RSS
niedziela, 24 czerwca 2018
Moje królestwo.

Dziś postaram się pokazać różne rośliny, które rosną na działce i o które dbam. Wstawię także kilka zdjęć pokazujących kwiaty na tarasie.    

To są moje pomidory. Dziś je opryskałam ekologicznym środkiem ochrony roślin. 

To maliny rosnące pod orzechem włoskim. Z tyłu są winogrona.

Borówka amerykańska.

Kiwi drobnoowocowe, czyli akinidia.

Surfinie na tarasie.

Paproć na tarasie.


Lubię swój ogródek. Każdą wolną chwilę w nim spędzam. W tym roku już jedliśmy swoje ogórki. Urosły z trzech kupionych sadzonek. Owocują też cukinie. Wczoraj zrobiłam z dwóch pasztet. W smaku jest trochę dziwny, ale z keczupem można go zjeść.

Taras - to osobny rozdział. Tu królują kwiaty i drzewka.

Pracy przy roślinach jest bardzo dużo, ale jest to zajęcie na świeżym powietrzu.

20:39, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (28) »
piątek, 22 czerwca 2018
Już wiem ....

Dzięki pomocy mojego ciotecznego brata już potrafię wstawiać zdjęcia nie w pozycji leżącej, a ustawione w pionie.

                            WOJTUSIU! Bardzo Ci dziękuję.

Teraz będą już teksty ze zdjęciami.

Ten wpis będzie króciutki, bo idę polewać uprawy w ogródku. Wczoraj po upalnym dniu nagle światło zostało wyłączone, drzewa zaczęły tańczyć wokół własnej osi, zerwała się zawierucha i wychodzenie na ogród było niebezpieczne. Pomyślałam, że podlewanie zrobię następnego dnia rano, a dziś zaspałam i spragnione rośliny czekają na wodę.

Idę je podlać. Następny wpis postaram się zrobić jutro.

15:35, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (13) »
środa, 20 czerwca 2018
Ale lato. Syrop z lipy.

Dawno tak nie cieszyło mnie lato, jak obecne. Upałów wciąż nie znoszę, ale radzę sobie jak mogę, żeby go nie zmarnować, a wykorzystać do ostatniego dnia. Po pierwsze - kapelusz na głowie. Ten kapelusz mam prawie do głowy przytwierdzony. Nie zastanawiam się już nad tym czy go lubię, czy nie. Po prostu go noszę. Nawet na chwilę nie wychodzę na słońce z gołą głową. Gdy jadę do Warszawy i ma być upał, to zabieram z sobą wodę, tak do picia, jak i do moczenia kapelusza. Po drugie do chodzenia wybieram miejsca zacienione. Ponieważ upały są ostatnio dosyć uciążliwe rozważam, czy nie zabierać z sobą aparatu do mierzenia ciśnienia i leku captopril, gdyby trzeba było ciśnienie obniżyć.

Do ubiegłego roku starałam się unikać rozgrzanych słońcem ulic, teraz kombinuję jak sobie radzić na tych rozgrzanych ulicach. I chyba w tej zmianie pomaga mi praca w ogródku. To tu właśnie dzielnie walczę sama z sobą. I ta walka przynosi mi sporo zadowolenia. Bo to znowu ja decyduję o tym, co robię i kiedy, a nie pogoda, do której starałam się ostatnio dostosowywać.


 

Teraz o syropie lipowym.

Z uzbieranego przeze mnie i przez mamę mojego zięcia kwiatu lipy część odłożyłam do ususzenia, a z reszty postanowiłam zrobić syrop według przepisu znalezionego w internecie.

Do litra wody dodałam 1 kg. cukru, wkroiłam jedną dokładnie umytą i pokrojoną ze skórką cytrynę i całość zagotowałam. Tym syropem zalałam kwiat lipy (jakieś 30 dkg) i odstawiłam do wystudzenia. Później wstawiłam całość do lodówki na 48 godzin. Po tym czasie odcisnęłam lipę i przecedziłam syrop. Wyszło 4 małe słoiczki syropu + 4 słoiczki nalanej i zagotowanej ze słodkim kwiatem wody i 3 duże słoiki popłuczek końcowych. Te popłuczki są całkiem smaczne i nadają się do picia np. w upalny dzień.

Na razie nie potrafię wstawić zdjęć ustawionych w pionie, więc będą leżały. Trudno..

 

20:39, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (11) »
sobota, 16 czerwca 2018
Kwiat lipy i inne zioła.

Siedzę i myślę, co tu dziś napisać.  Nic mi się nie klei. Jestem tak skoncentrowana na zajęciach dnia codziennego, że trudno jest mi nawet lekko wychylić się poza nie. Gwoździem dzisiejszego programu było zbieranie kwiatów lipy. Obie z matką mojego zięcia znalazłyśmy wysokie drzewo z gałęziami sięgającymi ziemi i obsypane od góry do dołu wonnymi lipowymi kwiatami. Rozsiadłyśmy się obie na stołeczkach obok tego drzewa i oberwałyśmy taką ilość kwiatów, że po przyjściu do domu na dwóch dużych prześcieradłach rozłożonych na podłodze utworzyła się z nich gruba warstwa. Nie wiem, po co mi tyle tego ziela?  Jest to zapas, który starczy nam na kilka lat.

Na razie zaparło mi się ustawianie zdjęć w pionie. Trudno. Lipa będzie leżała. Gdyby tak było w realu, to dopiero można byłoby narwać kwiatu. Próbuję zrobić syrop z lipy. Znalazłam przepis. Zgodnie z poleceniem kwiat lipy został zalany wrzącym syropem, a teraz stoi już w lodówce. W poniedziałek będę go odcedzać przez sito, a później przez gazę, żeby nie było w nim drobinek kwiatu. Podobno jest lepszy przy przeziębieniach od herbatki lipowej i do tego jest smaczny.

A w ogrodzie czeka melisa, pokrzywa i mięta.

23:53, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (21) »
sobota, 09 czerwca 2018
Próba.

Nowy dzień. Siedzę i myślę. Boję się wyjść na dwór, bo jest upał. Czekam z niecierpliwością na lekkie ochłodzenie. W takim czasie nic nie chce mi się robić, choć robota na mnie czeka.

Po pierwsze trzeba zemleć przygotowane mięso z indyka. I z tym jest najmniejszy problem. Druga sprawa to trzeba to mięso doprawić i napchać w kupione gotowe jelita. Tylko rzecz polega na tym, że nie wiem, jak sobie z tym poradzę. Idę do kuchni. Po powrocie napiszę, co mi wyszło. Tak nawiasem mówiąc, kiełbas nigdy nie robiłam i może się okazać, że stworzę nowy, rewelacyjny przepis, albo mój wyrób trafi do psiej miski. I żeby tylko psy się nie pochorowały od moich specjałów.


No więc kiełbasę trzeba będzie jutro upiec w piekarniku, ale na moje oko, nie będzie to żaden rarytas. Na razie z resztek masy mięsnej zrobiłam kilka małych kotlecików. Nie są złe, ale jadłam lepsze. A mojemu mężowi skoczył po nich cukier, choć cukru w nich nie ma ani grama.

Co we mnie siedzi za diabeł z ogonem, że nie wystarcza mi to, co umiem i co robię od dawna, tylko ciągle próbuję czegoś nowego. Zwykle wychodzi klapa, ale wcale mnie to nie zraża. Zbieram nowe doświadczenia.

22:20, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (20) »
środa, 06 czerwca 2018
Pytanie.

Dziś zadałam sobie pytanie: Od czego zależy szczęście człowieka? To pytanie nie oznacza, że tego szczęścia szukam. Wprost przeciwnie. Czuję się szczęśliwa. Chce mi się żyć i robić to, co właśnie robię. OGRÓDEK I UPRAWY - na tym jestem obecnie skoncentrowana. Wstaję i jeszcze dobrze się nie ubiorę i już lecę do ogródka, patrzę, jak wszystko rośnie. Zastanawiam się, gdzie dziś trzeba wziąć się za pielenie, a gdzie za dosadzanie. I nie idę, nie biegnę, tylko lecę. Jeszcze jestem fizycznie w domu, a mentalnie już na działce. Ta działka to dla mnie jak narkotyk. Co prawda narkotyków nigdy nie brałam, ale wyobrażam sobie, że jest to podobne odczucie. Paznokcie mam połamane, ręce i nogi brudne i trudne do domycia, a ja czuję się jak skowronek. Ale co tam paznokcie. W piątek idę do kosmetyczki, niech ona się martwi, co z nimi zrobić. Pewno przez całe lato bym o nie nie zadbała, ale we wtorek jadę na rehabilitację i trzeba dłonie i stopy doprowadzić do porządku.


Jutro jadę na drugie badanie u pani psycholog. Przy okazji postaram się oddać do biblioteki książki. W bibliotece raz w tygodniu odbywają się spotkania, na których kilkunastu zebranych czytelników dyskutuje na temat wybranej na ten dzień książki. Już lepiej i szybciej chodzę i myślę, że dołączę do nich.


Na koniec zdjęcie, ale leżące. Myślę, że lepsze takie niż żadne. I tak mogę je wstawiać  dzięki pomocy mojego wnuka. Sama jestem przysłowiową komputerową nogą. Wcześniej męczył się, aby wyjaśnić mi różne moje problemy komputerowe mój brat cioteczny, ale ja okazałam się mało kumata. Niestety zdjęcia nie będzie. Coś dziwnego porobiło się z komputerem.

22:03, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 04 czerwca 2018
Badanie i nie tylko.

Dziś miałam pierwsze spotkanie z panią psycholog, która badała mi pamięć. Pokazywała mi kartki z kilkoma różnymi figurami  geometrycznymi, a później ja miałam je narysować z pamięci. Miałam kilka wpadek, ale ogólnie chyba badanie nieźle mi wyszło. Oczywiście, zapytałam jaki jest wynik i dowiedziałam się, że otępienia nie mam. Ufff! Odetchnęłam z ulgą. Otępienie występuje w chorobie Alzheimera, więc ta choroba mi nie grozi. Przynajmniej na razie.

Owoce borówki kamczackiej zostały oberwane. Czas był już najwyższy, bo owoce zaczynały opadać. Dodałam do nich truskawek z naszej działki, ksylitolu i wyszedł pyszny sok i osobno owoce w soku. Razem jest dwanaście słoiczków po majonezie. Do wszelkich wypieków, kompotów i przetworów używam wyłącznie ksylitolu fińskiego, bo mam męża cukrzyka.

Rośliny w ogrodzie rosną jak oszalałe. Jeszcze kilka dni i być może będę zbierała pierwsze ogórki. Korci mnie jeszcze, aby kupić grzybnię opieńki miodowej. Miałabym grzyby w zasięgu ręki. Do lasu na grzyby nie chodzę. Co prawda las jest jakieś 200 metrów od naszego domu, ale ja nie umiem grzybów szukać. Nie wiem jakie stanowiska lubi jaki ich gatunek. A poza tym mam bardzo dużą wadę wzroku i do tej pory najczęściej znajdowałam jakieś pojedynce sztuki, gdy kucałam za krzaczkiem  z wiadomych powodów.  

23:52, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
sobota, 02 czerwca 2018
?

Ale dziś była robota. Rozmrażanie lodówki z przeglądaniem wszystkich dat na opakowaniach. W efekcie tego sprzątania lodówka stała się jakaś bardziej pojemna. Nic dziwnego, bo wywaliłam z niej starocie stojące w niej od dosyć dawna, trochę opakowań ustawiłam inaczej. Mąż z kubłem ze śmieciami leciał kilka razy do pojemnika. Ale jest porządek. A ja spocona jak mysz w połogu po załadowaniu zmywarki uciekłam do swojego pokoju, żeby nie przyszła mi przypadkiem do głowy  myśl, że dobrze byłoby teraz sprzątnąć całą kuchnię.

          

To jest moja sałata rosnąca w doniczce na tarasie. W tym roku rośnie mi wszystko jak na drożdżach.  Pomidory sama wyhodowałam z nasionek, a dziś są już dużymi krzakami. W najbliższym czasie trzeba je będzie przywiązać do palików. Jutro postaram się przesadzić pomidorki koktajlowe, które wyrosły same. Dojrzałe owoce opadają na ziemię i w następnym roku wyrastają nowe sadzonki. Z tych pomidorków jestem bardzo zadowolona. Nie są kłopotliwe w uprawie, a stanowią smaczną przekąskę, i ładnie wyglądają na talerzu.

No i jest godz. 22,30. Czas pakować się do łóżka. Jutro może będzie trochę chłodniej, to zbiorę borówkę kamczacką.

22:24, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (17) »
piątek, 01 czerwca 2018
Nałogi.

Po dzisiejszym dniu i wieczornej pracy na działce jestem zmęczona i senna. Ta praca to następny nałóg. Wpadłam w niego jak śliwka w kompot. I nie dosyć, że się napracuję, że komary i meszki mają  na mnie używanie, to jeszcze jestem zadowolona. Czy ja nie mogę się po prostu cieszyć z tego, że jest dzień, albo noc i że mając swoje lata jestem jeszcze pełna energii i chęci do pracy? Ale same te chęci mogłyby wystarczyć. Ale nie. Ja zrywam się rano, kiedy jeszcze jest chłodno i lecę do ogródka. Wieczorem też idę do ogródka bo trzeba uprawy podlać.

Każda kolejna praca na którą się rzucam z zapałem nie jest wykonywana na pół gwizdka. Jak w coś włażę to na całego. Raz to dotyczy robienia zapasów na zimę, innym razem pracy w ziemi, a jeszcze kiedy indziej kombinowania jak poukładać na wykresie różne hasła gramatyczne, albo inne. I wtedy cała moja koncentracja jest skierowana w jedną stronę. A cała reszta, czyli sprzątanie, pranie i inne prace domowe leżą odłogiem.

No cóż. Trudno. Tak po prostu mam. A może to dobrze? Sama nie wiem.

00:38, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »
wtorek, 29 maja 2018
Z trudem udało mi się tekst wysłać do bloga.

Co się dzieje z bloxem? Dziś kilka razy pisałam, a tekst uciekał. Chwilami nie mam już cierpliwości.

Dzisiejszy wyjazd na rehabilitację przemyślałam wcześniej. Starałam się przewidzieć wszystkie czyhające zagrożenia. Na wszelki wypadek zabrałam mały ręcznik, aby w razie upału zmoczyć włosy chłodną wodą i lekko wytarte schować pod słomkowym kapeluszem z szerokim rondem. Ale nie było takiej potrzeby. Był upał, ale znośny. Większy był mój strach, niż czające się niebezpieczeństwo.
No i dzisiaj pan Jurek najpierw mnie słusznie opitolił, że nie ćwiczę i wziął się za mnie, czyli pokazał, co mam robić na dużej piłce. Ćwiczenia raptem cztery, czyli można byłoby przypuszczać, że to tzw. drobiazg. A efekt tych ćwiczeń jest taki, że teraz, gdy już siedzę w domu, czuję się jakby po mnie przejechał jakiś ciężki pojazd. Jestem rozwalona na kawałki. Z trudem się ruszam. A do domu wracałam w spódnicy przewróconej na lewą stronę, ze szwami na wierzchu. Tak paradowałam przez kawał Warszawy i mojej miejscowości, nie licząc pociągu.

Hymne a I amour - Andre Rieu.

19:25, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »