RSS
sobota, 25 sierpnia 2018
Leje.

Po wściekłych upałach nastąpiło ochłodzenie. Co chwilę przechodzą silne opady deszczu. Nawet mój zielony bluszcz stojący w mieszkaniu ma krople wody na pędach.

Przy takiej pogodzie trudno było dziś wyjść nawet do ogródka, wiec cały dzień spędziłam w domu przy gotowaniu słoików. Zlałam też do butelek ocet jabłkowy. Robiłam go pierwszy raz, ale chyba mi się udał, bo jest kwaśny. W takie chłodne dni szaleję w domu przy napełnianiu i zamykaniu słoików i w ogródku na zagonkach. Pomidory się kończą. W przyszłym roku już w miesiącu marcu wysieję do skrzynek nasiona pomidorów różnych odmian, tych wczesnych i późnych, a przede wszystkim odpornych na zarazę. Dowiedziałam się od córki, gdzie takie nasiona kupić. W tym roku sama wyhodowałam sadzonki pomidorów i owoce były prawdziwymi okazami. Lubię zajęcia w ogrodzie. Lubię też swój dom, choć nie jest on ostatnio sprzątnięty i roboty w nim mnóstwo. Trudno! Podobno robota nie zając, nie ucieknie. 

A co z moim intelektem? Już wiem, że testy psychologiczne nie wyszły mi śpiewająco, a przynajmniej nie wszystkie. Badania u pani psycholog już dosyć dawno zostały zakończone, ale leżą w przychodni i czekają na moją wizytę u pani neurolog. Wtedy pewno trochę się dowiem, na co należałoby zwrócić baczniejszą uwagę. Gdy będę wiedziała na jakie funkcje pamięci należy zwrócić szczególną uwagę, to będę je ćwiczyć w domu. Już wiem, że powtarzanie całego szeregu cyfr w podawanej przez panią psycholog kolejności i w kolejności odwrotnej trochę mi się myli. A było świetnie jeszcze 10 lat temu, gdy to badanie miałam robione w szpitalu.

I chociaż całkiem dobrze siedzi mi się w domu, to jednak wkrótce znowu zacznę jeździć do Warszawy na rehabilitację. Chodzę już prawie bez kłopotów, ale jest jeszcze trochę mięśni, które domagają się oka i ręki pana Jurka. Mam nadzieję, że we wrześniu nie będzie już takich upałów jak w miesiącu sierpniu.

Dochodzi godzina 24. Jeszcze tylko piękna muzyka i myk pod kołdrę do nagrzanego już łóżeczka.

23:51, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
czwartek, 23 sierpnia 2018
Ale piękne wykonanie...

Co można do takiego wykonania jeszcze dodać? Nic. Można się tylko zasłuchać.

Do jutra.

21:29, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
sobota, 11 sierpnia 2018
Lato! Zostań dłużej!

Julian Tuwim

Strofy o późnym lecie

 Zobacz, ile jesieni!
Pełno jak w cebrze wina,
A to dopiero początek,
Dopiero się zaczyna.

Nazłociło się liści,
Że koszami wynosić,
A trawa, jaka bujna,
Aż się prosi, by kosić.

Lato w butelki rozlane,
Na półkach słodem się burzy.
Zaraz korki wysadzi,
Już nie wytrzyma dłużej.

A tu uwiądem narasta
Winna jabłeczna pora.
Czerwienna, trawiasta, liściasta,
W szkle pękatego gąsiora.

Na gorącym kamieniu
Jaszczurka jeszcze siedzi .
Ziele, ziele wężowe
Wije się z gibkiej miedzi.

Siano suche i miodne
Wiatrem nad łąką stoi.
Westchnie, wonią powieje
I znów się uspokoi.

Obłoki leżą w stawie,
Jak płatki w szklance wody.
Laską pluskam ostrożnie,
Aby nie zmącić pogody.

Słońce głęboko weszło
W wodę, we mnie i w ziemię,
Wiatrem oczy przymyka.
Ciepłem przejęty drzemię.

środa, 08 sierpnia 2018
Co by tu jeszcze?

Mój zapał do wytwarzania różnych owocowych i warzywnych smakołyków na zimę jest wielki, jak zwykle w lecie. Każdego dnia robię i wynoszę do piwnicy przynajmniej kilka nowych słoiczków, które są dokładnie przeze mnie opisane. Opisuję przetwory, bo wolę przeczytać, co w którym jest zamknięte, niż się domyślać. Jutro rano zbiorę resztki ogórków z tych, co wysiałam wczesną wiosną i zrobię kilka słoiczków ogórków konserwowych. Ogórki z drugiego siewu już rosną. Mam nadzieję, że jeszcze będą trochę owocowały.

Na szafce leżą już kupione papryki, (14 sztuk) z których powstanie peperonata, a z dojrzewających pomidorów zrobię przecier. Bez własnego przecieru nie wyobrażam sobie gołąbków, ani zupy pomidorowej w zimie.

Dzięki temu, że córka przysyła mi z Bieszczad czystą pektynę bez żadnych dodatków, mogę robić przeróżne dżemy. I tych dżemów stoi już cały rząd na półkach. W ogrodzie mamy kilka drzewek i są własne owoce. Wystarczy wyjść do ogrodu i się rozejrzeć. Tu spadnie brzoskwinia, tam jabłko i już jest nowy słoiczek.

Zaczynają dojrzewać maliny. Z jednej strony bardzo się z tego cieszę. Z drugiej jednak wiem, że zbieranie co dwa, trzy dni owoców, to ciężka praca. Wiążę sobie kubełeczek przy pasie i spokojnie krzak za krzakiem obrywam owoce. Kubełek staje się coraz cięższy i zaczyna boleć kręgosłup. Dobrze, że mi mąż pomaga, bo malin jet sporo. Po powrocie do domu trzeba maliny szybko przerobić, bo to nie jest trwały owoc, więc następnych kilka godzin jest gotowanie ich, odlewanie soku, przecieranie owoców i robienie dżemu. 

I w ten sposób nie tylko przygotowuję się do zimy, ale przede wszystkim zajmuję sobie głowę przyziemnymi sprawami, aby nie myśleć o tym, co się dzieje w polityce. Wiem, że zachowuję się jak struś chowający głowę w piasek, ale trudno. Sama muszę zadbać o swoje zdrowie nie tylko fizyczne, ale też psychiczne. Tylko ciekawe, kto te wszystkie zapasy będzie jadł? Kiedy przyjeżdżają do nas dzieci i chcą pić, to nie proszą o sok z piwnicy tylko ten ze sklepu. Dzieciom i wnukom też wygodniej jest odwiedzić sklep, niż brać coś od nas. Ale mnie to wcale nie zniechęca do pracy.

 

 

01:02, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (23) »