RSS
środa, 31 sierpnia 2016
Spokojniej i wolniej.

                                                   

Wieczór. Błogi spokój. Nie szarpię się z niczym, nie napinam. Dziś czuję się tak, jak na pewnym spotkaniu terapeutycznym Wtedy pani psycholog kazała mi siedzieć i tylko uruchomić swoje zmysły. Tak też robię i dzisiaj. Widzę jasno świecącą lampkę nocną stojącą na odbiorniku radiowym.Widzę jasny ekran komputera, na którym pojawiają się litery. Słyszę szum tego komputera. A przecież w pokoju jest wiele przedmiotów. Dźwięków można byłoby także rozróżnić kilka. Dlaczego zauważam tylko te? Czy tak wygląda medytacja? Nie wiem. Zasugerowano mi, że mam zwolnić. Że mam bardziej obserwować, niż działać. Że mam pozwolić przepływać spokojnie różnym obrazom i wrażeniom, które się pojawią. Mam zmienić swój dotychczasowy zapędzony styl życia.

Nie jestem pewna jak długo wytrzymam na takich zwolnionych obrotach. Dotychczas jedna sprawa poganiała już następną. A w sytuacjach nagromadzenia się pracy do wykonania na już potrafiłam z dokładnością do kilku minut rozplanować sobie bardzo dokładnie działania. Zawsze zdążałam i praca nie była wykonana gorzej niż zwykle.

Oczywiście zwolnienie odbędzie się dopiero jutro wieczorem, bo muszę dokończyć to, co zaczęłam.  A dziś rano kupiłam właśnie 5 kg, węgierek i jutro je będę przerabiała. Zrobię kilka słoików w occie, a resztę bez cukru zamknę w małych słoiczkach po dżemie. Przydadzą się w zimie do ciasta i do bigosu.

Myślę, że to zwolnienie zacznę od jakiegoś określonego czasu, np. pół godziny dziennie. Więcej na razie nie obiecuję. Ale być może wrócę dodatkowo do ćwiczeń fizycznych. 20 minut do pół godziny na razie powinno wystarczyć.

A teraz piękna muzyka, która pewno też może być rodzajem zwolnienia, uspokojenia i medytacji.

22:10, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (17) »
wtorek, 30 sierpnia 2016
Wyjaśnienie.

                                          

Panu doktorowi powiedziałam, że mam bardzo rozwiniętą intuicję, (co jest w pewnym sensie prawdą) i że czuję, że ten termin operacji nie jest dla mnie dobry. - To niech pani operację przełoży - powiedział lekarz bez zastanawiania się. No i przełożyłam. Wiem jedno. Nic nie układało się tak, jak trzeba. Na wizytę u anestezjologa nie mogłam się zapisać, bo nie było już terminów. Miałam jechać w ciemno i prosić lekarza o przyjecie mnie, ale wieczorem poprzedniego dnia miałam spory skok ciśnienia, a na następny dzień był zapowiadany upał. Gdyby pan doktór przyjął mnie rankiem, gdy jeszcze jest temperatura powietrza względna, to pewno bym pojechała, ale najprawdopodobniej czekałabym, aż przyjmie pacjentów planowych, a wtedy w Warszawie byłby ogromny upał. Bałam się. Poza tym przez kilka dni nie mogłam się pozbyć myśli, że po całkowitym uśpieniu się nie wybudzę. Nawet do lekarza, który miał mnie operować, dzwoniłam w tej sprawie.

Na koniec moja córka wiedząc, że mam iść na operację nogi poprosiła swojego znajomego o zrobienie dla mnie horoskopu. W horoskopy średnio wierzę, ale gdy dowiedziałam się, że pan powiedział, iż coś wydarzyło się z moimi nogami w 2005 roku, to już mnie zastanowiło. Nawet moja córka nie wiedziała dokładnie, kiedy mnie dotknęła moja przypadłość (koniec sierpnia 2005 roku), a co dopiero mówić astrolog. No i pan astrolog stwierdził, że termin mojej operacji jest najgorszy z możliwych z wielu względów.

Być może będę żałowała swojej decyzji, ale już ją podjęłam, zwolniłam miejsce i jest po herbacie. No i pewno znowu trzeba będzie uzbierać kasę na spotkania z psychoterapeutą, bo to, co się wydarzyło pochodzi z głowy. Co do tego, żaden lekarz neurolog nie ma wątpliwości. Pan doktór ortopeda miał mi usztywnić małe palce, żeby mi nie skakały i ułożyć mięśnie stopy tak, żeby mi stopa nie leciała na zewnątrz.

No i na koniec opowiem jeszcze historię, która wygląda jak z marzeń sennych, a jest prawdziwa.

Gdy zorientowałam się, że lekarze neurolodzy nic mi nie pomagają, zaczęłam szukać metod niekonwencjonalnych. Znalazłam lekarza, który zajmował się bioenergoterapią. Oczywiście, pojechałam do niego. Najpierw pan doktór (internista ze specjalizacją chyba trzeciego stopnia) powiedział mi, nie oglądając żadnych badań, jakie narządy mam słabe, a później kazał mi zamknąć oczy i siedzieć bez ruchu. W pewnym momencie szarpnęło mnie lekko, wtedy podszedł do mnie i położył mi na chwilkę swoją rękę na klatce piersiowej. Po czym usiadł z powrotem i powiedział - Dziękuję pani. - Wkurzyłam się.  - Panie doktorze....- zaczęłam, ale mnie wyprosił. Wyszłam wściekła. Zapłaciłam 100 złotych i sobie chwilkę posiedziałam. Szłam zajeżona mono. W pewnym momencie dotarło do mnie poprzez moją wściekłość, że coś się zmieniło. Szłam na lekkich, młodych, zdrowych nogach. Matko kochana! Jaka ja byłam w tym momencie szczęśliwa. Gdyby nie to, że godziny były już popołudniowe z ogromną ochotą poszłabym z Warszawy pieszo do domu, chociaż jest to ponad 40 kilometrów. Byłam niewiarygodnie szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie pomyślałam nawet, że taki lekki chód może dać tyle szczęścia. Ten prawidłowy chód trwał do nocy. Rano wróciły przykurcze, a pan doktór już więcej mi nie pomógł, choć do niego jeszcze kilka razy pojechałam.

18:35, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
I co teraz dalej?

                                         

Rozmawiałam z lekarzem na temat zabiegu. Powiedziałam o różnych swoich niepokojach. Powiedział, że mogę przesunąć operację, co właśnie zrobiłam. Operacji na razie nie będzie.   Przyzwyczajam się do myśli, że jeszcze trochę poczekam. W międzyczasie będę próbowała dotrzeć z innej strony do przyczyny mojego utykania. Wiem, to nie będzie łatwe, ale spróbuję. Operacja to ostateczność. Na razie przy pomocy dobrego przewodnika będę próbowała skojarzyć różne fakty z mojego życia i różne trudno uchwytne emocje, które zaistniały w przeszłości i mogły mieć wpływ na obecny stan rzeczy.

Na razie robię wielkie sprzątanie i pranie. Oczyszczane będą pomieszczenia, uprana pościel i wełniane pledy. Zaczynam od pozbywania się z mieszkania wszelkiego rodzaju brudu, kurzu i  zbędnych rzeczy, których nagromadziło się całkiem sporo. Potem pod okiem specjalisty zajmę się wyrzucaniem z siebie tego, co gdzieś tam we mnie zalega, a co nie należy już do sfery materialnej. Przede mną praca trudna, ale bardzo ciekawa. 

Wzburzone i bardzo rozkołysane morze pode mną uspokoiło się. Teraz jest to błękitna tafla lekko kołysząca statek.

 

17:23, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »
niedziela, 28 sierpnia 2016
Rower

                                  

Mój trójkołowiec zaczyna być dla mnie zwykłym rowerem. Już przejechałam nim po łatanej, nierównej drodze. Jeszcze nie próbowałam pokonać bez zsiadania z niego "śpiących policjantów", czyli wybrzuszeń na drodze i wciąż nie mam jeszcze odwagi przejechać między jadącymi pojazdami. Ale to już tylko kwestia czasu. Właśnie zastanawiam się nad tym, jak to było możliwe, że rower nagle skręcał w bok i wiózł mnie prosto w zarośla. Teraz ja decyduję, jak mam jechać, a nie trójkołowiec. I nawet z nim nie rozmawiam, nie proszę go, nie przekonuję, tylko wsiadam na wciśniętym hamulcu, hamulec puszczam, kręcę pedałami i jadę. Przy czym najlepiej od razu nadać mu odpowiednią prędkość, to wtedy nie zbacza z kursu, tylko jedzie prosto.

Po operacji z pewnością bardzo mi się przyda. Moja sąsiadka - pielęgniarka mówi, że po zabiegu chirurgicznym będę w szpitalu około trzech dni. Później będę chodziła do wygojenia rany w specjalnym bucie, który już kupiłam. Jest on na małej koturnie i przód nogi wisi w powietrzu wspierany tylko cienką podeszwą. Podczas ostatniej mojej podróży spotkałam w Warszawie pana, który chodził mając na jednej nodze taki właśnie but. Wypytałam o wszystko. Pan był bardzo uprzejmy i opowiedział mi wszystko o operacji i leczeniu. Tak, że już mam niejakie wyobrażenie, jak będzie wyglądało moje chodzenie. Bo trudno mi sobie nie tylko wyobrazić, ale i przyjąć do wiadomości, że będę leżała w łóżku, albo tylko siedziała, a mąż będzie skakał koło mnie. Mój mąż już sugerował, żebym po powrocie ze szpitala z pierwszego piętra przeniosła się na parter, bo może mi być trudno schodzić. Ja jednak przyzwyczajona jestem do swojego pokoju, do komputera i w razie konieczności będę na tyłku zsuwała się na dół po schodach. A może będę mogła normalnie chodzić. Nie ma co martwic się na przyszłość i kombinować i na temat tego jak będzie.

Po operacji kręgosłupa w ubiegłym roku wróciłam do domu po trzech dniach od operacji, po drodze wysiadłam przy sklepach, zrobiłam zakupy, a w domu ugotowałam normalny obiad. Mam nadzieje, że teraz też tak będzie. Bardzo lubię być samodzielna, a bronię się przed uzależnianiem się od kogokolwiek.

Teraz jeszcze piękna nastrojowa muzyka.

10:33, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
Noc...

Jest godzina 24 a mnie podniosło się ciśnienie. Z ciśnieniem nawet lekko podniesionym nigdy nie kładę się spać. Biorę leki i czekam, aż spadnie. A dziś wyskoczyło mi 177 na ciśnieniomierzu. W panikę nie wpadam. Wiem, jak sobie radzić. Przede wszystkim trzeba myśli skierować na pogodne, wręcz przyjemne tematy. Żadne tam myślenie o skokach ciśnień, czy o operacji. W głowie mają pojawić się obrazy żywcem wzięte z dobrych komedii, albo filmów sentymentalnych, ale koniecznie pogodnych. Na różne myśli dotyczące tematów kontrowersyjnych będzie czas, gdy ciśnienie trzeba będzie wyrównać do góry, bo zbyt niskie też nie jest dobre. Chyba dziś obejrzę w komputerze jakiś humorystyczny dialog.

Ciśnienie mi spadło . Idę spać.

01:22, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 sierpnia 2016
Nadzieja.

                    

U nas zieleń wciąż jest soczysta, choć to już prawie początek jesieni. Ale sporo padało w tym roku. A zieleń, to kolor nadziei. Po dzisiejszym kolejnym wyjeździe do stolicy nabrałam nadziei na to, że jeszcze będzie dobrze. Że jeżeli nawet nie będę chodziła tak jak kiedyś, to że będę chodziła lepiej niż teraz. To moje skoncentrowanie się na operacji i na tym, co będzie później nawet dla mnie zaczyna być nudne. Życie ludzkie i świat nie kończą się na jednym zabiegu. Wiem to wszystko, ale moje myśli krążą wciąż wokół jednego tematu - operacja i chodzenie.

A tymczasem słońce pięknie świeci, liście lekko ruszają się na drzewach. Dzień jak co dzień.

18:47, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (33) »
czwartek, 25 sierpnia 2016
Koniec lata

                                         

I znowu tylu ludzi ucierpiało w wyniku trzęsienia ziemi. Tym razem nawiedziło ono Włochy. Pan Pałasiński opowiadał o tym, jak takie trzęsienie wygląda. Ziemia wydaje głuchy przerażający odgłos i w ułamku sekundy wszystko dokoła trzęsie się i się rozsypuje. Zastanawiam się nad tym, jak żyją ludzie w takim zagrożeniu, które może nastąpić w każdej chwili. Jak się przygotowują do takiej sytuacji, gdy ucieczka na czas decyduje o ich życiu i bezpieczeństwie. A przecież są tacy, którzy mieszkają na stokach wulkanu.

Jakie to szczęście, że u nas trzęsień ziemi nie ma. A wszelkie inne zmartwienia, w zestawieniu z tymi zagrażającymi życiu, są tak maleńkie, że nie warto zawracać sobie nimi głowy, chociaż i one mogą mocno dokuczyć.


Ostatnio mogę spokojnie napisać, że jestem latawicą, bo tylko latam. Pozostawiam w spokoju semantykę wyrazu. Nie szukam wrażeń i nie uwodzę żonatych mężczyzn (w tym wieku?), bo takie jest właściwe znaczenie tego wyrazu. Za to jestem ciągle w ruchu i to nie w domu i w okolicy, tylko w Warszawie. Co dzięń lub co dwa trzy dni jestem w mieście i załatwiam wszelkie sprawy związane z moim zdrowiem i z leczeniem. Wkrótce będę mogła pewno powiedzieć o sobie, że jestem warszawianką.

A tu wracają piękne letnie dni.

Wrzesień

J. Ficowska

 Jeszcze lato nie odeszło,

a już jesień bliska.

Wrzesień milczkiem borowiki
skrył we wrzosowiskach,
na polany rude rydze
stadkami wygonił,

i rumiane jabłka strąca
raz po raz jabłoni...


W takie dni aż się prosi o to, żeby zrobić wielkie pranie i wszystkie uprane rzeczy wysuszyć na dworze. Pachną wtedy powietrzem i słońcem. Natomiast w takie dni podróż do Warszawy to same stresy. Jeśli gorąco jest w miejscowościach podwarszawskich, to co dopiero mówić o samej Warszawie. Tam jest wtedy wściekły upał, a ja upałów się boję. I chociaż zawsze zabieram kapelusz na głowę, choć kapeluszy nie cierpię, to i tak duchota zwala z nóg. No ale pogody zamówić się nie da.

11:28, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
wtorek, 23 sierpnia 2016
Huśtawka.

                        

     To jest pająk Adasia. Ma chłopak wyobraźnię i łatwość uczenia się nowych rzeczy. Dalej są moje kwiatki. Na tarasie już przekwitają. Teraz w blogu jest bardziej kolorowo.

Dziś trochę odreagowuję po ostatnim napięciu nerwowym, który miał związek z moją operacją, która ma się odbyć już wkrótce. Szarpana jestem emocjami od nadziei po czarnowidztwo. Gdy byli u nas ostatnio dwa dni chłopcy, to starałam się koncentrować na nich, ale siedział we mnie także silny niepokój, co stanowiło w sumie mieszankę trudną do zaakceptowania. Dziś pojechali już do domu, a ja lenię się koncertowo.

Dalej tekst mi zeżarło. Postaram się  dalszy wpis trochę odtworzyć.

Jutro raniutko jadę na badania i mam nadzieję, że wszystkie będą zrobione w jeden dzień. W piątek mam wyjazd do lekarza protetyka, a w poniedziałek będę siedziała pod gabinetem anestezjologa i będę go prosiła o przyjęcie mnie, bo nie ma już wolnych terminów wizyt, a operacja za dwa tygodnie. Czas mam już mocno zagospodarowany wyjazdami, więc teraz jeszcze jakiś relaksujący utwór muzyczny, kąpiel i łóżko.

21:16, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
niedziela, 21 sierpnia 2016
Przyjechali...

                                    

Dziś w południe przyjechali do nas prawnusiowie. Byli kilka tygodni w Bieszczadach, później nad morzem, a teraz na dwa dni przyjechali do pradziadków. Trafili akurat na paskudną pogodę. Od południa leje. Gdy wyjeżdżali do nas z Warszawy była ulewa. No to jakie atrakcje mogą być u pradziadków, jak nie ma co robić? Oczywiście telewizor i komputer. Poniżej praca graficzna Adasia. Ja tylko objęłam ją okręgiem, żeby stanowiła całość. Zapisuję szybko wpis, żeby mi nie uciekła. Już dwa razy myknęła. Pewno jest zbyt duża.

  A jednak grafika uciekła już trzeci raz. Nie będę więcej próbowała jej wstawiać.      

Prababcia starym zwyczajem ugotowała rosół. Zjedli. Adaś pogaduje coś o pomidorowej zupie, więc być może dodam do rosołu pomidory i jutro będzie pomidorówka. Już są starsi i łatwiej można sobie z chłopcami poradzić. Jeszcze żeby jedli wszystko, co się na stole postawi, ale jeszcze do tego nie dorośli. Są takie potrawy, które rąbią (np, omlety), takie, które skubią (kotlety z kurczaka) i takie których nawet nie dotkną (Leoś- owoce i warzywa i większość potraw; Adaś - większość owoców i warzyw, większość zup i II dań). Nie jest łatwo ich nakarmić. Ale teraz to i tak już żaden kłopot w porównaniu z tym, co było jeszcze kilka lat temu, gdy byli na diecie bezglutenowej i bezcukrowej.

A teraz zupełnie na inny temat.

Polityka mnie wkurza już od dość dawna, ale znalazłam wiersz pana Młynarskiego, bardzo aktualny i w świetnym wykonaniu pana Kowalewskiego. I chociaż to jest zupełnie nie na temat, to go wstawiam.

21:55, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
sobota, 20 sierpnia 2016
Co by tu dziś....

 

                               

Właśnie zeżarło mi kawałek wpisu i zachwycona tym faktem nie jestem. Zrobiłam trochę zdjęć z naszego tarasu i z ogródka i postaram się je pokazać.

Nasz taras ocieniany jest brzozą rosnącą tuż za granicą naszej działki.

                                  

   Na tle brzozy widać nasze drzewko szczęścia, które stoi na tarasie i osłania nas przed słońcem. Takie drzewka mamy dwa. Oba są rozrośnię. Gdy trzeba je na zimę wstawić do mieszkania, to zajmują pół pokoju.

                                  ?

                                            Kwiaty i zioła na tarasie

                                       

Przechodzimy do ogródka. To jest ściana zieleni z kiwi drobnoowocowego i z dwóch lipek samosiejek. Pod płotem rząd melisy, która rośnie jak zielsko.

                              

   A tu owoce kiwi drobnoowocowego. Nigdy nie robiłam z nich żadnych przetworów, a teraz mnie kusi, aby coś wymyślić.

                                

                                         Resztki borówki amerykańskiej

                           

                      Zaczynają dojrzewać maliny, a w głębi orzech włoski

                                

       Fionka przez maliny zrobiła sobie tor wyścigowy. Właśnie zziajana wypadła z malin.

                              

    Poziomki posadziłam w złym miejscu. Muszę je przesadzić na zagonek po przeciwnej stronie wjazdu. Jutro Adaś będzie je zbierał i jadł. Leoś wciąż owoców żadnych nie chce jeść.

                                  

                                      Zanosi się na to, że będzie trochę winogron

                                 

 

 

 

 

21:44, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3