RSS
czwartek, 30 czerwca 2016
Różne myśli i nie tylko na temat i nie na temat.

Ostatnie dni spędziłam bardzo pracowicie. Wczoraj przed południem przygotowałam teren, i przesadziłam poziomki, które posadzone były w bardzo zacienionym miejscu. Pomógł mi mój mąż. Po południu wzięłam się za kiszenie ogórków. Mąż przy tej pracy też mi dzielnie pomagał. Bez niego nie dałabym rady tej roboty wykonać sama. Wyszło 30 słoików litrowych. Część ogórków zrobiłam w zalewie octowo-miodowej. Jeszcze nie wiem, jakie będą w smaku, bo zrobiłam je pierwszy raz.

                                

                                

A jak ja po tej pracy się czuję? Z jednej strony jestem bardzo zadowolona, że kiszenie ogórków już jest za mną, bo jestem bardzo zmęczona. Z drugiej strony cały czas myślę o sobie jak o zdrowej kobiecie, która jest w pełni sił i której praca paliła się w rękach. Co to była kiedyś dla mnie za robota? Drobiazg. Rzecz niewarta strzępienia sobie języka.

Żar leje się z nieba. Nawet, gdy tylko na chwilę wychodzę na słońce, to obowiązkowo w kapeluszu. Nie lubię żadnych nakryć głowy, ale jak mus, to mus. No i znowu przede wszystkim siedzę w domu. Nie wiem, czy lęk przed działaniem promieni słonecznych na głowę to objaw starości, nerwicy, czy czegoś jeszcze innego. Wiem, że od czasu, gdy na takim słońcu nagle poraziło mi nogi, bardzo uważam. Mogłabym np. pojechać sobie do sklepów rowerem trójkołowcem. Pogoda wymarzona, a ja siedzę i boję się ruszyć z domu. Czy te różne lęki będą mi już towarzyszyć do końca życia? Kiedyś bałam się, że moja mama dowie się, że jako 9-cioletnie dziecko podglądałam mojego młodszego kolegę, a on mnie. Później panicznie bałam się burzy, ciemności i zamknięcia, a teraz boję się słońca. Zmieniają się tylko źródła lęku, ale sam lęk pozostaje. Zadaję sobie pytanie czy te lęki mają coś wspólnego ze śmiercią mojego starszego ode mnie o trzy lata braciszka, który zmarł w wieku 4 lat? Czy może chodzi o przeżycia wojenne? Ale przecież każdy ma jakieś traumatyczne przeżycia, a nie tylko ja. Podobno lęk ma wiele wspólnego z niewyrażoną agresją, ale ja agresji żadnej nie czuję. Wręcz przeciwnie. Czuję sympatię do ludzi (poza tymi z polityki, ale tu chodzi o sposób ich mówi8enia i działania) i staram się optymistycznie patrzeć na świat. 

 

16:11, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (19) »
wtorek, 28 czerwca 2016
Zabieramy sie do roboty.

Dziś wstałam bardzo rano, czyli o 6,30. Czeka mnie robota przy kiszeniu ogórków, a jak zdążę to jeszcze przesadzanie poziomek. Wczoraj trochę przeforsowałam operowany kręgosłup i dziś zakładam do pracy pas ortopedyczny. Może będzie lepiej. Obejrzałam krzaczki poziomek. Mają ładne zielone liście, ale owoce jak pół paznokietka. Podejrzewam, że to dlatego, iż przez spory kawał dnia rosną w mocno zacienionym miejscu. Przy okazji wyrwałam zielsko i zobaczyłam żabę. Prawdziwa żaba i to w moim ogródku.

                      

Żaby nie widziałam już kilka ładnych lat, a tu nagle u mnie siedzi w poziomkach i to jaka ładna, w brązowe plamki. Nie uciekała w popłochu, pozwoliła sobie zrobić zdjęcie i wolniutko schowała się pod krzaczkami. Ale to chyba znaczy, że jest sporo robaków na działce, więc nie wiem, czy jest powód do radości.

Lubię swoją działkę. Jest zarośnięta i zielona. Dom połączony jest z altaną długimi gałęziami kiwi drobnoowocowego. Na drugą część działki, za płotek przechodzi się pod zielonym dachem. 

                   

Kot cały dzień biega po dworze. Robi sobie tyko krótkie przerwy na michę i drzemkę. Przychodzi do domu na noc. Gdy już jest ciemno, słyszę jak wbiega przez drzwi tarasowe z miauczeniem, po czym układa się na podłodze w zrelaksowanej pozycji, jak widać na zdjęciu.                     

                             

                                      Tak wygląda bezpieczny i zadowolony kot.                      

A my wstajemy rano kładziemy się spać późnym wieczorem, a cały dzień kręcimy się przy różnych pracach domowych i ogrodowych.

07:30, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
niedziela, 26 czerwca 2016
Krajobraz po burzy.

Dziś koło południa przeszła u nas burza z ulewą. Teraz lekki powiew wiatru wwiewa przez otwarte okno firankę do pokoju. Powietrze stało się rześkie. Razem ze zmianą pogody na dworze zmieniła się także pogoda we mnie. Wcześniejsza ospałość i brak chęci nawet do pisania i do zrobienia czegokolwiek odpłynęła w siną dal. Już snuję plany na najbliższą przyszłość. Jutro wyrwę truskawki z zagonka pod winogronami, bo rosły zbyt gęsto i owoce pleśniały na krzaczkach, a w oczyszczoną ziemię przesadzę poziomki, kiepsko rosnące w innym miejscu. Z różnymi pracami na powietrzu trzeba się spieszyć, gdyż ochłodzenie ma trwać tylko do końca najbliższego tygodnia, a później pewno wrócą upały i trzeba będzie siedzieć w domu. Na wtorek planuję kiszenie ogórków. Już zamówiłam 10 kg. To pierwsza partia. Pracę rozkładam na kilka etapów, żeby się nie przepracować. Myślę, że 20-30 kg. powinno starczyć na zimę nie tylko dla nas, ale i dla naszych wnuków. Oprócz ogórków mam zamiar przygotować na zimę wiśnie i przecier pomidorowy. Z wiśniami będzie trochę pracy, bo trzeba usunąć z nich pestki, a później zagotować i oddzielić owoce od soku. Ale na zimę będzie, jak znalazł. Takie wiśnie nadają się jako nadzienie do pączków, a nawet można je podać na talerzyku do herbaty. No i pomidory. Chcę przerobić na przecier jakieś 30-40, a może nawet 50 kg. Własnego przecieru pomidorowego nie może zabraknąć w zimie. Te sklepowe do własnych nawet się nie umywają. Pomidory myję, kroję solę i gotuję w dużym garze, a po rozgotowaniu miksuję ze skórkami, wlewam do słoików, słoiki przewracam do góry nogami i przykrywam kocykiem. Choć praca nie jest skomplikowana, to wymaga czasu i uwijania się przy zmywarce i kuchni. 

No i nie mogę przecież zapominać o rowerze, który przykryty plandeką czeka na jazdę choćby do najbliższych sklepów. Jednym słowem planów dużo i muszę się spieszyć, bo przecież czeka mnie operacja stopy a nie wiadomo, czy nie zostanę wezwana do szpitala wcześniej, niż mam podany termin. Jako realistka wiem, że jest to mało prawdopodobne, ale czasami życie przynosi niespodzianki i trzeba się na nie przygotować.

A teraz jako osoba, która potrafi nie tylko racjonalnie myśleć, ale też i marzyć, chcę posłuchać dobrej muzyki, bo wprowadza ona pogodę ducha i spokój. Do wysłuchania utworu Dreamers w wykonaniu Giovanniego Marradi zapraszam wszystkich odwiedzających mojego bloga.

Miłego poniedziałku!

20:12, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
sobota, 25 czerwca 2016
Chłodzie, na który zawsze narzekałam, wróć do nas!

Przez cały okres zimy i wiosny czekam na piękną, słoneczna pogodę. No i właśnie ją mamy. Słońce od rana do nocy. Żadnego powiewu wiatru. Powietrze stoi. Mózg przysypia. Ta piękna pogoda trwa zaledwie kilka dni, a ja już mam jej serdecznie dosyć. Chyba rzeczywiście klimat nam się zmienia, bo takich męczących upałów nie przypominam sobie. A może też były, ale ja je lepiej znosiłam. Chodzę z mokrą głową. Pot się ze mnie leje. I żeby chociaż razem z tym potem rozpuszczało się sadełko, to przynajmniej byłaby jakaś korzyść, ale, niestety, nie rozpuszcza się.

Poniższą grafikę wstawiam dla ochłody.

                        

A niżej piosenka w wykonaniu Marka Grechuty Dni, których nie znamy.

             

19:37, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (20) »
czwartek, 23 czerwca 2016
Nie lubię upału.

Wczoraj przyjechali do nas bardzo mili i długo niewidziani goście. Przed ich przyjazdem mało się nie skręciłam, tak się starałam, żeby im smakowało to, co postawę na stole. Zrobiłam zupę brokułową z grzankami, mięso z indyka nafaszerowane jabłkami i na deser pieczone jabłka z jagodami w środku. A wyszło gorzej niż kiepsko. Mięso z indyka było z wierzchu przypieczone i przez to twarde. W środku się kruszyło. (mój wnuk stwierdził, że jest jak dla psa), a z nadziewanych jabłek zrobiły się kapcie. Oczywiście goście nie dali poznać, że ten obiad, to wielki niewypał, ale ja, niestety, wiem, że nie popisałam się.

Tę szyneczkę z piersi kurczaczej, zrobiłam sama w zakupionym ostatnio szynkowarze.

                                           

Wyszła trochę blada. Gdybym dała taką porcję soli saletrowej, jaką podają w przepisie, to byłaby różowa. Wiem jednak, że saletra nie jest najzdrowsza i dlatego zamiast pełnej porcji soli z saletrą dałam więcej soli zwykłej, a ograniczyłam tę z saletrą. Myślę, że w tym szynkowarze będę mogła zrobić także moją kaszankę bez mięsa i krwi. Sprężyna ją dociśnie i będzie zwarta. Nawet pewno bez problemu będzie można ją odgrzewać na patelni, a taka podrumieniona jest jeszcze lepsza.

Jest wściekły upał. Staram się nie wychodzić z domu. Po ostatnim zbieraniu truskawek w pozycji schylonej mam silne kurcze. Ostatnio zrywałam się kilka razy z łóżka w nocy z napiętymi mięśniami nóg. Palce rąk też mi kurcz wygina. A przecież biorę magnez i potas. Dostałam od lekarza pierwszego kontaktu lek o nazwie Sirdalud, z poleceniem, aby brać na noc 1 mg, czyli 1/4 tabletki. Na razie zbyt wielkiej poprawy nie widzę. Dziś w nocy mało nie spadłam z sedesu, gdy kurcz mnie dopadł w łazience. Takie to są uroki starości.

Na poniedziałek zamówiłam 30 kg. ogórków i będę robiła kiszone, bo już mi się prawie skończyły zapasy. Kurcze kurczami, ale życie musi iść do przodu. To, że nie zajmę się kiszeniem ogórków wcale nie znaczy, że kurcze automatycznie się wycofają. A jeśli mają mnie męczyć, to niech chociaż będzie korzyść z układania ogórków w słoikach.

16:58, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Wyznania grafomanki.

Gdy zaglądam w głąb siebie to czuję różne emocje, widzę obrazy te z przeszłości i te obecne, słyszę słowa dawno wypowiedziane i z jakichś względów ważne dla mnie także dziś. I zastanawiam się nad tym, co sprawiło, że lubię pisać i od  kiedy polubiłam takie siłowanie się ze słowem. Dziś chcę sobie przypomnieć, jak to było kiedyś.

To, co dziś przedstawię, będzie nie tyle historią mojego pisania, ile cząstkową historią mojego życia. Bo moje pisanie jest mocno z nim splecione i z różnymi wydarzeniami, które miały w nim miejsce.

Wracam do obrazka, który już kiedyś pojawił się w moim blogu. Mam 11 lat. Widzę kuchnię na poddaszu domu. Jest już szarówka. W pokoju obok siedzą moi rodzice nauczyciele. Nie wiedzą, że ja jestem za otwartymi drzwiami, i że wszystko słyszę . Nagle moja mama mówi do ojca: - Posłuchaj, jakie ładne wypracowanie napisała Marynia - I przeczytała ojcu moje wypociny (jak to dzisiaj widzę). Ojciec zaakceptował słowa mamy w milczeniu, ale dla mnie te słowa mamy były prawdziwym darem. Wtedy uwierzyłam, że mogę, że jestem zdolna, że potrafię. Od tamtej chwili nic nie było w stanie zaburzyć mojej wiary w to, że potrafię pisać.

Mijały lata. Skończyłam studia wtedy, gdy przechodziłam ciężką depresję. Ta depresja i moje późniejsze leczenie też było ważne w całym procesie. Na psychoterapii którą najpierw przeszłam w Ośrodku leczenia Nerwic, a później na indywidualnych spotkaniach z panią psycholog, nauczyłam się wielu ważnych dla mnie umiejętności. Przede wszystkim dotarło do mnie, że mam prawo do swojego indywidualnego widzenia świata i siebie samej, że moich emocji nikt nie może zakwestionować, bo to są moje emocje, a niczyje więcej. Że mam prawo do swoich sądów i do swoich refleksji. W czasie jednego ze spotkań pani psycholog poprosiła, abym napisała coś na jakiś podany mi temat. Po powrocie usiadłam nad kartką papieru i wylałam z głowy wszystko to, co w niej było na ten temat, nie zastanawiając się nad słownictwem, kompozycją wypowiedzi i innymi sprawami.

Kubeł zimnej wody wylała mi na głowę dopiero moja nieżyjąca już dziś Siostra, która przeczytała jakiś mój elaborat i powiedziała bez żadnego owijania w bawełnę.

- Co ty wyprawiasz! Polonistko zakichana! Ty poczytaj sobie pozycje, które zaliczamy do dobrej literatury. Zobacz, jak piszą nobliści. No i nagle z wyżyn spadłam mocno na ziemię. Do tej pory uważałam, że cokolwiek napiszę ma prawie wartość Nobla, a że go nie dostaję, to po prostu zwykłe przeoczenie. Do dziś jestem wdzięczna Siostrze za tę reprymendę.

Dlaczego o tym dziś piszę? Bo w moim życiu, jak tak mu się przyjrzę uważniej, do wszystkiego dochodziłam, ucząc się na błędach. Czy dziś dobrze piszę? Nie wiem. Wiem, że bardzo uważam na to, co chcę napisać, na słownictwo i na całą resztę. Wiem, że pisanie jest dla mnie ważne. Wyrażam w nim moje myśli, moje zdanie, moje refleksje. Lubię pisać.

Jednym z następnych moich wpisów będzie obrazek napisany w 1991 roku i zatytułowany Ucieczka z niewoli. Wtedy nie widziałam związku między opowiedzianą wymyśloną historią i moim życiem. Dziś już ten związek widzę.

Na zakończenie wiersz Do czytelnika Jarosława Iwaszkiewicza.

Jarosław Iwaszkiewicz

Do czytelnika

Chciałbym napisać, jak pies biegnie,
Wóz cały w słońcu jedzie laskiem,
Baba rowerem skręca jezdnią
I bańki lśnią blaszanym blaskiem.

Czerwony pociąg mija domy,
A z elektrowni czarne dymy,
Spłoszony kasztan szarpie brony,
Topola składa liść jak rymy.

Żeby to wszystko w słońcu błysło
I żeby było tak jak żywe –
I żebyś ty to widział wszystko,
I żebyś był, jak ja – szczęśliwy.

 



 

13:28, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (28) »
sobota, 18 czerwca 2016
Nawałnica.

      

Wczoraj po południu przeszła nad nami potężna nawałnica. W jednej chwili nadleciała wichura, drzewa zrobiły skłon do pasa, a tuż za nimi przyszła ściana wody. Na dworze zrobiło się szaro. Światło zgasło. (Zdjęcie nie pokazuje dokładnie tego, co się działo. Musiałabym nagrać film i ten film wstawić do bloga, a tego jeszcze nie umiem.) No i zaczęło się wydzwanianie do Zakładu Energetycznego, ale ten milczał jak zaklęty. W domu nerwówa, zamrażarka i lodówka pełne, a światło nie wiadomo kiedy będzie naprawione. Gdy trochę na dworze się uspokoiło mój mąż poszedł zobaczyć, co widać na ulicach i wrócił z taką wieścią, że dobrze, jak światło będzie za trzy, cztery dni, bo zerwane są dwie linie elektryczne - linia wysokiego napięcia i ta linia, która do nas doprowadza światło. Dalej na ulicy stoi złamany słup wysokiego napięcia, a na rogu ulicy leży przewrócone potężne drzewo. Ponieważ to wszystko działo się kolo nas poszłam i ja zobaczyć zniszczenia. Już byli ludzie z Zakładu Energetycznego i spisywali straty. Zapytałam, kiedy może być światło i dowiedziałam się, że być może następnego dnia wieczorem, albo nawet później.

Prawda, że kiedyś gdy byłam jeszcze mała światła nie było w tej wsi, gdzie mieszkaliśmy i jakoś żeśmy sobie radzili. Paliło się lampę naftową, przy której mama robiła kolację, babcia przędła wełnę na kółku, a ja i moje rodzeństwo odrabialiśmy lekcje. W całej wsi wszyscy ludzie tak żyli. Nie było w tym nic nadzwyczajnego.

Ale teraz po tej zapowiedzi, że długo nie będzie światła wpadłam w ponury nastrój. Co zrobić z produktami z zamrażarki, a trochę już potraw i owoców zamroziłam. Ale jeszcze tego samego dnia wieczorem zjawiła się spora ekipa ludzi ze sprzętem i wzięli się do naprawy zniszczeń. Gdy mój mąż wyszedł na wieczorny spacer, już złamany słup wysokiego napięcia leżał wykopany, a na jego miejscu stał nowy, a elektrycy brali się do odbudowywania zerwanych linii. Światło zabłysło około godziny 2 w nocy.

21:28, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (21) »
czwartek, 16 czerwca 2016
No to sezon rozpoczęty.

               

Rozpoczęłam sezon przetwórczy. Dojrzałe truskawki są już zdjęte z krzaków i zamrożone. Borówki kamczackie także. Większość naszych truskawek to marnizna, malutkie, czasami twarde, ale są i to bez żadnych oprysków. Wyszło 6 torebek i dwa opakowania zmiksowanych (tych najmniejszych). Oczywiście, te kupione byłyby dorodne i bez zbierania, przy którym, niestety, trzeba się schylać, ale są i wystarczy. Tym bardziej, że jest jeszcze dużo owoców niedojrzałych na krzakach. Z doświadczenia wiem, że w zimie nikt z rodziny nie rzuca się na mrożonki, więc starczy tego co jest i co jeszcze się oberwie za kilka dni.

Dziś pielenia ciąg dalszy, no i pieczenie pasztetu, bo wczoraj nie zdążyłam. A teraz jadę trójkołowcem do sklepów. Ryzyk fizyk. Mam nadzieję, że jazda będzie spokojna i bezpieczna. Po powrocie ze sklepów napiszę, jak było.

Jeśli mam być szczera, to nie było najlepiej. Prawda, że przejechałam prawie do samych sklepów, ale.... I w tym - ale - mieści się cała reszta. Po pierwsze na samą myśl o jeździe, natychmiast poczułam się bardzo zmęczona i nie w formie. - A może by tak pojechać innego dnia, gdy trochę odpocznę, a dziś lepiej tę odległość przebyć pieszo z chodzikiem - przeleciała mi przez głowę myśl. Wiedząc jednak, że to przemawia moja niechęć do roweru dzielnie wyprowadziłam go na drogę, wsiadłam na siodełko i jazda. Nawet do sklepów jechało mi się nieźle. Po pierwsze tą drogą już wcześniej próbowałam jeździć, a po drugie schodziłam wyraźnie zadowolona z roweru, gdy tylko zobaczyłam jakikolwiek samochód w oddali, nieważne jadący, czy stojący.

Gorzej było w drodze powrotnej, bo rower już był obciążony zakupami, a poza tym wybrałam inną drogę, też asfaltową, ale ze starym asfaltem, w którym były połatane dziury. Tu na rowerze też próbowałam jechać, ale to był dramat, a nie jazda. - Dobrze się taki rower prowadzi? - zapytała przechodząca znajoma. - Ja się dobrze prowadzę. - Odpowiedziałam, mając świadomość, że moja odpowiedź jest co najmniej dwuznaczna. - Z rowerem jest gorzej! A tak jeszcze niedawno wyobrażałam sobie, że na tym rowerze będę jeździła w zimie, gdy będzie śnieg i lód na ulicach. Ale sama wyobraźnie ma się tak do rzeczywistości, jak pieść do nosa. No ale dzisiejszą jazdę mam na szczęście za sobą.

W domu zrobiłam pasztet z kurzego mięsa, z kurzych wątróbek, z wędzonego gotowanego boczku i ze skwarek dobrze odsączonych z tłuszczu. Jest trochę przesolony i zbyt kruchy ale smaczny. Tak, że po zimowym lenistwie nie ma już ani śladu.

A to mój pasztet:

                                    

Teraz czekam na wnuka, który za chwilę przyjedzie z pracy, a po jego obiedzie nie wykluczam zakopania się pod kołderkę na łóżku. A teraz muzyka. Giovanni Marradi - Summer Wind (co według mnie znaczy) - LETNI WIATR. Taka muzyka jest raczej do tańca niż do spania, ale jak ktoś się uprze, to i przy takiej może zasnąć.

19:42, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
wtorek, 14 czerwca 2016
Przestój myślowy.

U mnie tydzień właściwie zaczął się od wtorku. Wczoraj leniłam się koncertowo. Do pracy zabrałam się dziś i dopiero teraz usiadłam, czyli o godzinie 21,30. A było co robić. Po pierwsze oberwałam borówkę kamczacką, która teraz stoi w lodowce, jutro ją przebiorę z listków i paprochów i zostanie zamrożona. Poczeka na maliny i wtedy połączę ją z malinami i zrobię sok dla dzieci. Po drugie rozrobiłam kupiony nawóz ekologiczny wzbogacony o różne mikroorganizmy i podlałam nim dwie pnące truskawki, poziomki, i świdośliwę. No i przygotowałam półprodukty do pasztetu. Jutro będę go piekła. Jutro też mam zamiar zebrać truskawki. 

W przerwie między zajęciami wyciągnęłam trzykołowego rumaka i przejechałam się nim po mojej ulicy. Ulica krótka, więc dużo jazdy nie było, ale postanowiłam, że każdego dnia przejadę kawałeczek. Wsiadałam na pojazd bez uczucia strachu, choć opór wewnętrzny przed jazdą wciąż czuję. No i ten opór staram się przełamać.

Po co ja piszę o tym, co zrobiłam, co planuję zrobić? Wiem! Te relacje są tematami zastępczymi. Ostatnio czuję się tak, jakby wiatr przeleciał mi przez głowę i wywiał wszystkie sensowne myśli. Wszystko jest dobrze, gdy kręcę się po domu lub po ogródku. A w momencie, gdy siadam do pisania mam pustkę w głowie. Gdyby to jeszcze był mętlik, to może dałoby się z niego coś wybrać. Z pustki wybrać nic się nie da.

A jednocześnie czuję, że to pisanie jest dla mnie ważne z wielu powodów. Po pierwsze mam kontakt z Wami Kochani. Ten kontakt jest nie do przecenienia. Siedzę w domu, a czuję się wśród ciepłych, życzliwych ludzi. Po drugie pisząc, ruszam głową, a to w moim wieku jest bardzo istotne. A poza tym pisanie wchodzi mi już w nałóg, a z nałogami trudno się walczy.

Na zakończenie I will always love you, co w moim bardzo amatorskim tłumaczeniu znaczy - Ja chcę zawsze kochać ciebie.

22:59, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 13 czerwca 2016
Co dziś nowego?

                  

To jest skadrowane zdjęcie z dymkiem i napisem na jego tle. Po przeniesieniu tego zdjęcia do programu inkscape zostało ono umieszczone w kolorowych ramkach.


Każdy kolejny dzień jest nieprzewidywalny, nowy tajemniczy, dopóki nie przeminie. Oczywiście planuję wcześniej, co w ciągu takiego dnia zrobię, jak spędzę czas, czym się jakoś szczególnie zajmę. A później, gdy dzień już trwa, z planów zostaje garstka wykonanych rzeczy, a reszta rozpływa się się w niebycie. Dziś miałam kupić nawóz organiczny (rodzaj kompostu) pod moje uprawy, a kupiłam nawóz w płynie, który podobno poprawia strukturę gleby. Połowa wcześniejszych planów, a czasami więcej niż połowa w ogóle znika. Tak jakby wcześniej tych planów nie było. Na ich miejsce wskakują czasami spontaniczne działania.

Gdy pracowałam zawodowo, dzień był wypełniony zajęciami po same brzegi. Nie trzeba było nic planować. To zajęcia przewidziane w harmonogramie dnia zmuszały do działania. I co ciekawe na wszystko starczało czasu tak w pracy, jak i w domu.

Problem zaczął się w chwili, gdy przeszłam na wcześniejszą emeryturę. (Jestem inwalidką III grupy ze względu na bardzo dużą wadę wzroku.) I wtedy okazało się, że jest dużo czasu, który teraz już samodzielnie trzeba sobie zorganizować i że nie jest to wcale takie łatwe. Początkowo poczułam się jakby zawieszona między niebem, a ziemią. Brakowało mi wtedy solidnego oparcia się na czymkolwiek.

Wiele czasu upłynęło zanim na nowo mocno stanęłam nogami na ziemi i zrozumiałam, że teraz wreszcie mogę swój czas wykorzystać na takie zajęcia, które dają mi radość tworzenia, uczenia się i poznawania nowych rzeczy. A każdy kolejny dzień jest piękny i ciekawy. Czy to też można nazwać nauką? I to taką nauką, w której nauczycielem jest samo ŻYCIE.


Na zakończenie dzisiejszego wpisu przepiękna recytacjo - inscenizacja wiersza Juliana Tuwima Lokomotywa w wykonaniu znanych aktorów Piotra Fronczewskiego, Wojciecha Pszoniaka i Rafała Olbrychskiego.

          

22:54, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2