania słoików w piwnicy jeszcze większa. Co prawda półki mam zastawione słoikami jeszcze z poprzednich lat i nie ma chętnego, do wywalenia ich na kompost. Ale co nowe, to nowe. Później spróbuję podzielić się zapasami z dziećmi i wnukami, ale  oni zwykle mają swoje i też czasami ich nie zużywają. Za każdym razem, gdy zabieram się do wekowania obiecuję sobie, że tym razem z pewnością zużyjemy wszystkie, ale to jest utopia. Nawet w swoim czasie próbowałam robić grafik z podziałem na tygodnie. W tym tygodniu takie i takie słoiki, w następnym takie...itd. Dochodziłam z tymi wyliczeniami do końca maja, bo później już są nowalijki. To jednak też nie pomogło. Po prostu trzeba chyba ograniczyć szaleństwo w robieniu zapasów. I to wszelkich zapasów, bo ja i szafki mam zawalone torbami, torebkami, otwartymi, zamkniętymi jeszcze, a gdy przychodzi do gotowania, to czasami kupuję produkt, który mam w szafce, bo nie mogę się do niego dogrzebać. Mój mąż czasami wspomina, że dobrze byłoby opamiętać się trochę, ale ja chyba mam jakiś defekt w tym względzie.

Ale w tym wpisie się przedstawiłam. Zamiast pokazać się jako nobliwa, starsza pani, to ja pokazałam się jako zwariowana starsza pani. Ale trudno. Takie osoby, jak ja też istnieją na świecie. Pocieszam się, że może jestem barwną postacią, ale mam świadomość tego, że te barwy nie wszystkim mogą się podobać. Na szczęście zwariowana jestem tylko w pewnych obszarach działania. W innych staram się być poważna i dociekliwa.

Pozdrawiam wszystkich i tych bardzo akuratnych we wszystkim, co robią i tych zwariowanych.

21:57, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (9) »
piątek, 14 czerwca 2013
Dzisiejszy dzień

Dzisiejszy dzień od samego rana był dla mnie trudny. Rano pospałam dłużej i nie miałam ani energii, ani chęci, aby się pogimnastykować. Odpuściłam sobie gimnastykę z zastrzeżeniem dla siebie samej, że to tylko dziś robię taki wyjątek. Zresztą ta moja gimnastyka poranna nie jest wcale taka uciążliwa. Aby było przyjemnie puszczam sobie muzykę relaksacyjną i słucham jednocześnie poleceń prowadzącego ćwiczenia i melodii z kasety.

Przez wiele miesięcy zimowych i wczesnowiosennych siedziałam przede wszystkim w domu. Przy czym wyraz siedziałam najlepiej oddaje to, czym się zajmowałam. Sama na własne życzenie zamknęłam się w domu i unieruchomiłam. To prawda - kłopot z nogą i inne kłopoty, ale kto ich nie ma?

Gdy wyszłam pewnego pięknego dnia do ogródka, wyrwałam trochę chwastów i poruszyłam  ziemię poczułam, że jest to właśnie to, czego mi teraz potrzeba. Kontakt z przyrodą i praca na świeżym powietrzu. Bardzo mnie cieszy moja grządka truskawkowa. Kilka dni temu zasadziłam prawie same korzenie truskawek, a już pokazują się maleńkie listki. Te truskawki mają nie chorować, bo przygotowywane były w jakiś specjalny sposób. Chyba je mrożono. Najpierw więc poszłam do nich i sprawdziłam, które już się przyjęły, a które jeszcze nie dają oznak życia. Po czym, jak zwykle pojechałam rowerem do tzw "miasta", czyli do centrum naszej miejscowości. Owoców truskawek było zatrzęsienie i to już po 2,50 zł. za kilogram. I nagle przez głowę przeleciała mi myśl, czy nie należałoby kupić ich do przerobienia na zimę. Tylko ile kupić? Pięć kilogramów, a może lepiej dziesięć? To nic, że właśnie jestem bez energii i zapału do robienia przetworów.

Jakoś tak się dzieje, że sama sobie lubię dokładać. I wtedy, gdy jestem jak przysłowiowy, flak pokonuję samą siebie i biorę się do roboty, jakbym nie mogła znaleźć dla siebie nic przyjemniejszego. Ktoś mógłby zapytać: - Po co ci to? No właśnie. Wygląda na to, że sama siebie chcę podręczyć. Chcę sobie dokopać. Oczywiście cel jest szlachetny. Będą wnuki i prawnuki miały zdrowe soki i inne przetwory. A one być może moje przetwory oleją równo. Skąd się to u mnie wzięło? Czyj ja wzorzec naśladuję? I chyba znam odpowiedź. 

Wykrzesałam z siebie resztki zdrowego rozsądku i truskawek nie kupiłam. Zamiast przerabiać truskawki, ucięłam sobie dwugodzinną drzemkę. Postaram się bardziej zadbać o siebie i swoje przyjemności.

23:08, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (9) »
czwartek, 13 czerwca 2013
Znaczenie dowartościowania.

Dziś napiszę o dzieciach, ale nie tylko. Dlaczego właśnie o dzieciach? Bo to, co się dostanie w dzieciństwie procentuje w latach dojrzałych, a nawet na starość. Dziecko się rodzi i rodzice starają się je wychować na dobrego, porządnego człowieka. Oczywiście kochają malucha, a później starszaka i dorosłego, ale...Czy potrafią wyrażać miłość i akceptację? A może uważają, że skoro miłość jest, to wszyscy ją czują. Dzieci również. A co mówi się dzieciom najczęściej? Jesteś niegrzeczny... Nie wolno... Teraz nie mam czasu...itd. A czy dzieci słyszą : kocham cię. Jestem z ciebie dumna. Wiem, że sobie z tą trudnością poradzisz. Jesteś wspaniałym chłopcem/dziewczynką. Dzieci takich słów na ogół nie słyszą, bo rodzice nie chcą aby wyrosły na zarozumiałych ludzi. Znam to i z własnego doświadczenia, gdy zostałam matką. Zaganiana, zmęczona rodzicielka nie ma czasami ani siły, ani ochoty aby bawić się w "psychologizowanie".

I obrazek z mojego życia. Siedziałam w kuchni i odrabiałam lekcje. Moi rodzice byli w pokoju obok, a drzwi były lekko uchylone. Mama w pewnej chwili powiedziała do ojca: - Zobacz jakie ładne wypracowanie napisała Alinka. - I przeczytała je ojcu głośno. To był jakiś temat związany z jesienią. Padały określenia: nagie konary drzew, szaro i pusto na polach, ptaki odleciały do ciepłych krajów, wykopki itd. Ojciec nic nie powiedział, ale ja wyczułam, że wypracowanie mu się podobało i że był zadowolony. Gdy dziś przypomina mi się ta scena, to wiem, że moje wypracowanie, to był banał. Jakaś młodopolszczyzna. Ale pochwała rodziców sprawiła, że ja uwierzyłam w to, że umiem pisać. Od tej pory nie miałam problemu z pracami pisemnymi. Ile ja knotów stworzyłam, ile zwykłego bełkotu napisałam. Ale zawsze wiedziałam, że to, co prawda, mi się nie udało, ale mogę, potrafię. Trzeba się tylko postarać.

Kiedyś miałam okazję być na zajęciach, na których dzieci miały mówić o sobie. To były dzieci jedenasto-dwunastoletnie. Zostały one poproszone przez osobę prowadzącą zajęcia, aby powiedziały, co w sobie lubią, a później czego nie lubią. Na temat tego, czego nie lubią posypały się słowa i całe wypowiedzi. Dzieci były ożywione. Widać było, że wiedzą , co chcą powiedzieć. Gdy przyszło do pozytywów zaczęło się dukanie. - Mamusi śmieci wynoszę. Odrabiam lekcje i tym podobne pozytywne cechy wystękane po dłuższym namyśle.

A ja zastanowiłam się nad tym, jak dzieci, które mają taki jednostronny i krytyczny obraz siebie mogą dobrze funkcjonować w klasie, a później w społeczeństwie? Ich negatywna opinia na swój temat to, podejrzewam, słowa rodziców przekazywane dzieciom. Z tego wynika także, że rodzice na pozytywne cechy swoich dzieci nie zwracali po prostu uwagi. Tu dzieci same kombinowały i nie bardzo im to wychodziło.

I jeszcze jedna historia opowiedziana mi, ale z pewnością autentyczna. Uczeń klasy ósmej uczęszczał na zajęcia dodatkowe z języka polskiego. Był bardzo pracowity. Bardzo się starał, ale prace pisemne mu nie wychodziły. Nigdy nie miał pewności, jak się do tego zabrać i co napisać, żeby dostać pozytywną ocenę. Pani prowadząca zajęcia opowiedziała mu następującą historę: (Przytaczam opowiadanie).

- Myślę, że słyszałeś nazwisko Albert Einstein. Był to jeden z najwybitniejszych naukowców. W szkole miał chyba trudności z fizyką, która później była dziedziną jego badań. Ten pan pewnego pięknego dnia położył się w ogrodzie na trawie i zmrużył oczy, bo raziło go słońce. Przez zmrużone powieki zobaczył promienie i pomyślał, co by to było, gdyby wsiąść na taki promień i objechać na nim cały wszechświat. Po czym wstał i zaczął liczyć. Podobno w ten sposób powstała słynna teoria względności. Okazało się, że nauka zdobyta na uczelni pomogła mu w rozwiązaniu technicznych spraw. To, co było najważniejsze było w nim samym, w jego wyobraźni i kreatywności. Ty także swoje bogactwo masz w sobie. Staraj się tylko z niego skorzystać.

Podobno chłopiec przestał mieć problemy z pracami pisemnymi. Słyszałam, że zaczął pisać szybko, prawie bez poprawek i otrzymywał dobre stopnie.

 

20:00, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2