RSS
czwartek, 30 listopada 2017
Pierwszy śnieg.

Dziś spadł pierwszy śnieg. I to nie żaden deszcz ze śniegiem, tylko śnieg. Od razu w ogródkach i na polach zrobiło się czysto i biało.

Znalazłam w sieci żartobliwy wiersz Jana Brzechwy - Kaczki. Bardzo mi się ten wiersz podobał, dlatego go wstawiam.

 Kaczki

Jan Brzechwa

Po podwórku chodzą kaczki,
Wszystkie bose nieboraczki,
A w dodatku nieodziane,
To są rzeczy niesłychane!

Choć serdaczek, choć kubraczek
Mógłby znaleźć się dla kaczek,
A na nogi - jakieś kapce,
A na głowy choć po czapce,
Bo to zima akurat,
Chwycił mróz i śnieg już spadł.

Poszły kaczki do krawcowej:
„Chcemy mieć kubraczki nowe,
Zimno wszystkim nam szalenie,
Pani przyjmie zamówienie.
Lecz uwzględnić pani raczy,
Że to ma być fason kaczy.
Tu zakładka, a tu szlaczek,
To jest coś w sam raz dla kaczek,
Krój warszawski, bądź co bądź,
Zechce pani miarę zdjąć”.

Potem kaczki na Królewskiej
Odszukały zakład szewski
I już pierwsza kaczka kwacze:
„Pan nam zrobi kapce kacze,
Takie małe, zgrabne kapce,
By na małej kaczej łapce
Należycie się trzymały
I na sprzączki zapinały”.

Odrzekł szewc, bo nie był leń:
„Zrobię kapce w jeden dzień”.

Już nazajutrz poszły kaczki
Do krawcowej po kubraczki
I po kapce na Królewską,
Ale wpadły w pasję szewską:
Szewc zażądał pięć tysięcy,
A krawcowa jeszcze więcej.
„Bez pieniędzy, drogie panie,
Dzisiaj nic się nie dostanie.
Zapytajcie zresztą dam,
One to powiedzą wam”.

Kaczki kwaczą i tłumaczą:
„Pieniądz nie jest rzeczą kaczą,
Żadna z nas się nie bogaci,
Nam za jajka nikt nie płaci”.

Ale na to szewc z krawcową
Powtórzyli słowo w słowo
To co przedtem: „Drogie panie,
Darmo nic się nie dostanie”.

Z tej przyczyny kaczy ród
Jest ubrany tak jak wprzód,
A tu zima akurat,
Chwycił mróz i śnieg już spadł.

 

18:13, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (11) »
sobota, 25 listopada 2017
Listopadowy wieczór.

Jest 24,30. Chłopcy śpią spoceni, z mokrymi główkami w pokoju obok. Są trochę podziębieni, ale przestali kasłać. A ja czuwam, żeby się nie odkryli, bo chociaż w mieszkaniu jest ponad 20 stopni, to nie byłoby dobrze, gdyby spali odkryci. Jutro przyjedzie moja córka, a ich babcia, to wtedy ja się prześpię.

Ostatnio lubię robótki. Już kupiłam różową włóczkę i chcę zrobić z niej ażurową bluzkę. Ponieważ jest już późna jesień i w samej ażurowej bluzce byłoby zbyt zimno, dlatego chcę sobie kupić białą podkoszulkę i ufarbować ją na różowy kolor. Bluzka założona na taką różową podkoszulkę wyglądałaby jak koronkowa. Tak sobie wyobrażam. Gdybym nie dostała różowej farbki, to dodam trochę soku z czerwonych buraków do pralki i zobaczę, co wyjdzie.

A na drutach mam następny golfik. Tym razem bordowy i od ściągacza przy szyi przechodzi w lewe oczka. Przez to ścieg robi się wypukły. Nawet mi się to podoba. A ponieważ włóczka jest dosyć gruba i drut okrągły nr 5, to robota idzie szybko.


Skończyły się już, niestety, piękne, cieple dni i ostatnio byłam w Warszawie w krytych butach. No i w krytych butach jestem znowu inwalidką. Idę z ogromnym trudem, bo obcieram sobie przy każdym stąpnięciu sterczący zgięty palec u nogi. Jak nie kijem go, to pałką.

Po powrocie do domu przejrzałam wszystkie swoje buty i wybrałam starocie - ortalionowe, które nie przepuszczają wilgoci. Wierzch jest mięciutki, mogę w nie włożyć wkładki i nawet trzy pary ciepłych wełnianych skarpet. Już zostały uprane przyzwoicie w pralce i po wysuszeniu będę miała co założyć na nogi. Co prawda błękitny ich kolor nie pasuje do niczego, chyba tylko do moich wypłowiałych oczu, ale elegantką dawno przestałam już być. Teraz liczy się przede wszystkim wygoda.

Na koniec moja grafika. Zrobiłam ja, zapisałam, a później długo szukałam w różnych zbiorach.

     

01:30, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 20 listopada 2017
Moja robótka jest już zakończona.

    

Zdjęcie zrobiłam wieczorem i dlatego jest takie ciemne. Frędzelki są na brzegach i pod stójką. I tu zawiesiłam jeden kamyk dla ozdoby. Może zbyt dużo grzybków w barszcz, ale podoba mi się całość. Chusta ta przykrywa także górną część pleców. Tył przedłużyłam dosyć mocno. Jutro jadę do Warszawy i zamawiam sobie ładną pogodę na tę okoliczność. Po powrocie napiszę, co pan Jurek powiedział na temat mojego chodu w ostatnim tygodniu. A, niestety, po jednym dniu bardzo dobrego chodzenia nawet bez podpórek, w pozostałej części tygodnia  chód był z podwiniętymi palcami. Tak, ze radość była krótka.



18:35, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (12) »
niedziela, 19 listopada 2017
Dzieci.

Dziś odjechali do Warszawy chłopcy ze swoja mamą. Zwykle, gdy mali panowie przyjeżdżają, to do naszego sennego domu wkracza życie. Gdy jest cisza, to znak, że są tak zajęci kilkoma sprawami jednocześnie, że nie mają czasu nawet na przepychanki słowne. Na stole stawiam miski z obowiązkowym rosołem, a oni jedzą, oglądają telewizję, zerkają na swoje tablety, coś w nich projektują i jeszcze układają na stole puzzle. Wszystko to robią równocześnie, co jakiś czas  targują się jeszcze między sobą o jakieś drobiazgi. To się nazywa myślenie wielokierunkowe i koncentracja na różnych planach. I nie męczy ich to zupełnie. Odnoszę wrażenie, że dopiero przy takiej pracy czują się jak ryby w wodzie. Gdy tylko zabraknie któregoś elementu, to jest głośny krzyk i protest.

A mnie gdzie do takiej koncentracji? Dobrze, jak skoncentruję się na gotowaniu obiadu, a później na sprzątaniu i zmywaniu naczyń. Ale oni są wczesną wiosną, a ja z moim mężem jesteśmy już listopadową pluchą. My możemy usiąść przed telewizorem, wgapić się w ekran i bez słowa przesiedzieć ileś czasu, co jest nie do pomyślenia dla maluchów.

Jeśli chodzi o jedzenie, to ich wymagania są niezmienne. Oprócz rosołu, który jedzą obaj i omletów z sokiem malinowym na śniadanie, lub kolację, to starszy prawnuk bardzo lubi kartofle ze spora ilością świeżego masła i potrafi ich zjeść czubaty talerz. Młodszy wygląda jakby nic nie jadł, taki jest szczuplutki, a zjeść potrafi całkiem sporo, tylko to jedzenie szybko spala. Obaj lubią do nas przyjeżdżać.

Właśnie chłopcy z mamą odjechali do swojego mieszkania w Warszawie i u nas znowu zapanowała cisza i spokój. I z jednej strony przywykliśmy już oboje z mężem do tej ciszy i spokoju, ale przyjazd maluchów sprawia, że krew w nas nagle zaczyna szybciej krążyć i z zamyślonych staruszków zamieniamy się w dziarskie osoby w słusznym wieku. Krótko mówiąc dzieci nas odmładzają.

23:07, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (16) »
środa, 15 listopada 2017
Chodzenie nie jest wcale takie łatwe. Dzisiejszy wpis - to nudy na pudy, ale trudno.

Jak się czegoś nie umie, to nic nie jest łatwe. Robienie przyzwoitych grafik nie jest łatwe i dlatego ta moja jest taka sobie. Ale żeby robić ładną trzeba mieć profesjonalną wiedzę, której ja nie mam. Niestety. Jeżeli chce się zrobić coś ładnego na drutach, trzeba umieć to zrobić, czyli też posiadać wiedzę.

Dlaczego o tym piszę? Bo właśnie dziś po wczorajszej rehabilitacji doszłam do wniosku, że ja nie potrafię chodzić. Chodzenie na swoich nogach przez prawie 82 lata życia i dotarcie do takich wniosków jest prawie absurdem. A jednak........ jak się dobrze zastanowić jest w tym, co napisałam jakaś cząstka prawdy. Ale może zacznę od wczorajszego dnia, czyli od rehabilitacji.

Pan Jurek dał mi wczoraj znowu solidny wycisk. Darłam się jak opętana. Ale coś za coś. Tym razem pan Jurek zabrał się do mojego zablokowanego nerwu w prawej nodze i starał się go delikatnie odblokować. Czyli rozluźniał napięte mięśnie, które go cały czas bardzo mocno przyciskały. Mięśnie te uciskał, wyciągał, jak kawał ciasta, a ja się darłam. Po zabiegu wyszłam rozbita, jak kotlet na desce. Po powrocie do domu walnęłam się do łóżka i przespałam kilka godzin.

No a dziś doszłam do wniosku, że przede mną znowu nauka chodzenia. W czasie ubiegłej zimy zorientowałam się, że chodzę na zewnętrznej krawędzi stopy i tylko dla równowagi podpieram się delikatnie fragmentem wielkiego palca. Po tym odkryciu długi czas musiałam uważać, aby lecącą mi w prawo stopę, stawiać prawidłowo, czyli prosto. Po wczorajszym zabiegu widzę, że teraz będę walczyła z małymi palcami prawej nogi, które w czasie chodu zamiast najpierw podnosić się do góry i dopiero na następnym etapie chodu opuszczać się w dół, żeby się mocniej od podłoża odbić, podwijają się zbyt szybko i powodują szorowanie palcami po podłożu, przez co chód staje się bolesny. No i przede mną znowu nauka, która jak się okazuje wcale nie jest taka prosta i wymaga ogromnej koncentracji.

Liczę na to, że wiedza jest połową sukcesu i z optymizmem patrzę w przyszłość.

Wszystkich moich miłych Czytelników zmęczonych już tematem moich nóg bardzo przepraszam za ten dzisiejszy wpis, ale mój blog jest między innymi także przeznaczony do rejestrowania moich kłopotów i tego, jak staram się z nich wychodzić. Mogę wtedy śledzić sama moje zmagania i korygować różne swoje działania.

Na zakończenie piękna piosenka Jonasza Kofty w jego wykonaniu. 

23:27, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 13 listopada 2017
Moja robótka na drutach.

Stwierdzam, że mój rożek bardzo odbiega od wcześniejszych moich wyobrażeń. W wyobrażeniach miała ty być elegancka chusta pod szyję. Wyobrażałam sobie, że wszystkim moim miłym Czytelnikom będzie się bardzo podobała, tymczasem nie podoba się nawet mnie, choć włożyłam w nią sporo czasu i pracy.  Wyszło coś nieokreślonego, coś co z trudem wielkim można nazwać chustą. Ponieważ szkoda mi było czasu, który na nią poświęciłam, dlatego jej nie sprułam, a jak znam siebie takie sprucie swojej roboty zniechęciłoby mnie bardzo mocno do podjęcia następnych prób. Toteż ratowałam jej wygląd, jak tylko umiałam, ale efekty są żałosne. Niestety chusta nie jest zrobiona tylko upaciepiona. Jutro, oczywiście pojadę w niej do Warszawy, bo przynajmniej raz trzeba ją założyć. Na razie siedzę i się wściekam. Ręce mi się trzęsą ze złości, wszystko mi z rąk leci.  Na podłogę poleciały mi już dwa szydełka i nie mogę ich znaleźć. Znalazłam natomiast warstwę kurzu pod łóżkiem."Kurami" gęsto sypię. Frędzelków żadnych nie będzie. Niech je szlag trafi. Pod brodą miała być tylko wełniana kokardka zrobiona szydełkiem. Taki kwiatek do kozucha. Ale jej nie będzie, bo to, co jest wystarczy w zupełności. 

15:43, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (18) »
niedziela, 12 listopada 2017
Małe przyjemności.

  

Jest niedziela. Południe. szare chmury zakryły niebo. Zadaje sobie pytanie - Co tu robić? Zwykle w takiej sytuacji w moich myślach pojawia się talerz jakiejś smacznej potrawy. Jestem łakomczuch i nie będę tego faktu owijała w cokolwiek. Jest, jak jest. Wobec tego idę do kuchni po resztkę ryżu. Dodam do niego gęstej śmietany takiej ze sklepu (niestety), posypię całość zmielonym cynamonem i cukrem i zjem ze sporą przyjemnością, chociaż wcale nie jestem głodna, bo przed chwila zjadłam porcje dobrego bigosu z własnoręcznie zakiszonej kapusty. To będzie takie jedzenie z nudów. Dobrze, że nie mam jakiejś wściekłej tendencji do tycia, bo w drzwi mieszkania bym się nie zmieściła po kilku takich posiłkach bez głodu, a dla samego smaku. Dwie moje koleżanki miały powiedzenie: Lepiej niech zaszkodzi niż ma się zmarnować. Ja z takiego założenia nie wychodzę. Nie jest to moje powiedzenie, ale czasami przypominam sobie śniadania, które robiła nam mama. Twaróg, lub czasami ryż z bardzo dużą ilością gęstej śmietany zebranej z mleka od naszej krowy. To było jedzenie. I jakoś ani cukier, ani ta gęsta śmietana nic nam nie szkodziły. Ja, ani moje siostry nie byłyśmy otyłe. Wręcz przeciwnie. Każda z nas wyrosła na szczupłą, silną dziewczynę. Dziś po mleko od krowy i po taką śmietanę trzeba byłoby jechać kilka kilometrów na wieś. W żadnym sklepie takiej nie ma. A szkoda.

15:33, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (10) »
sobota, 11 listopada 2017
Jesień, jesień proszę Państwa.

Na dworze zimno. Siedzę w domu i  bawię się grafiką i trochę robotą na drutach. Słucham dobrej muzyki. Pojadam sobie kanapkę z dodatkiem papryki własnoręcznie marynowanej w sezonie jesiennym. Za drzwiami na chłodnym powietrzu stoją ugotowane ostatnio potrawy: bigos z  własnoręcznie kiszonej kapusty, duszone mięso z indyka, naleśniki z serem. No i stwierdzam, że takie gotowanie na kilka dni ma swój sens. Teraz tylko wyciągam potrawy i podgrzewam. Oczywiście tych gotowych potraw jest więcej. Powiem tylko o gołąbkach z kapusty w sosie pomidorowym, które czekają w zamrażalniku na swoja kolejkę. A po cichutku wspomnę (żeby nie wyszło, ze nadużywam procentów), że w piwnicy stoi od zeszłego roku nalewka na malinach, gdyby były jakieś maleńkie dreszczyki.

Zastanawiałam się, czy nie zakisić jeszcze kapusty na zimę, bo udała mi się nad podziw, ale doszłam do wniosku, że jeszcze mam w lodówce kilka litrowych słoików własnoręcznie kiszonej kapusty i następną zrobię, jak ta się skończy. Kapusta kiśnie szybko, a ja nie lubię przekwaszonej.

Serdecznie pozdrawiam znad parującego talerza bigosu.

16:16, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (13) »
piątek, 10 listopada 2017
Jutro będzie lepiej.

                                                  

Tak się dziś napracowałam przy grafice i ta grafika, która mi się podobała z jakichś względów nie chciała wejść do bloga. Ta, którą widać u góry weszła, ale podoba mi się mniej niż średnio. Trudno. Jest taka, jaka wyszła.

Jest wieczór. Matko kochana dochodzi godzina 23. Nie przyszło mi nawet do głowy, że tyle czasu zmagałam się pracą przy grafice.

Zaczęłam robić zamiast szalika rożek - chustę ze ściągaczem pod szyję. Na razie robota idzie mi jak krew z nosa. Jak ją skończę, to pokażę, jak wygląda. Wyobrażam sobie, że będę ją zapinała z tyłu na guziczki, a cały rożek będzie z frędzlami. Pod chustki albo wiatr się dostaje, albo się kręcą na szyi, a ten rożek powinien mocno siedzieć na miejscu.

Dzisiaj wpis jest krótki. Następny będzie dłuższy.

22:55, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (7) »
czwartek, 09 listopada 2017
Wojciech Młynarski Poezja.

Dziś poezja. Myślę, że nie potrzeba do niej żadnego komentarza.

Wojciech Młynarski
Co by tu jeszcze? - tekst piosenki

Słów kilka w sprawie grupy facetów chcę tu wygłosić
lecz zacząć muszę nie od konkretów, lecz od przeprosin.

Skruszon szalenie o przebaczenie pokornie proszę,
że troszkę pieprzna będzie balladka, którą wygłoszę,

lecz mam nadzieję, że choć się w słowie tutaj nie pieszczę,
to wybaczycie mi - Panie, Panowie, raz jeden jeszcze.

Otóż: faceci wokół się snują co są już tacy,
że czego dotkną, zaraz popsują. W domu czy w pracy

gapią się w sufit, wodzą po gzymsie wzrokiem niemiłym.
Na niskich czołach maluje im się straszny wysiłek,

bo jedna myśl im chodzi po głowie, którą tak streszczę:
"Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie? Co by tu jeszcze?"

Czasem facetów, żeby mieć spokój, ktoś tam przerzuci
do jakiejś sprawy, co jest na oko nie do popsucia...

Już się prężą mózgów szeregi, wzrok się pali,
już widzimy, żeśmy kolegi nie doceniali.

A oni myślą w ciszy domowej lub w mózgów treście:
"Co by tu jeszcze tego... Panowie? Co by tu jeszcze?"

Lecz choć im wszystko jak z płatka idzie - sprawnie i krótko,
czasem faceci, gdy nikt nie widzi westchną cichutko.

Bo mając tyle twórczych pomysłów, tyle zdolności,
boją się, by im czasem nie przyszło tkwić w bezczynności.

A brak wciąż wróżki, która nam powie w widzeniu wieszczem:
"Jak długo można pieprzyć, Panowie? No jak długo jeszcze?!"

Pozwólcie proszę, że do konkretów przejdę na koniec.
Okażmy serce dla tych facetów, zewrzyjmy dłonie, weźmy się w kupę,
bo w tym jest sedno, drodzy rodacy by się faceci czuli potrzebni
w domu i w pracy.

Niechaj ta myśl im wzrok rozpłomienia, niech zatrą ręce,
że tyle jeszcze jest do spieprzenia, a będzie więcej.
 



 

23:10, kobietawbarwachjesieni
Link Komentarze (9) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 97