RSS
wtorek, 29 lipca 2014
Sentymentalny swiat.

W młodych latach sentymentalizm to była jakaś część mojego wyobrażenia o życiu. To wyobrażenie było bardzo niedojrzałe, naiwne i niezbyt trzymające się ziemi. W tych wyobrażeniach brak było realizmu, za to była nadzieja na piękną romantyczna miłość, taką z oglądanych filmów i czytanych książek. 

Gdy dziś patrzę wstecz wzrusza mnie czasami ta zakompleksiona i jednocześnie pełna marzeń  dziewczyna, jaką byłam wtedy. Kim byłabym dzisiaj, gdyby nad moim życiem nie przeszły burze z piorunami i różne zawirowania w których wtedy nie umiałam się odnaleźć, a bez których nie zdobyłabym tego, co mam dzisiaj. Wiele przeżyłam, wiele zrozumiałam, wiele musiałam zmienić w swoim patrzeniu na świat i na ludzi, ale sentymentalizm wciąż jest mi bliski. Sentymentalny świat z czasów mojej młodości odzywa się we mnie nawet teraz dosyć często. Wystarczą ciepłe słowa, nastrojowa muzyka, uśmiech, gest, aby odzywały się we mnie dawne tęsknoty wzbogacone już różnymi doświadczeniami życiowymi.

Choć mam już swoje lata, wciąż lubię marzyć. Lubię też nastrojową muzykę.

Na zakończenie mojego dzisiejszego wpisu wstawiam piękny sentymentalny i nastrojowy utwór "Sentymentalny świat"w wykonaniu Jerzego Połomskiego.

23:28, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
niedziela, 27 lipca 2014
Ale lato.

Jest godzina 21,30, a temperatura za oknem 25 stopni. Powietrze stoi. Żadnego podmuchu wiatru. W mieszkaniu też upał. Powoli zamieniam się w rozpuszczającą się kostkę lodu, tylko lód jest zimny, a ja nie. Sama się dziwię, skąd we mnie tyle wody. Włosy mokre, po ciele płyną strugi potu. I żeby chociaż to pocenie dawało jakieś pozytywne efekty  np. gdyby wytapiał się tłuszczyk z sadełka. A tu nic. Jeśli jeszcze od tego gorąca nie przytyłam, (na co mocno wygląda) to nie straciłam ani dekagrama. Ale martwić się jeszcze na razie nie będę. Pocieszam się powiedzeniem mojej babci, że kochanego ciała nigdy nie jest za dużo.

W tym upale mózg też wolniej pracuje. Zamiast kojarzyć, szukać twórczych rozwiązań po prostu przysypia. I to nie w przenośni, a w rzeczywistości. W środku dnia najczęściej robię sobie sporą drzemkę, jak nasza kotka.

Na ochłodzenie wspomnienie zimy.

23:04, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
czwartek, 24 lipca 2014
Kochani!

Zaniedbałam się trochę z pisaniem. To jest okres urlopowy. I właśnie mam miłych gości. Dlatego pisanie rozpocznę od poniedziałku. Wszystkich serdecznie pozdrawiam. Wciąż mamy mnóstwo komarów, dlatego wstawiam taki obrazek z Demotywatora.

15:46, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (20) »
czwartek, 17 lipca 2014
Moje refleksje

Nie lubię smęcić, ale dziś chyba zrobię wyjątek. Nie chodzi o zwykłe biadolenie, raczej o przyjrzenie się sobie samej i swojej kondycji zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Sama lubię radosne wpisy, ale w życiu jest różnie, więc i wpisy muszą być różne. Nie chcę być wiecznie zadowoloną Pollyanną, bo takie zadowolenie jest sztuczne i nikomu nic dobrego nie przynosi.

To są refleksje z ostatnich dni.

Moje spostrzeżenia dotyczące kroczącej mocno w moją stronę starości i jej niewygód zaczęły się wiosną, kiedy pierwszy raz wsiadłam po okresie zimy na mój stary rozklekotany rower. Jeszcze w zeszłym roku rower obwieszałam sitkami, siateczkami z zakupami w taki sposób, że koszyk z tyłu był naładowany z czubem i na kierownicy z każdej strony wisiało kilka siatek z zakupami, a ja bez najmniejszego niepokoju jednym odbiciem od ziemi wskakiwałam na siodełko i pedałowałam do domu. Nie było problemu, żeby się obejrzeć do tyłu, czy mogę skręcić, bo zawsze wolę wiedzieć, czy droga za mną jest wolna.

I nagle przykra niespodzianka. Wiosną początkowo kręciło mi się w głowie, przy odwracaniu się do tyłu, teraz jest już lepiej, ale z załadowanym zakupami rowerem już idę, a nie jadę. Boję się, że mogę się zaplątać w wiszące siatki i wywrócić się, a tego tylko by mi brakowało do szczęścia.

Ale tę niedogodność już sobie wytłumaczyłam i zaakceptowałam. Trudno. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

No i nastąpił wyjazd w Bieszczady. Jazda do Warszawy, to była pestka. W Warszawie Zachodniej autobus podstawiono na czas, żadnego czekania. Pełny komfort. Klimatyzacja, firaneczki w oknach, gdyby komuś przeszkadzało słońce, toaleta, woda dla każdego i ciasteczka, siedzenia wygodne, a ja z trudem dojechałam do Sanoka. Bolały mnie wszystkie kości, cały kręgosłup. Później powrót do domu, już łagodniejszy, bo z poduszeczką pod szyję, którą dała mi córka, a mimo to byłam jakaś rozedrgana. Nawet zapytałam męża, czemu nasz dom tak się trzęsie. A to nie dom, tylko ja cała czułam się, jak balowicze po Sylwestrowej nocy. W domu cisza, wygodne łóżko, a w uszach wciąż muzyka, i nogi nie zapominają jeszcze tańca.

No, starość zrobiła krok do przodu - pomyślałam. A co będzie za rok, za dwa, jak dożyję? Poczułam się tak, jak wtedy, gdy nagle wysiadła mi noga i możliwość normalnego chodzenia, gdy każdą odległość mierzyłam nie km., ani metrami tylko swoimi możliwościami przejścia.

Ostatnio skurczyły się psychicznie, ale chyba też i fizycznie moje różne możliwości, które jeszcze wczoraj były dla mnie na wyciągnięcie ręki. Co robić, żeby nie poddać się takim nieciekawym nastrojom? Jaki wykorzystać różne inne możliwości, które jeszcze są dla mnie dostępne, aby ich także nie stracić i nie pogrążać się coraz bardziej w bezruchu i stagnacji? A może na siłę próbować jeszcze z różnymi wyjazdami? Nie z ciekawości nawet nieznanych miejsc, ale dla treningu i rozszerzania pola działania? Na razie mam o czym myśleć.

Na zakończenie moich smętnych refleksji nad życiem śliczna piosenka Jonasza Kofty w wykonaniu Edyty Geppert.

19:38, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (32) »
sobota, 12 lipca 2014
Wrażenia z podróży.

Wyjechałam w niedzielę 6 lipca około godz. 10. Mogłam jechać pociągiem do Warszawy o godz. 11 z minutami, ale bałam się, że nie zdążę na zamówione miejsce w Neobusie. Takie wcześniejsze wychodzenie, czy wyjeżdżanie mam po ojcu, który zwykle też wychodził sporo wcześniej do wszelkich środków lokomocji.

Dojechałam do stacji Warszawa Wola i tu musiałam przejść spory kawałek drogi z dosyć ciężkim plecakiem. Walizki na kółkach nie wzięłam, choć byłoby mi z nią dużo wygodniej, gdyż wygłówkowałam, że z plecakiem wejdę do autobusu jako jedna z pierwszych pasażerek i wybiorę sobie takie miejsce, żeby nie świeciło mi w oczy słońce. Dzień był upalny, a ja nie tylko źle znoszę upały, ale i boję się ich. Pocieszałam się tym, że autobus będzie klimatyzowany i z toaletą. Nie mogłam wybrać innego terminu na wyjazd, bo w następną niedzielę zjeżdżają do córki małe bąble, czyli Leoś i Adaś oraz czworo dorosłych ludzi. Ja nie byłam u córki i zięcia już ze 3-4 lata i byłam ciekawa, co się u nich zmieniło i jak żyją.

Ruszyliśmy punktualnie. Początkowo jechało mi się dobrze. Natychmiast nawiązałam rozmowę z panią, która usiadła kolo mnie i czas zaczął szybciej lecieć. Im jednak bardziej oddalaliśmy się od Warszawy, tym mnie robiło się coraz bardziej niewygodnie. Zaczęły boleć mnie wszystkie gnaty i gdzieś w połowie drogi, gdy córka zadzwoniła, aby się dowiedzieć, jak mi się jedzie, zaczęłam głośno narzekać, że wszystko mnie boli. Na to odezwał się siedzący za mną starszy pan: - Pani! Jeśliś katolik, to zmów dziesiątkę różańca i wszystko ci przejdzie. - Na takie pouczenie natychmiast zamknęłam gębę i przestałam narzekać. W Sanoku czekała już na mnie córka i razem spokojnie dojechałyśmy na miejsce po godz. 20.

Córka z zięciem mieszkają w urokliwym miejscu w Bieszczadach. Tuż za tarasem płynie potok. Woda pluska płynąc po kamieniach. Wkoło zieleń i spokój. Duży ogród, a w nim ekologiczne (wyłącznie!) warzywa. Nie stosują żadnej chemii, żadnych oprysków, ani sztucznych nawozów. Pomidory same dojrzewają na krzakach bez żadnego gazowania. W domu wylegują się 4 koty, dodatkowe dwa przybiegają ze wsi do michy, a nocą zakrada się młody lisek i załatwia kurzy korpusik, który mu córka wykłada i wylizuje wszystkie miski, często zabierając je z resztkami jedzenia ze sobą. Widziałam go, bo już się trochę oswoił. Początkowo, gdy zaczął przychodzić, to była skóra i kości i sterczące kości grzbietu. Teraz już się zaokrąglił i moją córkę kojarzy z jedzeniem, a nie z zagrożeniem. Ale jest mimo wszystko bardzo ostrożny.

Następnego dnia pojechaliśmy na łąkę, którą zięć kosi. Wyszłam z samochodu i utonęłam w morzu traw, ziół i kwiatów, sięgających mi do pasa. Na terenie już skoszonym spacerowało 10 bocianów, co chwila połykających jakieś żyjątka. Zupełne przeciwieństwo do zapchanych samochodami ulic i ciągle spieszących się ludzi.

Trzy dni zleciały bardzo szybko i trzeba było wracać do domu. Córka dała mi na drogę specjalną poduszeczkę pod szyję i kolejna całodniowa jazda nie była już tak uciążliwa.

 No i jestem już w domu. Teraz chodzę po warzywa leżące na straganach i już piję wapno, bo dostałam swędzenia po zjedzonym pomidorze. A mój kot wyraził swoje niezadowolenie z mojej podróży w koci sposób. Po prostu nasrał mi na leżące na podłodze futro. Nawet początkowo, jako osoba trochę niedowidząca, pomyślałam, że to spadł z biurka spinacz do bielizny. Schyliłam się, żeby go podnieść i wtedy zrozumiałam, co biorę do gołej ręki. Mam nadzieję, że to był jednorazowy wybryk, bo do tej pory nigdy mu się to nie zdarzyło.

Zdjęć nie umieszczam, bo coś pochrzaniłam przy ich zapisywaniu. Może wnuk naprawi to, co ja zepsułam.

 

16:11, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (27) »
sobota, 05 lipca 2014
Jadę.

Jadę w Bieszczady. Trochę się boję upału w drodze, ale słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Jadę pociągiem, dwoma autobusami i jeszcze z córką samochodem osobowym. Będę jechała cały dzień. Zabieram tylko plecak. Samolotem się nie dało. Większy koszt i więcej kłopotu.

I cieszę się i boje się jednocześnie. Za kilka dni wracam, to wszystko opowiem. Pozdrawiam Wszystkich.

19:27, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
czwartek, 03 lipca 2014
Zaczęło się lato. I moja nadopiekuńczość.

Najdłuższy dzień w roku już za nami. Już dnia ubywa. Jeszcze tego bardzo nie widać, ale to już fakt. W zeszłym roku od początku czerwca byłam w amoku przetwórczym. Już wiele słoików zawekowanych i poopisywanych stało w piwnicy. Wchodziłam tam tylko, aby podziwiać swoją pracę.

W tym roku idę na łatwiznę. Jutro kupuję zamrażarkę z klapą otwieraną od góry, bo taka jest wygodniejsza i pojemniejsza, a dostałam w szkole kasę na wczasy. W słoikach zrobię ogórki i być może trochę przecieru pomidorowego. Reszta pójdzie do zamrażarki. Jagody i wiśnie kupię, bo u nas nie obrodziły, a reszta będzie z naszego ogródka. Będzie zatrzęsienie malin nie sypanych żadnymi nawozami i nie pryskanych. Mąż na wiosnę posypuje je tylko popiołem drzewnym i to jest całe nawożenie. Mam maliny Polana. Tak, jak sprzedający polecał, wiosną wycinamy stare pędy zostawiając około 2 cm. łodygi. W ten sposób likwiduje się wszelkiego rodzaju choroby. Nie wycinamy jesienią bo nam częściowo wymarzały. Maliny wypuszczają nowe pędy i owocują pod koniec sierpnia, ale owoce są aż do mrozów i jest ich bardzo dużo. Ja tylko przy zbieraniu oglądam wszystkie owoce na krzaku, aby nie zostawiać zgnilców, jeśli lato jest mokre, żeby nie roznosiła się zaraza. Jeszcze się dotąd nie zdarzyło, żeby nie było pięknych malin. A maliny rozmrożone smakują jak świeże. No i będzie w ogrodzie trochę jabłek, to zrobię jednak sok. Może dzieci się skuszą. W ten sposób ja będę miała mniej roboty, a pojeść będzie co.

Jest jednak pewna niewygoda. Owoce malin trzeba zbierać, niestety, co 3 - 4 dni. A jest tego cały łan, bo rosną, jak chcą. Ja ze swoim chorym kręgosłupem nie mogę się wyciągać do przodu, ani schylać, więc biorę składane krzesełko i i pracę wykonuję na siedźący.

W tym roku postawiliśmy na sprzątanie bałaganu, urządzenie tarasu i w ogóle na estetykę, której jeszcze zbyt mocno nie widać.

Na koniec podzielę się z Wami swoim pierdolcem. Może mi ktoś pomoże. Mam ochotę jechać w odwiedziny do córki w Bieszczady. Już o tym pisałam. Chciałabym jechać z mężem, ale on się zaparł i już. Rozumiem, że ma kłopoty z krążeniem, trudno mu długo siedzieć w jednym miejscu, a poza tym ma cukrzycę i musi dużo chodzić. Mogę więc jechać  sama i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że kiedy jesteśmy razem to ja mam poczucie, że on jest bezpieczny. Widzę, jak się czuje, mogę zapytać itd. Jak pojadę, to nie będę miała go na oku. Wiem. Powinnam z tym moim myśleniem iść do psychologa, ale na razie nie ma takiej możliwości. A ja czuję się odpowiedzialna za jego zdrowie, jak matka za dzieci pozostawione bez opieki, którym beze mnie na dodatek może się coś złego stać. Moje dzieci na szczęście uwolniły się ode mnie i od mojej nadmiernej troskliwości. Mąż też nie jest zachwycony moimi zapędami do kontrolowania go. Bo co to jest innego, jak nie kontrola i przypisywanie sobie jakichś tajemniczych mocy. A ja wiedząc o tym wszystkim nie umiem spojrzeć realistycznie na sprawę. W domu mogę się z nim kłócić i nie boję się, że to może mu zaszkodzić, a kiedy wyjeżdżam, to nagle czuję potrzebę zajmowania się nim, choć wcale tego nie chce. Chyba nawet go to wkurza. Po prostu mam jobca. Ale naplotłam. Ale z tymi pleciugami wcale nie jest mi łatwo.

22:13, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (21) »
środa, 02 lipca 2014
Jeszcze raz temat deklaracji wiary.

Deklaracja wiary - temat już dosyć oklepany, ale wciąż budzi emocje. Ja miałabym kilka pytań wynikających z różnych moich wątpliwości.

1. Dlaczego KK koncentruje się w szczególności na rozmnażaniu się człowieka? Przecież przykazań jest 10. A w przykazaniu : Nie zabijaj - nie jest wyszczególnione o kogo chodzi.

2. A jak się ma to przykazanie do zabijania wroga w czasie walki? Jeśli jestem dobrze zorientowana, to żołnierze wysyłani na linię frontu zabijają i nikt nie ma do nich o to pretensji. Nawet kapelani wojskowi, ich błogosławią. (To dziś).

3. A kiedyś ludzi palono na stosach przy pełnej aprobacie KK.

4.  A czy przykazanie - Nie zabijaj - przypadkiem nie dotyczy także zabijania zwierząt?

Człowiek musi się odżywiać, tak samo jak roślina i zwierzę. Ale jak to zwierzę w wielu wypadkach jest traktowane? Czasami wyłącznie jak towar. A przecież przeżywa ono strach, tak, jak człowiek i ogromne cierpienie.

Pytań dotyczących tylko tego jednego przykazania można byłoby podać jeszcze przynajmniej kilka, a jest jeszcze 9 innych przykazań, które nie budzą takich emocji. A dlaczego?

Na zakończenie podaję z You Tube Rozmowę z Bogiem. Nie wiem, czy Wy wolelibyście inaczej porozmawiać? Ja może znalazłabym jeszcze kilka innych pytań.

20:26, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »