RSS
sobota, 05 sierpnia 2017
Poezja miłosna.

Utarło się, że babcie mówią i piszą o trudach życia, o zdrowiu, o wnukach i prawnukach, a raczej omijają już tematy związane z miłością zmysłową. 

Bardzo lubię poezję i tak się składa, że piękne wiersze naszych poetów o miłości wciąż chętnie czytam. A oto dwa z nich.

 
Ile razem dróg przebytych?

Ile razem dróg przebytych?
Ile ścieżek przedeptanych?
Ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami?

Ile listów, ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór, żeby powstać
i znów iść, i dojść do celu.

Ile w trudzie nieustannym
wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?

Ile lat nad strof stworzeniem?
Ile krzyku w poematy?
Ile chwil przy Beethovenie?
Przy Corellim? Przy Scarlattim?

Twe oczy jak piękne świece,
a w sercu źródło promienia.
Więc ja chciałbym twoje serce
ocalić od zapomnienia. Konstanty Ildefons Gałczyński
 

 

 
O zmierzchu

Słońce zgasło. O, jakże zwinne są i młode
Zmierzchy czerwca, nim w północ głuchą się przesilą!
Po wargach twoich dłonią, kształt czującą, wiodę,
Jak po koralach, morzu wydartych przed chwilą...

Spleć stopy, przymknij oczy - i nazwij to cudem,
Żeśmy razem, dalecy od dziennego znoju!
Jakże łatwo zwiać szczęście, z takim oto trudem
Rozniecone w ciemnościach twojego pokoju!

Łatwiej, niż rozpleść złotą warkocza zawiłość,
Niepojętą dla zmierzchów, co zgadnąć nie mogą,
Czemu te słowa: cisza i wieczór i miłość -
Napełniają mi serce zabobonną trwogą?...

Czemu ciebie. poległą snem na mej rozpaczy,
Pieszczę tak. jakby w szczęścia przepychu dostatnim
Każdy mój pocałunek miał być już - ostatnim...
Słońce zgasło... O, błagam, nie całuj inaczej !... Bolesław Leśmian

Te bardzo gorące, ale też i piękne Jak Klara Tuwima, czy wiersz Tetmajera rozpoczynający się od słów: Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu... pomijam, żeby nie wyglądało, że jestem erotomanką.

00:22, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
czwartek, 03 sierpnia 2017
Nadzieja...

                  

Dzisiejsza grafika jest z zaszyfrowanym (nieudolnie) przekazem. Jest jasne słonko ze wschodu przesuwające się na zachód. Co prawda na zachodniej stronie nieba jest szara chmurka, ale z niej spadła już pierwsza kropla, a za nią spadają następne do pięknej błękitnej wody. Już ta pierwsza kropla jest orzeźwiająca, niosąca nadzieję. Pozostałe tę nadzieję wzmacniają.


Dziś rano po raz pierwszy od 12 lat stanęłam boso na podłodze na całej stopie włączając w to także palce od wielkiego aż po mały. Ktoś mógłby powiedzieć: - Też mi rewelacja. Przecież tak się normalnie staje i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. I to jest prawda. Tylko ta prawda nie była do tej pory dla wszystkich. Mnie nie obejmowała. Ja stawałam na stopie od pięty do palców. Palce były podkurczone i darły podłoże. Nacisk tych palców na podłoże był tak duży, że w każdym obuwiu odrywałam palcami wyściółki. Toteż pace i paznokcie były ciągle w stanie zapalnym.

W takiej sytuacji o najmniejszym choćby komforcie chodzenia nie mogło być mowy. Musiałam używać podkładek unoszących palce do góry. To trochę łagodziło dolegliwości, ale ich nie usuwało. I nagle zaczyna być inaczej. Dla mnie to jest cud od Opatrzności. Do tego cudu, oczywiście, przyłożył się solidnie pan Jurek - terapeuta. Bez jego pracy i zadanych mi ćwiczeń o takim cudzie mogłabym tylko pomarzyć.

Na razie boję się nawet głębiej odetchnąć, żeby nie zapeszyć. Ale nadzieja już we mnie zagościła na dobre. Bo jak mogę stanąć przez chwilę na całej stopie, to być może będę mogła całej stopy używać dłużej, a być może będę na niej mogła normalnie chodzić.

Przepraszam, że znowu o nogach piszę, ale od 12-tu lat żyję nadzieją, że jeszcze będzie dobrze i wkładam tak dużo wysiłku w to, żeby  nadzieję urzeczywistnić, że rozgrzeszam się z publikowanej treści.

Radość. I wesoła, pełna ekspresji melodia, czyli don Wasyl i zespół Roma.

10:46, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (8) »
wtorek, 01 sierpnia 2017
Jutro ma być chłodniej.

              

Ta woda w grafice jest na ochłodę. Za chwilkę idę podlewać truskawki, maliny i poziomki na działce. Wyglądało na to, że nie będzie w tym roku malin, a tu nagle urosły, kwitną i nawet pokazują się już owoce. Dobrze, bo chłopcy jedzą omlet tylko z sokiem malinowym. Ponieważ nie spodziewałam się zbiorów, więc kupiłam cztery pojemniczki malin i zrobiłam sok, ale to zbyt mała ilość na całą zimę. W tym roku nie zamierzałam nic robić, żadnych słoików napełniać, a tymczasem już około 50 małych słoiczków dostawiłam na półki w piwnicy. Pakowałam prawie same resztki i to, co urosło na działce. Zostało trochę truskawek, zerwałam porzeczki z krzaków i trochę agrestu, kupiłam trochę moreli i brzoskwiń, bo były tanie i w ten sposób uzbierało się nowych zapasów. Dostałam trzy cukinie. Już dokupiłam papryki, pomidorów, cebuli i jutro zrobię leczo na zimę.

A moja gimnastyka leży. Co prawda staję koło ściany i próbuję poczuć ją całym kręgosłupem, ale z ćwiczeniem nóg jest problem. Szukam jakiegoś kołka na działce, żeby nakładać na niego związaną gumę. Można byłoby gumę zawiązać na pniu drzewa, ale w takim razie przed każdym ćwiczeniem trzeba byłoby gumę wiązać i później rozwiązywać. To jest guma szeroka i takie wiązanie nie byłoby wygodne. Jest duże prawdopodobieństwo, że wymyślam przeszkody, bo nie chce mi się ćwiczyć.

Limalight.

23:24, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 31 lipca 2017
Nawet myśleć trudno.

Wokół jest upał. trudno się skoncentrować na choćby jednej myśli. Od takiej pogody wolę już tę która właśnie się skończyła, czyli ochłodzenie, deszcze i burze. Nawet w domu trudno wysiedzieć w tej duchocie. Jedyne, czego teraz potrzebuję, to chłodny prysznic i łóżko.

21:13, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
środa, 26 lipca 2017
Ćwicz, ćwicz Marysiu!

We wtorek, jak zwykle, byłam w Warszawie na rehabilitacji. Tym razem pan rehabilitant kazał mi założyć spodenki i poszliśmy na duży materac, na którym dostałam wycisk. Przez ponad godzinę ćwiczyłam nogi  - ich siłę i prawidłowe ustawienie. W zasadzie ćwiczenia nie były jakieś szczególnie trudne. Nic nadzwyczajnego, a ze mnie lał się pot. Każdy włos na głowie miałam mokry. Okazało się, że nieprawidłowo stawiałam stopy, a do tego lekko pochyliła się do przodu moja sylwetka. No i się zaczęło.

Uczyłam się chodu jak małe dziecko i w czasie tej nauki myślałam sobie, że dziecku lepiej ta nauka idzie, niż mnie. Dziecko się uczy czegoś nowego. Ja ze swoimi starymi 12-letnimi nawykami muszę się najpierw tych nawyków pozbyć, a na ich miejsce wprowadzić poprawne stawianie stóp. Tymczasem nawyki są drugą naturą człowieka i wcale nie jest łatwo się z nimi rozstać. Moją naukę nagrywała telefonem pani pracująca w rejestracji tak, żebym mogła później zobaczyć, jak prawidłowo wszystkie ruchy wykonywać. I przy okazji zobaczyłam w domu nie tylko moje ćwiczenia, ale i swoją sylwetkę. Okazuje się, że jestem grubą babą i tym odkryciem jestem załamana. Dobrze, że dziś dowiedziałam się, że jedzenie ostrej papryki odchudza i to w stosunkowo krótkim czasie. Spróbuję ją wykorzystać.

Co mam na razie zmienić? Przy wyprostowanej stojącej pozycji mam lekko podwijać pod siebie miednicę, jak pies ogon. Najpierw robiłam to przy ścianie, (pod okiem pana Jurka) starając się, aby cały odcinek kręgosłupa do tej ściany przylegał. W takiej pozycji ćwiczyłam też mięśnie nóg rozciągając udami obciążoną linę. Pan rehabilitant kazał mi stopy delikatnie przechylać do środka i w takiej pozycji ćwiczyć. Dostałam też pracę do domu. Mam ćwiczyć każdego dnia. Już się zastanawiam do czego uczepić gumę i i jak ją uwiązać. Ściany w domu mam, więc jest przy czym ćwiczyć dociskanie kręgosłupa. Jutro jadę do miasta po gumę treningową. Tak, że Marysiu kochana! Nie leń się tylko ćwicz.

Poza tym pan rehabilitant powiedział, że w czasie długiego siedzenia przyklejają się powięzie i że trzeba chodzić, nawet wtedy, gdy to chodzenie nie jest komfortowe.

Po wyjściu od pana rehabilitanta lepiej szłam i do tego bez kijków. Ostatnio ich nie używam. Poćwiczę z tydzień i spróbuję przejść się do sklepów po to, aby zobaczyć, czy taki odcinek drogi będę mogła samodzielnie bez podpieraczy pokonać. Jeszcze ze dwa - trzy tygodnie temu tę samą drogę pokonałam z dwoma przystankami i odpoczynkiem, bo bardzo bolały mnie nogi i biodro. Rehabilitacja idzie w dobrą stronę tylko wolno.

Na pocieszenie, że trzeba rozpocząć ostrą pracę w domu, nad własną kondycją i dla dodania sobie energii skoczna melodia w wykonaniu don Wasyla i Zespołu Roma. Już kiedyś ten utwór wstawiałam do bloga, ale dziś też tu pasuje.



22:43, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (22) »
czwartek, 20 lipca 2017
Rozdwojenie.

Staram się nie pisać o polityce i to nie dlatego, że ona mnie nie interesuje, ale dlatego, że wywołuje we mnie bardzo silne negatywne uczucia. Zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że wielomilionowy naród praktycznie nie ma nic do powiedzenia, oprócz protestów, w sprawach najwyższej wagi i to tylko dlatego, że obecna ekipa zdobyła władzę manipulacjami, oskarżaniem poprzedników i obietnicami bez pokrycia, za które teraz my, jako społeczeństwo płacimy. Że jeden szeregowy poseł trzęsie rządem, parlamentem i polityką tak krajową, jak i zagraniczną bez oglądania się na naszą rację stanu.


Przerzucam się na inne tematy, które tak nie szarpią mi nerwów. Praktycznie nie mam możliwości, aby zmienić to, co się u nas dzieje. Nie mogę nawet wziąć udziału w manifestacjach ze względu na moje problemy z nogami i nie tylko. Toteż kieruję moją uwagę na sprawy maleńkie, na które mam wpływ. To jest dom, ogródek i wyjazdy na rehabilitację do Warszawy.

Po ostatniej rehabilitacji, w czasie której pan rehabilitant zajął się nie tylko moimi nogami, ale także kręgosłupem, boli mnie dół brzucha nawet w czasie siadania. Wiem, że to świetny specjalista i że po zabiegu mogą wystąpić różne objawy, ale miłe to nie jest. Pytałam o zespół niespokojnych nóg i otrzymałam odpowiedź, że na następnej rehabilitacji dowiem się  jak sobie radzić z tymi bardzo przykrymi napięciami, które zmuszają mnie do spacerowania po mieszkaniu w nocy.

Ogródek. Pomidory i te wysokie i te koktailowe rosną i mają owoce. Jeszcze kilka dni i koktailowe będą do zrywania. Poziomki zaczynają się czerwienić. To nie jest jeszcze wysyp, ale po kilkanaście można już zerwać z krzaczków.

Borówka kanadyjska jest oblegana przez ptactwo, karmione zresztą do tej pory przez mojego męża. Dziady paskudne objadają dojrzewające borówki. Wczoraj na krzaki założyliśmy cieniutką  siatkę. Może da się uratować owoce. Do tej pory nie było problemu, bo owocował krzak kiwi, a w tym roku na wiosnę wyskoczył mróz i owoców nie ma.  

09:48, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
niedziela, 16 lipca 2017
Jazda i jazda - to nie to samo.

Dziś przybiegł do mnie Leoś z prośbą, żebym mu pozwoliła pojeździć na podwórku na moim trzykołowym rowerze. Chwilkę pomyślałam, czy mi nie zniszczy moich upraw, które są po obu stronach naszego betonowego wyjazdu na ulicę i bardzo niechętnie, ale jednak pozwoliłam. Powiedziałam, żeby uważał, a gdyby Adaś chciał się także przejechać, to ma go przewieźć w dużym bagażniku z tyłu. Za chwilkę wyszłam wyjrzeć, czy coś jeszcze z moich upraw zostało i oczy stanęły mi w słup, a sztuczna szczęka prawie wypadła. Leoś jeździł na rowerze, jak zawodnik między slalomami. Jechał, wykręcał, robił zwroty tu, gdzie mnie się wydawało, że zawrócić nikt nie jest w stanie. Co to znaczy dziecięce pewne wiary w siebie spojrzenie i brak zahamowań.

Obaj chłopcy jeździli śmiało i pewnie. Pociecha dla mnie jest taka, że ich tata też miał z jazdą problemy, podobnie, jak ja na początku nauki.

13:21, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
piątek, 14 lipca 2017
Czasami bywa i tak.

Przyjechali dziś chłopcy. Właściwie nie przyjechali, a przywieźliśmy ich z Warszawy. Zwykle, gdy przyjeżdżają, skaczę koło nich jak 30-stka, a nie prababcia i chyba ich trochę rozpuściłam. Najwięcej energii zabiera mi doprowadzenie do tego, żeby się nie kłócili i żeby zjedli, to co im stawiam na stole. Na oglądanie przez nich programów telewizyjnych macham już ręką, bo nie mam siły wojować.

Dziś było inaczej. Zaczęło się od tego, że przed ich przyjazdem miałam dosyć wyczerpujące dwa dni i jedną prawie całą noc. Noc była bardzo trudna, bo miałam zespół niespokojnych nóg w lewej - przeciążonej nodze i nie mogłam leżeć. Ulgę przynosiło tylko chodzenie lub w ostateczności siedzenie. Spałam tylko około 2 godzin. Po takiej nocy byłam całkowicie rozregulowana, a rano wzięłam się ze robienie gołąbków, bo dwie główki kapusty czekały na stole. No i po tych dwóch dniach pojechaliśmy po chłopców. Wszystko jakoś szło do kolacji, na którą zaplanowałam omlet z poziomkami i borówkami amerykańskimi, bo kilka ich już dojrzało. Poziomki i borówki utarłam z cukrem, przetarłam przez sitko, żeby nie było pesteczek i polałam tą gizdrą omlety. No i się zaczęło. Nie chcieli nawet spróbować, bo to nie sok malinowy.( Od razu poznali). A ja zaczęłam rosnąć z wściekłości. Zmęczona po niedospanej nocy, chciałam już pogonić ich do łóżek, a tu grymasy. Wyniosłam sok malinowy z piwnicy, ale okazało się, że teraz już i sok malinowy jednemu z nich nie odpowiada, więc zarządziłam, że pakują się natychmiast do łóżka (śpią obaj na szerokim tapczanie obok mojego pokoju) i ma być spokój, bo za chwilę zacznę gryźć. Przez głowę przelatywały mi myśli, żeby walnąć jakimś talerzem, a najlepiej kilkoma o podłogę, ale nie chciałam dzieci straszyć. Soczyste przekleństwa też pozostały tylko w mojej głowie i w chęciach, aby je wyartykułować.

Ku mojemu ogromnemu zdumieniu obaj chłopcy zasnęli  piorunem, bez zwykłych kłótni, przepychanek, i skarg. A ja spokojnie siedzę teraz i piszę. Jutro przyjeżdża ich tata, więc będzie łatwiej. On się zajmie chłopcami, a ja tylko gotowaniem.

22:15, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (15) »
wtorek, 11 lipca 2017
Nie zgadzam się.

Staram się nie zabierać głosu w sprawach politycznych, ale dziś robię wyjątek. Właściwie nie chodzi mi o samą politykę, ale o ludzi i ich zachowania.

Przyjechał do Polski prezydent Trump, odbyło się jego przemówienie na Placu Krasińskich w Warszawie. W swoim wystąpieniu prezydent Trump wymienił  nazwisko obecnego na uroczystości Lecha Wałęsy. Zdawałoby się normalna kurtuazja, ale też podkreślenie tego, że prezydent wie, kim jest Wałęsa i jakie było jego znaczenie dla zmiany ustroju w Polsce. I przy nazwisku Lecha Wałęsy rozległy się gwizdy dezaprobaty wśród zgromadzonych gości - Polaków, którzy być może urodzili się już w wolnej Polsce i korzystali z dobrodziejstw wolności. 

Lech Wałęsa znalazł się w szpitalu na oddziale kardiologicznym i w związku z tym nie mógł się pojawić na kontrmanifestacji, w Warszawie, na którą wcześniej się wybierał i nawet  zapowiedział publicznie swój udział. I znowu komentarze w internecie, że to unik, że Lech Wałęsa to tchórz. Padło określenie  Bolek  nawiązujące do podejrzeń, że w przeszłości donosił do bezpieki.

A co ja myślę na ten temat?

Według mnie pan Wałęsa przeżył te gwizdy, a to już starszy człowiek i prawdopodobnie ma problemy z krążeniem. Myślę, że mógł się poczuć zaszczuwany przez nieżyczliwie do niego nastawiony zgromadzony tłum ludzi.

 Nie zgadzam się z takim traktowaniem Lecha Wałęsy, jak to miało miejsce na Placu Krasińskich.

 To dzięki niemu i innym walczącym  odzyskaliśmy wolność. Wałęsa ryzykował w trudnych czasach, a przecież miał liczną rodzinę i pewno bał się o nią i o siebie także. Wtedy nie było widać tych, którzy teraz są tacy krytyczni wobec naszego laureata Pokojowej Nagrody Nobla. Jeżeli doniósł na kogoś w tych bardzo trudnych czasach, to tylko ten człowiek, na którego doniósł, może mieć pretensje, a nie ci, którzy siedzieli w domach i nie narażali się ówczesnym władzom. 

Myślę także, że każdy z nas ma różne grzeszki na sumieniu, bo ideałami nie jesteśmy i trudno a właściwie wręcz niemożliwe jest przeżycie życia bez popełniania błędów. Różnych błędów. Ci obrzucający błotem innych różne grzeszki też mają, tylko być może wolą ich nie widzieć. Tak jest łatwiej, ale jest to nieuczciwe, że nie powiem - podłe.

I słowa Jezusa z Biblii. 

Jezus zamiast wydawać wyroki, wypowiedział słowa: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”.

A podobno jesteśmy katolikami i powinniśmy żyć według Jego nauk.

22:29, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 10 lipca 2017
Ciąg dalszy opowieści.

No więc dziś rano wstałam o godzinie 6-tej. Trudno mi samej w to uwierzyć. Ja, taki śpioch, a tak rano wstałam. Ale miałam konkretny plan. Postanowiłam zerwać poziomki i podlać gnojówką z pokrzyw ogródek. Poziomki na razie kiepsko dojrzewają, ale są krzaczki, które mają dużo zawiązków owocowych.  Chciałam wzmocnić te krzaczki. Mąż rozchylał liście, a ja starałam się polewać ziemię. Nie myślałam, że gnojówka z pokrzywy tak śmierdzi. Nawóz z obory w porównaniu z gnijącą w wodzie pokrzywą, to prawie perfumy. Rośliny, podobno, bardzo tę brązową wodę lubią. Zastanawiałam się, jak zorganizować sobie pracę, żeby  z gnojówką nie mieć bezpośredniego kontaktu. Niestety nie udała mi się żadna ochrona i teraz, gdy połowa ogródka jest już polana, zajeżdża ode mnie jak od skunksa.

W godzinach południowych zrobiłam sobie przerwę przed drugą częścią pracy. Ta druga część - to podlewanie przed wieczorem drugiej części ogródka. Gnojówki sporo już poszło rano. Myślę, że wieczorem zużyję ją całą, a w środę wybiorę się po nową pokrzywę. Będę robiła następny gar 30-litrowy śmierdzącej gnojówki. Skoro to taki rarytas dla roślin, i do tego za darmo, to nie ma się co zastanawiać.

A wieczorem szorowanie w wannie i łóżko, bo jutro jadę na rehabilitację. A za kilka dni przyjeżdżają prawnusiowie i prababcia z pradziadkiem muszą być w formie. Mam nadzieję, że po dzisiejszym nawożeniu i podlewaniu trochę poziomek na grządkach będzie, bo Adaś je bardzo lubi. Leoś w dalszym ciągu nic surowego nie je. Poziomek też. Tak po prostu ma.

20:03, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 92