RSS
piątek, 30 października 2015
Zaduszkowo i nastrojowo.

Dziś objechaliśmy pobliskie cmentarze. Ponieważ to jeszcze dwa dni przed Wszystkimi Świętymi, to ludzi na cmentarzach było dużo mniej, niż zwykle, gdy przyjeżdżaliśmy w same święto. Nie było spotykania rodziny, znajomych. Postawiliśmy kwiaty, zapaliliśmy znicze, modlitwa za Zmarłych i z powrotem. To bardzo smutne święto, mimo, że pogoda dopisywała. Tyle już bardzo bliskich mi osób odeszło z tego świata do krainy wiecznej szczęśliwości, jeśli taka istnieje. I gdyby można było się dowiedzieć, czy drogie nam osoby są tam gdzieś w przestworzach i czy są szczęśliwe. Ale życie po śmierci jest jedną wielką tajemnicą. Mrok śmierci oddziela nas całkowicie od tego, co dalej, jeśli to dalej jest.

Czasami sobie myślę, że dziecko w łonie matki nie wie, co jest tuż obok mimo, że od świata oddziela go tylko cienka ściana maminego brzucha. Ze światem spotyka się dopiero po przejściu na zewnątrz. I to przejście jest być może bardzo traumatyczne dla noworodka.  A może śmierć jest również takim przejściem do nieznanego, świata. Wiem, że jest to myślenie życzeniowe. Jakoś trudno mi pogodzić się z tym, że życie się kończy i że jest to już koniec wszystkiego.

Czytałam książkę Wieczna świadomość. Naukowa wizja "Życia po życiu" napisaną przez kardiologa dr-ra Pim van Lommela. Konsultacja medyczna wyd. polskiego lek. med. anestezjolog Tadeusz Wierzbicki. Książka ta daje nadzieję na wieczność świadomości.

Chwila ciszy i zadumy

22:31, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
Zaduszkowo i nastrojowo.

Dziś objechaliśmy pobliskie cmentarze. Ponieważ to jeszcze dwa dni przed Wszystkimi Świętymi, to ludzi na cmentarzach było dużo mniej, niż zwykle, gdy przyjeżdżaliśmy w same święto. Nie było spotykania rodziny, znajomych. Postawiliśmy kwiaty, zapaliliśmy znicze, modlitwa za Zmarłych i z powrotem. To bardzo smutne święto, mimo, że pogoda dopisywała. Tyle już bardzo bliskich mi osób odeszło z tego świata do krainy wiecznej szczęśliwości, jeśli taka istnieje. I gdyby można było się dowiedzieć, czy drogie nam osoby są tam gdzieś w przestworzach i czy są szczęśliwe. Ale życie po śmierci jest jedną wielką tajemnicą. Mrok śmierci oddziela nas całkowicie od tego, co dalej, jeśli to dalej jest.

Czasami sobie myślę, że dziecko w łonie matki nie wie, co jest tuż obok, mimo że od świata oddziela go tylko cienka ściana maminego brzucha. Ze światem spotyka się dopiero po przejściu na zewnątrz. I to przejście jest być może bardzo traumatyczne dla noworodka.  A może śmierć jest również takim przejściem do nieznanego, świata. Wiem, że jest to myślenie życzeniowe. Jakoś trudno mi pogodzić się z tym, że życie się kończy i że jest to już koniec wszystkiego.

Czytałam książkę Wieczna świadomość. Naukowa wizja "Życia po życiu" napisaną przez kardiologa dr-ra Pim van Lommela. Konsultacja medyczna wyd. polskiego lek. med. anestezjolog Tadeusz Wierzbicki. Książka ta daje nadzieję na wieczność świadomości.

A teraz chwila ciszy i zadumy.

22:16, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (8) »
czwartek, 29 października 2015
Malutkie kłopoty.

Nie pisałam już kilka dni. Wybory się zakończyły. Mamy nową partię, która doszła do władzy. Zobaczymy, pewno, wkrótce, co się zmieni dla zwykłego obywatela. Będę teraz bardzo uważnie patrzyła na to, co będzie się działo i słuchała.


Ostatnio miałam ciąg małych problemów. Zaczęło się od tego, że przejęta ogromnie rolą żywienia w diecie korzystnej dla pracy mózgu, przedobrzyłam z pestkami, orzeszkami i innymi produktami, które w małych ilościach i nie na raz, są zdrowe. Gdy jednak wypełniłam nimi żołądek dostałam dosyć silnej niestrawności. Tak więc jeszcze raz okazało się, że umiar potrzebny jest wszędzie. W diecie też. 

Zdążyłam jako tako dojść do siebie po moich eksperymentach kulinarnych, gdy zaczął mi źle działać komputer. Od razu przyszło mi do głowy, że został zainfekowany jakimiś wirusami i pojechałam z nim do punktu obsługi. Okazuje się, że miałam rację. Było podobno 6 wirusów zakłócających jego pracę.Komputer już działa. Problem został rozwiązany.

Gdy już szczęśliwa usiadłam do pracy przy oczyszczonym z wirusów komputerze nagle przełamały mi się na pół moje okulary do czytania. Problem dla mnie był bardzo duży. Wyglądało na to, że przez najbliższy czas nie będę mogła czytać. Wadę mam bardzo dużą, ponadto na jednym oku mam marszczącą się błonę, którą podobno w odpowiednim czasie trzeba będzie operować. Bez okularów ani rusz. Syn z mężem próbowali mi te okulary skleić, ale pokleili sobie tylko palce, a okulary skleić się nie dały. Całe szczęście, że syn wiedział, gdzie w Warszawie jest punkt naprawy okularów i dziś przed południem sprawa została załatwiona pozytywnie. Pan skleił je na gorąco, a w środek noska okularowego włożył dwa druciki dla wzmocnienia. Odetchnęłam z ulgą i właśnie mogę pisać.

Teraz będę mogła także nadrobić zaległości z komentowaniem wpisów w blogach.

20:37, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
sobota, 24 października 2015
Plany na przyszłość.

Jutro wybory. Idziemy z mężem zagłosować jeszcze przed południem. Nadzieja na to, że moi rodacy zachowają się przy urnach racjonalnie zaczyna gasnąć. Chciałabym, żeby zwyciężyła mądrość i rozwaga. Nie ma na to jednak zbytnich widoków. Ano, będzie jak ludzie zdecydują, nawet, gdy zdecydują głupio.


Pobyt w szpitalu bardzo mnie zmobilizował do działania. Na razie nie wiem, czy ta mobilizacja to będzie tak zwany słomiany ogień, czy też wytrwam w postanowieniu. Zobaczymy. Na razie mam szczere chęci. Poza tym trochę jestem zawzięciucha i jak mi na czymś zależy, to swojego dopnę. Jak choćby z nauką jazdy na rowerze trzykołowym. Wyglądało na to, że jazda na nowym rowerze przerasta moje możliwości, a już kawałek drogi, choć jeszcze niezbyt wielki, przejechałam na nim. A podobno ćwiczenie czyni mistrza, a początek jest zrobiony. Nie mam jeszcze pełnej diagnozy lekarskiej, ale zaczynam już myśleć, co zmienić w swoim porządku dnia, aby był czas na różne ćwiczenia tak fizyczne jak i umysłowe.

Moje plany:

1.   Rano wracam do elementów jogi (Takiej jogi dla zdrowia, ograniczonej do kilku ćwiczeń). Później spacer lub rower trzykołowy, a gdyby padał deszcz - rower treningowy, który mąż dostał w prezencie z okazji jakiejś uroczystości.

2.   Następnie ćwiczenie pamięci, uwagi i postrzegania. Mam potrzebne do tego książki, kupione już dawno. W ruch pójdą także różne Jolki, szyfrokrzyżówki, Sudoku, Wykreślanki i inne podsuwane mi już wcześniej przez zaprzyjaźnione osoby z blogu.

3.    Postaram się wrócić do ćwiczeń z metody Dennisona. Co prawda dawno tych ćwiczeń nie stosowałam, ale mam gdzieś schowane notatki, a chyba i książka jakaś się znajdzie.

4.    Wracam do moich ulubionych kiedyś zajęć, które polegały na porządkowaniu wiedzy z różnych działów języka polskiego. Będzie dużo myślenia, rysowania, kolorowania.

Na razie starczy. I tak trochę się rozpędziłam w tym planowaniu. Podejrzewam, że najtrudniej będzie mi wrócić do ćwiczeń fizycznych i do spacerów, gdyż trochę się zasiedziałam.

21:48, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (27) »
piątek, 23 października 2015
Relacja z pobytu w szpitalu.

Do szpitala pojechałam w niedzielę po południu. Zostałam zaprowadzona do dwuosobowej sali. Rozejrzałam się dokoła. Było czyściutko. Pościel bielutka. (Zawsze zastanawiałam się, jak taką pościel szpitalną dopierają. Przecież zdarzają się zakrwawienia i nie tylko, a krew zeprać jest bardzo trudno). Seledynowe ściany, słoneczne okna, umywalka, różne rodzaje oświetlenia i alarm przy każdym łóżku dopełniały całości.

Po kilku minutach na sąsiednie łóżko przyszła druga pacjentka. Gdy rodzina odprowadzająca ją wyszła, zostałyśmy same. I za kilka chwil zaczęło się. Pacjentka obok stała się bardzo pobudzona, zaniepokojona i zagubiona. Takie odniosłam wrażenie. Zaczęły się pytania: - Jak my tu się dostałyśmy? - Po co tu jesteśmy? - Co to za pustostan? I podobne. Próbowałam jej rzeczowo wyjaśniać, że jesteśmy w szpitalu, że będą nas tu badać, ale moje wyjaśnienia nie wiem, czy do niej trafiały, bo pytania powracały. Odnosiłam wrażenie, że jest wystraszona i że kontakt z rzeczywistością jej się urwał.  Na szczęście następnego dnia i kolejnych wracała do rzeczywistości i rozmawiałyśmy rzeczowo. Opowiadała o sobie i o rodzinie, a za chwilę znów odpływała w nieznane dla mnie i bardzo niepokojące dla niej.

Dowiedziałam się, że zaczęła się u niej demencja. Do tej pory wydawało mi się, że ludzie z demencją wycofują się do swojego wnętrza, ale nie sądziłam, że przeżywają takie męczące uczucia. Ja bardzo łatwo wchodzę w różne nastroje nie tylko własne, ale także cudze i bardzo się zaniepokoiłam, bo, jak mówią specjaliści, przypadłość ta może spotkać każdego z nas.

Na ogół z myśleniem i wypowiadaniem się nie mam kłopotów, ale w sali, gdzie byłyśmy tylko we dwie, zaczęłam odnosić wrażenie, że moje realne spojrzenie na rzeczywistość zaczyna być bardzo lekko, ale jednak przymglone. Nie miałam pewności, którego dnia, co się wydarzyło i jakie były badania, czy odwiedziny. Musiałam sobie liczyć dni i przyporządkowywać do nich wydarzenia. Było to dla mnie niepokojące. Być może w domu jest podobnie z takim porządkowaniem świata, ale w domu to przypisuje się pospiechowi, roztargnieniu, a tam w szpitalu, miało od razu zapach, kształt i kolor jakichś zaburzeń. Gdyby oprócz nas dwóch w sali była jeszcze jakaś inna osoba bez demencji, z którą można byłoby w każdej chwili sensownie porozmawiać, to być może i ja nie miałabym takich odczuć.

Z pobytu w szpitalu wyniosłam wiedzę, że do tej pory o demencji nie wiedziałam nic kompletnie. A poza tym zrozumiałam, że trzeba ćwiczyć mózg na wszelkie możliwe sposoby, a i tak pewno będzie to, co nam los przyniesie.

I tym niezbyt dziś optymistycznym spojrzeniem na świat i jego nieprzewidywalność kończę dzisiejszy wpis.

 

22:33, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (28) »
czwartek, 22 października 2015
Już jestem w domu.

Właśnie wróciłam do domu. Teraz muszę trochę odpocząć, poukładać sobie wrażenia w głowie i wtedy napiszę, jak było. W dwóch słowach nie da się nakreślić tych kilku dni, bo szpital to nie dom. Wyjeżdżałam na badania z przekonaniem, że będę się czuła trochę jak w sanatorium lub na jakimś relaksacyjnym wyjeździe. Nauka dotarła do mnie z zupełnie nieoczekiwanej strony i w nieoczekiwany sposób. Do tej zamierzonej relacji muszę jednak trochę nabrać dystansu, żeby nie napisać głupot, a tylko to, co było dla mnie istotne.

Ponieważ zawsze wycisza mnie muzyka, to włączam przepiękną muzykę Zamfira i wszystko odpływa, a pozostaje piękno melodii i nastrój.

Wpis będzie jutro.

20:28, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (15) »
sobota, 17 października 2015
Sobota.

Jutro jadę do szpitala na badania. Kazano mi sobie zarezerwować 5 dni. (A może będzie krócej?) Przez ten czas nie będę pisała na blogu, bo nie będzie jak. Komputer pozostaje na biurku w pokoju, a tablet jest jeszcze u wnuka. Z jednej strony cieszę się, że będę miała porobione badania, na wykonanie których poza szpitalem musiałabym bardzo długo czekać. Z drugiej strony nie chce mi się wyjeżdżać z domu, pozostawiać codzienne zwykłe życie, które co prawda jest monotonne, bez żadnych fajerwerków, ale właśnie przed samym wyjazdem odkrywam jego urodę i wygodę. Człowiek sam tworzy swoje własne szczęście. Podobno.

Za oknem szaro, buro i deszczowo. Ot jesień. I to nie ta złota piękna, bo mróz który nagle wyskoczył którejś nocy zwarzył liście na drzewach i krzewach i wiszą brązowe.

11:06, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (33) »
środa, 14 października 2015
Nareszcie....

Już od dłuższego czasu agresja, manipulacja i zwykłe chamstwo w dyskusjach polityków i nie tylko, to codzienność. Nie jestem w stanie takich dyskusji słuchać. Zwykle przełączałam program lub wyłączałam telewizor. Aż dziś znalazłam głos dziennikarki w tej sprawie w na Temat. Jestem pod wrażeniem rzeczowości i odwagi pani Elizy Michalik, która w artykule pod tytułem "Przemysł pogardy? Raczej zastraszania" wyraża swoją opinię. Artykuł przeczytałam z uczuciem, że wreszcie padły słowa, które już dawno powinny paść. Wszystkich zainteresowanych wypowiedzią odsyłam do artykułu  pani Elizy zamieszczonego w portalu na Temat" A oto krótki fragment. "A może przystaniemy na chwilę, my społeczeństwo i pomyślmy, na co właściwie pozwalamy? Dokąd nas przyzwolenie na tę pogardę i agresję zaprowadzi i jak się dla nas skończy? Co będziemy mieli z siedzenia cicho?" Cały artykuł, moim zdaniem jest świetnie napisany. Dawno nie czytałam tak mądrej i ciekawej wypowiedzi. Może ta wypowiedź będzie jaskółką, która przynosi wiosnę.


A teraz wracam do mojej jazdy na rowerze. Dziś przejechałam bez kłopotu jakieś 200 metrów do koleżanki drogą, którą uczęszczają także inne pojazdy. Pochwaliłam się koleżance i wróciłam rowerem do domu robiąc zakręt w naszą uliczkę. Czyli w sumie przejechałam jakieś 400 metrów. Wiem. Nie jest to dużo, ale nie od razu Kraków zbudowano. Ważne, że rower mnie słuchał i że dziś już ani ręce, ani nogi mi się nie trzęsły, gdy zsiadłam z siodełka. Zaczyna mi się podobać jazda trójkołowcem. Jeszcze sporo ćwiczeń przede mną, ale początek jest zrobiony. Trochę zbyt późno dostałam ten rower. Robi się zimno i mokro, czyli nie są to najlepsze warunki do jazdy. Może jeszcze złapię kilka pogodnych dni, a może trzeba będzie czekać do wiosny? Zobaczymy.

23:07, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
wtorek, 13 października 2015
Zimno, ciemno i mokro.

Godzina 21, a na dworze już ciemna noc. Lubię, gdy dnia przybywa, a nie ubywa. Wszelkiego rodzaju szarości i ciemne odcienie są dobrze widziane w eleganckich kreacjach, a nie poza oknami. No ale trudno. Trzeba ten okres zasypiania i stagnacji jakoś przetrwać. Co lubię teraz? Lubie zaszyć się w ciepełku, pod kołdrą z termoforem w nogach. Toteż posypiam sobie nawet w dzień, jak przystało starszym paniom. W tym posypianiu towarzyszy mi często koteczka rozpuszczona jak dziadowski bicz. Jej nawet do łebka nie przyjdzie, że mogłaby dostać kapciem w dupę za np. rozsypywanie suchej karmy, albo za polowanie na ptaszki. Zresztą ptaki świetnie radzą sobie z kotką i jej łowczym instynktem. Z psem jest już kocia zgoda. Tak, że mamy całe fruwające, skaczące i biegające towarzystwo na działce, które jakoś potrafi sobie zapewnić i wyżywienie i bezpieczeństwo bez naszej ingerencji.

W niedzielę mam się zgłosić do szpitala na badania. Będą mnie badali w związku z trzęsącą się prawą ręką. (Zupa mi się z łyżki wylewa). Było podejrzenie o chorobę Parkinsona i lekarze będą chcieli to albo wykluczyć, albo potwierdzić i zacząć leczenie. Ja podchodzę do tego bez emocji. Będzie, co będzie. Co tu się napinać. Nie chciałabym tylko, żeby robili mi jakieś zastrzyki, bo się ich boję. Kazano mi sobie zarezerwować około pięciu dni. Mam nadzieję, że zdążę na wybory. Zawsze chodzę, a w tym roku jest szczególna sytuacja. Mogą nastąpić bardzo duże zmiany i ja jako obywatelka tego kraju też swoim głosem będę się starała wesprzeć zdrowy rozsądek i stabilność.  Liczę na to, że nasi rodacy pójdą po rozum do głowy i nie pozwolą dojść do władzy ludziom nieprzewidywalnym, ale pewności żadnej nie ma.

Rower na razie przykryty folią czeka na lepszą pogodę. Jeżdżenia nie ma. Tego by tylko brakowało, żeby się teraz zaziębić i zachorować. Puk,puk, puk - odpukuję w niemalowane jako osoba racjonalnie myśląca i nie poddająca się żadnym gusłom, ani czarom.

21:42, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »
niedziela, 11 października 2015
Emocji wiele, a wyniki na razie jeszcze mizerniutkie.

Lecę pędem do komputera, żeby się pochwalić.

Przejechałam dziś na rowerze trzykołowym jakieś 120 metrów. Kierowałam ręcznie i kręciłam pedałami. A było to tak. Fusila poradziła mi, żeby z rowerem po przyjacielsku porozmawiać, że przedmioty też to czują. - Co mi szkodzi - pomyślałam - Nie takie dziwne rzeczy w życiu robiłam -. Do tego jeżdżenia zabierałam się ostatnio jak pies do jeża. A to rośliny do domu wstawiałam i dobrze, bo już by zmarzły na dworze. A to kaszankę, paszteciki i ciasto piekłam. Robiłam wszystko, byle tylko nie podchodzić do roweru. Dziś myślę sobie: - trudno. W końcu trzeba się zdobyć na odwagę.

Wyprowadziłam rower na ulicę asfaltową i dosyć szeroką. Ponieważ wiał silny wiatr, podprowadziłam pojazd do końca ulicy i odwróciłam go, przemawiając do niego po przyjacielsku: - Rowerku! Chcę, żebyś był moim przyjacielem! Jedź spokojnie i pozwól mi kierować kierownicą i kręcić pedałami. - Mam nadzieję, że nikt tego mojego monologu nie słyszał, bo dopiero by było. Ludzi na podwórkach nie było widać, a ja mówiłam cicho, więc mam nadzieję, że za wariatkę robić nie będę. Siodełko opuściłam mocno, tak, że nogami sięgam ziemi, a jednocześnie trochę wyżej niż w pierwotnym ustawieniu, aby nogi zmieściły mi się na pedałach. Zapamiętałam, co ostatnio napisała Centrumperspektywa o pokonywaniu trudności Postarałam się ogarnąć wszystko swoim mózgiem. - Hamulec jest i w pedale i ręczny - kodowałam w głowie. - Ręczny jest natychmiast, gdy nacisnę. Po zahamowaniu nie spadnę z roweru, bo mam dwa koła pod tyłkiem. -

Ruszyłam. Wiatr wiał mi w plecy, a ja kierowałam rower kierownicą i kręciłam pedałami. Przy naszej działce zahamowałam, pamiętając, że nie muszę zeskakiwać, bo siedząc na siodełku też nie mogę spaść.

Jeszcze jedna rundka i do domu. Dosyć na dzisiaj. Nie ma co szaleć zbyt mocno. I tak zeszłam z roweru na trzęsących się nogach z trzęsącymi się rękami i z bólem pleców z nerwów. Starczy. Trzeba sobie dawkować emocje. Ważne, że pierwszy krok zrobiony. Łatwiej będzie o następny.

A jak jazdę dobrze opanuję, to i Wam, moi mili Czytelnicy, przestanę głowę zawracać swoimi problemami z jazdą.

Miłego dnia.

13:22, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (27) »
 
1 , 2