RSS
niedziela, 31 lipca 2016
Nauki papieża.

Od dosyć dawna w KK i w pojmowanej przez nas wierze brakuje mi duchowości i wychodzenia z ciepłym gestem i słowem do bliźnich. Dotyczy to nie tylko kościoła, ale przede wszystkim naszych polityków i ogólnie - obywateli. To, co się widzi i słyszy u nas, szczególnie ostatnio, jest wręcz zaprzeczeniem tej bliskości. Jest dzielenie ludzi na lepsze i gorsze sorty, jest agresja, manipulacja słowem i nie tylko słowem. Jest wiele takich zjawisk, które napełniają mnie obrzydzeniem.

I przychodzi człowiek - papież - który stara się pokazać, co tak naprawdę jest dobre, a co złe. Na co zwrócić uwagę. I okazuje się, że do wielu Jego słowa nie trafiają. Gorzej. Jego słowa są krytykowane, a nawet obśmiewane przez niektórych. Czytam, że naszym tęgim głowom nie podoba się, że w homiliach nie mówi się o grzechu, o potrzebie spowiedzi, o obowiązku uczestniczenia w mszy św. Za to są słowa o miłości bliźniego, o miłosierdziu, o uchodźcach, którzy potrzebują pomocy.

Rozumiem, że każdy ma prawo do własnego zdania. Każdy może zgadzać się lub nie, z tym, co mówi ktoś inny, nawet gdy ten ktoś jest autorytetem w jakiejś dziedzinie. Dla mnie ważne jest dlaczego ktoś się nie zgadza, czy krytykuje. Czy chodzi o to, że przyzwyczajeni jesteśmy do tego, co nam przez lata wkładali do głów księża i hierarchowie. A może zgodnie z nauką obecnego papieża trzeba zweryfikować swoje spojrzenie na wiarę i bardziej niż do tej pory wyjść do drugiego człowieka. Spojrzeć  na niego życzliwie i starać się go zrozumieć i w razie potrzeby mu pomóc.

A każda zmiana to wysiłek, a także niepokój, czy to, co nowe jest lepsze i jak to sprawdzi się w życiu.

Wiem coś o trudnościach, przez które przechodzi człowiek próbujący zmienić swoją dotychczasową optykę na życie. Spotkałam się z tymi trudnościami na psychoterapiach. Wiem, że jest to bardzo trudne, ale i rozwijające.

Mam nadzieję, że nauki papieża dadzą wielu ludziom do myślenia. Pokażą, że można inaczej, głębiej przeżywać wiarę. Może nie nastąpi to natychmiast, ale ziarno Jego słów będzie kiełkować.

.

10:05, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (32) »
piątek, 29 lipca 2016
Wielkie sprzatanie.

                                            

Dziś zaczęłam sprzątanie piwnicy. Zdawałoby się, że to drobiazg. Tymczasem ja zaliczam tę pracę do bardzo brudnych i wyczerpujących. Moja piwnica była bardzo zaniedbana. Latami stały w niej napełnione i nie wykorzystane słoiki. Były takie, w których kiszone ogórki zamieniły się już w brudną wodę. Stały upchnięte gdzieś pod regałami, gdzie nie było ich widać. A oprócz słoików na półkach i na podłodze stały różne przedmioty wyniesione z mieszkania jako niepotrzebne i nie wyrzucone jeszcze definitywnie, bo a nuż się jeszcze przydadzą. No i za ten syf wzięłam się dziś razem z mężem. Mąż przyniósł mi kilka kubełków, jeden na starą zawartość słoików i dwa na czystą wodę do płukania pustych już opakowań. Samo otwieranie pojemników nie było łatwe. Ręce mam prawie czarne, ciuchy po zdjęciu nadają się tylko do prania, a ja szykuję sobie wieczorem kąpiel. Ale połowa roboty jest wykonana. W poniedziałek dokończę rozpoczęta pracę. Przy okazji okaże się ile jest takich słoików, których zawartość jest jeszcze dobra choć napełnione one zostały dwa lata temu. Starsze wywalam. W zeszłym roku żadnych przetworów nie robiłam, bo byłam po operacji kręgosłupa. No i zostanie najprzyjemniejsza część pracy, czyli segregowanie i ustawianie nowych przetworów. Każdy słoik mam opisany. Na naklejce jest podane, co w nim się znajduje, czy z cukrem, czy z xylitolem (jeśli przetwory słodkie) i data zrobienia przetworu. Jestem zadowolona, że tak to sprawnie poszło. Różne przydasie wyjechały do pojemnika na śmieci i w piwnicy lekko przejaśniało. W poniedziałek wieczorem, jeśli jakaś praca niespodziewanie nie wyskoczy, będę mogła już sfotografować piwnicę i się nią pochwalić.

Dziś już tylko wanna, żeby się odmoczyć i łóżko.

20:10, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (26) »
środa, 27 lipca 2016
Patrzę i nie wierzę własnym oczom.

                              

Patrzę i nie wierzę własnym oczom. Słucham i nie wierzę własnym uszom. Wszyscy jesteśmy dobrzy, przepełnieni miłością do bliźniego. Nagle, jak za ruchem czarodziejskiej pałeczki zmieniliśmy się. Nie kłócimy się, nie przeszkadzają nam uchodźcy. A jeszcze niedawno  słyszałam jak panowie w trosce o swoje rodziny chcieli prawie już mordować uchodźców, gdyby zamieszkali w okolicy. Na co dzień żremy się ze sobą, jak psy, a przy okazji takich uroczystych spotkań zamieniamy się w anioły. Nawet w sejmie kłótni nie słychać  i nie ma nocnych posiedzeń. To jest chyba pierwszy cud ŚDM. Jeden człowiek potrafił to zmienić - papież Franciszek.  Może dobrze by było, gdyby papież przedłużył swój pobyt u nas.

I teraz zadaję sobie pytanie, czy to jest hipokryzja, czy rzeczywiście na moment, dzięki odwróconej uwadze w inną stronę, stajemy się lepsi, tolerancyjni i życzliwi. Ja siedzę w domu. Co jakiś czas zerkam na ekran telewizora i myślę. Z jednej strony cieszę się, że potrafimy tak się zjednoczyć, z drugiej strony nie wierzę w jakąś generalną przemianę ludzi. Raczej myślę, że jest to rodzaj przyczajenia się na okres wizyty papieża naszych władz państwowych, a brak języka pełnego agresji wpływa na nastrój obywateli.


A co u mnie? Siedzę w przetworach. Rozgotowane pomidory stoją na kuchni. Jutro je zmiksuję i zamknę w słoikach.

                                                                                                              

Zieleninę, którą przywiozłam od bratowej oczyściłam, zapakowałam w torebki i pójdą do zamrażarki. Łodygi z selera zapakowałam osobno, bo bardzo je lubię dodawać do zupy. W torebkach znalazły się same posiekane liście. Jedna torebka to poszatkowane buraki na barszcz.

 

Do tej pory włoszczyzna się częściowo marnowała. Albo wysychała, albo gniła. Postanowiłam to zmienić. Marchewkę, pietruszkę, selera, pora poszatkowałam dodałam soli i oleju i po wymieszaniu zamknęłam w słoiczkach. Słoiczki stoją już w lodówce. Taki jeden słoiczek to wkładka warzywna do jednej zupy.

I tak się bawię. A ile było dziś bałaganu przy tej robocie? Ale bałagan jest już z grubsza sprzątnięty. Jutro kończę pracę z pomidorami i odpoczywam.

17:37, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (21) »
wtorek, 26 lipca 2016
I znowu minął jeden dzień.

                          

Dziś była taka duchota, że prawie nie było czym oddychać. Każda bluzka była za ciepła. Nawet na golasa byłoby zbyt gorąco. Wszystko kleiło się do skóry. A my z mężem w ten upał objechaliśmy samochodem rodzinę. Wszędzie byliśmy krótko, ale i tak pół dnia nie było nas w domu. Jeszcze po południu odwiedziliśmy miłych znajomych i teraz jesteśmy już w domu. To znaczy ja i wnuk jesteśmy, a mój mąż jako cukrzyk poszedł zaliczać kilometry. Po takim spacerze zwykle około 2-godzinnym cukier mu spada. Z dzisiejszych wojaży przywieźliśmy do domu torbę naci selera, drugą z nacią pietruszki, trochę warzyw i fasolki szparagowej, no i cztery ładne broszki. Jutro muszę zieleninę posegregować, część ususzyć, część zamrozić, a resztę zasypać solą, z oliwą na wierzchu. Roboty będzie sporo, bo oprócz zieleniny mam na jutro również pomidory, które stoją w mieszkaniu w skrzynce już kilka dni i dojrzewają.

Uroczyście sobie obiecałam, że w tym roku będę zapasy przynosiła z piwnicy do domu nie czekając na zimę. Już jeden słoik z dżemem śliwkowym otworzyłam. Dżem jest kwaskowy i bardzo dobry, chociaż do niego wykorzystane zostały śliwki, które dopiero na obłamanej gałęzi dojrzewały na ziemi.

Rowerem trójkołowym jeżdżę już bez strachu. Trochę boję się jeszcze jechać  nierównym asfaltem, oraz mijać jadące samochody, ale to już tylko kwestia czasu. Rower już jest z lekka oswojony.

No i widzę, że złożyłam sprawozdanie. Jest wieczór. Jutro będzie pracowity dzień. Mogłaby trochę obniżyć się temperatura na dworze, bo w takiej duchocie żadna robota nie posuwa się szybko do przodu. I chociaż nie lubię burzy, to gdyby jutro rano przeszła nad nami, to nie miałabym nic przeciwko temu.

22:25, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
Nowy dzień, stare sprawy.

Pod kolorowym jajem  był spory tekst, nad który siedziałam dosyć długo, ale go zężarło. Jest już późno i nie mam nastroju, aby zacząć pisać od nowa. Na dziś kończę. Do jutra.  

                              

00:08, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
czwartek, 21 lipca 2016
Szaleństwa ciąg dalszy.

                               

Ostatnio zaczynam świrować. Złamała się gałąź z niedojrzałymi śliwkami  -  ulenami. Wchodzę któregoś dnia do ogródka i patrzę, a zielone śliwki na leżącej na ziemi gałęzi zmieniły kolor z zielonego na różowy. Pozbierałam je dodałam twarde spady jabłkowe i trochę rabarbaru i wyszedł z tego dżem. Teraz patrzę na wypełnione słoiki i zastanawiam się, czy następne konfitury nie będą przypadkiem z obierek z kartofli. Świr totalny. Co jest najciekawsze, że ten dżemik jest całkiem smaczny, aż mnie dziw bierze. Do kruchego ciasta będzie jak znalazł. A zrobiony jest, praktycznie rzecz biorąc, z niczego. Bo oczywiście można napełnić słoiki owocami i warzywami według przepisów, ale mnie zawsze korci, żeby coś w przepisie zmienić, wprowadzić jakiś nowy element.

Moje zapędy do eksperymentowania nie sprawdzają się tylko ostatnio przy pieczeniu ciasta. Co wyciągnę z piekarnika blaszkę - to zakalec. Nawet wtedy, gdy odmierzam i odważam produkty i robię ciasto ściśle według przepisu.

Dzisiejszy wpis będzie krótszy, bo dziś byłam w Warszawie u lekarza ortopedy i wróciłam dosyć zmęczona. O wyjeździe i zakupach napiszę jutro. Dzisiaj spać! I niech mi się przyśnią miłe, kolorowe sny. Ale spokojne, a nie takie żywiołowe, jak te na filmiku.

22:21, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (30) »
środa, 20 lipca 2016
Jak to jest?

                                     

Jutro jadę do Warszawy, do lekarza ortopedy. Właściwie to żadna rewelacja. Ale im jestem starsza, tym bardziej jestem przyklejona do domu. Kiedyś, jeszcze kilka lat temu na hasło JADĘ, po prostu wsiadałam w pociąg i jechałam bez żadnego wrażenia. Było to coś zwykłego. Dziś to już jest wyprawa, a ja czuję się tak, jakbym wybierała się gdzieś poza granicę naszego kraju. Jeszcze to nie jest dramat, ale już pewna niewygoda i lekki niepokój. Mogłabym poprosić męża lub syna, żeby mnie zawieźli i jestem pewna, że by mi nie odmówili. Ale ja nie chcę być wożona. Ja muszę sama, żebym miała świadomość, że nie przekracza to moich możliwości.

Do pociągu podwiezie mnie mój mąż. Wezmę kijki, żeby łatwiej mi było poruszać się po mieście. Wizyta u lekarza ustalona jest na godzinę 10, więc nie będzie jeszcze upału. Będzie dobrze, bo musi być dobrze.

Ostatnio nie jestem w najlepszej formie. To, że już ze trzy razy w krótkim czasie zostawiłam zakupy w sklepie i jeszcze raz po nie jechałam, to niepokojący objaw, ale tłumaczę sobie, że to się zdarza. Ale ja ostatnio gorzej myślę, trudniej się koncentruję, ubieranie myśli w słowa nie jest już błyskawiczne. W trakcie wypowiedzi gubię słowa. No i od razu czuję niepokój. Rozumiem. Robię się coraz starsza i pewno to jest główną przyczyną takiego stanu rzeczy. Ale ja tej obniżonej formy nie umiem zaakceptować, bo jak zaakceptować to, czego się nie chce?

Toteż szukam gorączkowo jeszcze jakichś innych przyczyn. A może to koncentrowanie się na napychaniu słoików tak mi wyłazi bokiem? Może byłyby sensowniejsze pogaduszki przy herbatce ze znajomymi koło cukierni. Taka praca przy przetworach powoduje pośpiech oraz związane jest z tym napięcie, a praca umysłowa - chyba każda - potrzebuje dużo luzu i swobody.

Koleżanko! Przyhamuj! Nie szalej! Zajmij się czymś, co sprawia ci przyjemność. Widok napełnionych słoików daje poczucie zadowolenia, ale kontakty z ludźmi są ważniejsze.

 

 

23:52, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (17) »
niedziela, 17 lipca 2016
Dziś też bym chciała poznawać nowe spojrzenia na sprawę.

                              

Niedziela. Za dwadzieścia minut będzie szósta, a mnie wyrzuca z łóżka. Od bardzo dawna, czyli od mojej pierwszej ciąży (syn ma 58 lat) mam zespół niespokojnych nóg, który odzywa się co jakiś czas. Właśnie dziś postanowił mi się przypomnieć. Męczy mnie kolano "zdrowej nogi", czyli tej, którą obciążam ciężarem ciała w czasie chodzenia. Druga noga służy tylko do podpierania się. Matka Kargula powiedziałaby pewno - "Czas było przywyknąć". Do tego dręczenia w kolanie trudno się przyzwyczaić. Dziś jest dosyć łagodne i mogę siedzieć na krzesełku. Kiedy indziej tylko chodzenie wchodzi w rachubę. Ano każdy ma "coś", aby wiedział, że żyje.

Za oknami słychać świergot ptaków. Przez cały rok są karmione, teraz też, więc pewno dopominają się o jedzenie. Dziś dostaną ugotowany ryż, który został z poprzedniego dnia. Mąż wyrzuca im pokarm na wysoki pieniek, a one zlatują się czeredą, zbierają w dzioby to, co mąż im wyrzuci i lecą do swoich gniazd, gdzie jeszcze chyba czekają na nie pisklęta. Nasza działka przedzielona jest na pół płotkiem i ptaki gromadzą się po tej stronie, gdzie urzędują nasze psy. Kot tam nie wchodzi.

Po ciągłych deszczach powietrze jest lekko zamglone, a zieleń soczysta. Dziś jestem bezmyślna, czyli brakuje mi swobodnego myślenia, kojarzenia i ubierania tego, co pojawia się w głowie w słowa. Tylko obserwuję. Od razu przypominają mi się zajęcia psychologiczne w Łodzi, w których uczestniczyłam. Poza mną byli sami psycholodzy i lekarze. Tytułu zajęć już nie pamiętam, bo było to dosyć dawno, (Jeszcze dobrze chodziłam) wiem tylko, ze były bardzo ciekawe. Chodziło o to jak odbieramy zmysłami różne wrażenia i jakich wyrazów używamy do ich opisania. Jedno z ćwiczeń było takie: Znajdujesz się na łące nad rzeką. Opisz słowami najpierw to, co widzisz, później to, co słyszysz, teraz dodaj wrażenia związane z dotykiem i z ruchem. Wcześnie do głowy by mi nawet nie przyszło, że można się skupić tak na jakimś jednym obrazku, obejrzeć go (obejrzeć - wzrok) i dalej go opisywać koncentrując się na wrażeniach płynących ze swoich zmysłów.

Inne ćwiczenie było dla mnie nie do przeskoczenia. Chodziło o to, żeby kogoś obcego poprosić o coś. Ja z proszeniem mam problem. Nie lubię prosić nawet bliskich mi ludzi, a co dopiero obcych. A polecenie dla mnie brzmiało: - Idź do sąsiedniego sklepu i poproś, żeby sprzedawca dał ci bez pieniędzy lizaki dla całej grupy. (dwadzieścia kilka osób). Takie polecenie dostałam od lekarza z którym byłam w parze. Wyszłam z sali z zawrotem głowy. Nieśmiało zajrzałam do sklepu. Pan sprzedawca spojrzał ciekawie i życzliwie na mnie, ale mnie prośba o lizaki nie chciała przejść przez gardło. Szybko wyszłam i wróciłam do sali. A tam niespodzianka. Pan doktór wręczył wszystkim lizaki, za które zapłacił zanim ja weszłam do sklepu. Chodziło o to, żeby sprawdzić jak sobie poradzę. A wyjść było kilka. Mogłam poprosić, a gdyby sprzedawca nie chciał mi ich dać, mogłam prośbę zamienić w żąrt, mogłam ja zapłacić za te lizaki itd. Pewno wyjść było jeszcze kilka, a ja ich nawet nie próbowałam ich zobaczyć, a co dopiero  wykorzystać.

Dziś jeszcze chętnie bym pojeździła na różne rozwijające zajęcia, ale niestety na przeszkodzie stoi wiele rzeczy. Późny powrót do domu - wyjazd odpada, upał, albo mróz - wyjazd odpada itd. No więc siedzę w domu, bo nawet do naszego miejscowego GOK-u trudno mi dojść (2 km.)

07:14, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (24) »
piątek, 15 lipca 2016
I znowu.

                                        

I znowu zginęli niewinni ludzie, a inni będą kalekami. Co powoduje człowiekiem, że zadaje śmierć innym. I to nie w obronie własnej, czy swoich najbliższych, tylko dlatego, że ci ludzie  inaczej wierzą, inaczej żyją, wyznają inne wartości. Czy to jest powód, aby odbierać im życie?

Zakończyła się II wojna światowa. Ludzie powrócili do pogorzelisk i zaczęli walczyć o przetrwanie. Każdy kłos zboża gdzieś rosnący na polu zoranym przez pociski i stratowanym przez czołgi był na wagę złota, bo pozwalał przetrwać czasy głodu. Bandy zwane dziś żołnierzami wyklętymi grasowały w lasach i mordowały ludzi. Każdy powód był dobry. Jakiś rolnik przyjął ziemię z podzielonych majątków, ktoś został sekretarzem partii, ktoś był nieostrożny i powiedział o jedno słowo za dużo.

I w końcu ludzie poczuli się w miarę bezpieczni.

Co takiego jest w człowieku, że odbiera życie swoim bliźnim, którzy zresztą nic mu nie zawinili. Że naraża ludzi na kalectwo i na cierpienie? Dziwny jest ten świat. Trudno mi go zrozumieć.

18:11, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
wtorek, 12 lipca 2016
Załamanie pogody - na dworze i we mnie.

                               

Dziś jestem senna, rozlazła i mało się ruszam. Pospałam sobie zdrowo w godzinach południowych. Załamanie pogody, tej na dworze, ma ścisły związek z samopoczuciem człowieka, to wiadomo od dawna. To, że nogi robią się ciężkie, można jeszcze znieść. Gorzej, że z myśleniem też nie jest najlepiej. Mózg lekko przysypia i wyłącza się. Nie wyłącza się tylko w jednej sprawie - przetwory. Tu żadnego wyłączania nie ma. Jutro zamawiam wiśnie i mam nadzieję, że w czwartek i w piątek się z nimi uporam, a będzie ich dużo. A w sobotę prawdopodobnie dostanę pomidory. Co prawda są jeszcze drogie, ale te zamówione będą tańsze, gdyż uzgodniłam, że mogą być popękane, niekształtne, czyli nie będą pierwszego sortu. (Gdzieś już słyszałam to określenie, tylko nie odnosiło się ono do pomidorów, jak pamiętam).

Moje koktailowe pomidorki rosną pięknie na tarasie i już całkiem nieźle owocują. Najważniejsze dla mnie jest to, że nie trzeba ich było pryskać przeciwko zarazie. Są na nią odporne. Moja znajoma też ma takie pomidorki i twierdzi, że raz posiane, zachowują się jak chwast. Same opadają na ziemię, same wyrastają na wiosnę z ziemi bez żadnych sadzonek i bez siania nasion.

Te pomidorki, które widać na zdjęciach tak wyglądają w rzeczywistości, bez żadnego kadrowania i klonowania.

     

Na krzakach jest dużo owoców i już dojrzewają. Żeby na zimę można było założyć taki ogródek zielony z czerwonymi pomidorkami na oknie, to dobrze by było. Myślę jednak, ze jest to nierealne. Natomiast wysiałam do donicy pietruszkę a do skrzynki szczypiorek. Jesienią przeniosę je do domu. Będę miała świeżą natkę pietruszki i drobny szczypiorek w zimie.

Jest godzina 21. Na dworze robi się ciemno. Nie lubię, gdy dnia ubywa. Przypominają mi się od razu długie jesienne wieczory we wsi koło Wyszkowa. Migotliwe światło lampy naftowej rozjaśnia trochę mrok kuchni, w której siedzimy my trzy siostry, nasza mama i babcia. Brat jest w internacie, a tata leży na łóżku ze słuchawkami radiowymi na uszach. Mama gotuje kolację dla nas, babcia przędzie wełnę na kółku, a ja czytam głośno jakąś książkę.

Gdzie jesteście dawno minione lata? Czy ja wtedy miałam świadomość, że w moim życiu tyle różnych rzeczy się wydarzy? Wtedy czekałam na piękną, wielką, romantyczną miłość. A cała reszta była zupełnie nieistotna. Dopiero dziś widzę, że to, co było później wartościowe i dawało szansę rozwoju, rodziło się we łzach i w bólu. Patrzę z oddali wielu lat na tę młodą dziewczynę, później młodą kobietę i kobietę dojrzałą i na jej walkę z różnymi przeciwnościami losu. Lubię tę kobietę, a na jej szarpanie się z trudnościami patrzę ze zrozumieniem i ze wzruszeniem, chociaż nie ze wszystkich jej działań i zachowań dziś mogłabym być dumna. Czy różne niepotrzebnie wypowiedziane kiedyś słowa, zranienia bliskich ludzi, to grzechy, czy też może są to momenty, które coś zmieniły w życiu, pokazały tę część naszej osobowości, którą na co dzień staramy się trzymać pod kluczem?

Zamyśliłam się. Myślę, że życie każdego człowieka to wciąż zapisywana powieść. 

22:22, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (20) »
 
1 , 2